Nierówności społeczne a amerykańskie dzieci

04.01.2015
Dawno już uznano, że dzieci to grupa szczególna. Nie wybierają sobie rodziców - a tym bardziej warunków, w jakich przychodzą na świat. Nie mają takiej jak dorośli możliwości zapewnienia sobie ochrony i dbania o siebie. Właśnie dlatego Liga Narodów zatwierdziła w 1924 roku w Genewie Deklarację Praw Dziecka - a społeczność międzynarodowa przyjęła w 1989 roku Konwencję Praw Dziecka.

(CC BY-NC-SA cairn111)


Smutne, że Stany Zjednoczone nie wypełniają zawartych w niej zobowiązań. Faktycznie nawet nie ratyfikowały one Konwencji Praw Dziecka. Szczycące się swym wizerunkiem kraju wszelkich możliwości Stany Zjednoczone powinny stanowić inspirujący przykład sprawiedliwego i światłego traktowania dzieci. Są natomiast przykładem zaniechań, które przyczyniają się opieszałości w globalnym podejściu do praw dziecka na arenie międzynarodowej.

Choć dzieciństwo przeciętnego Amerykanina nie należy chyba do najgorszych w świecie, to wręcz bezprzykładna jest w USA rozbieżność między bogactwem kraju a położeniem dzieci. W całym amerykańskim społeczeństwie biedni stanowią około 14,5 proc., jednak w biedzie żyje 19,9 proc. dzieci – jakieś 15 milionów. Wśród krajów rozwiniętych równie wysoki wskaźnik dziecięcej biedy ma jedynie Rumunia. Amerykański wskaźnik jest o dwie trzecie wyższy niż brytyjski, a w porównaniu z krajami nordyckimi – prawie cztery razy większy. W niektórych grupach społecznych sytuacja jest o wiele gorsza: w biedzie żyje ponad 38 proc. dzieci czarnych i 30 proc. dzieci pochodzenia latynoskiego.

Nie dzieje się tak dlatego, że Amerykanie nie dbają o swoje dzieci. Jest tak dlatego, że w w ostatnich dekadach Stany Zjednoczone wcielały program polityczny, który sprawił, że w ich gospodarce pojawiły się szalone nierówności i że najbardziej bezbronne segmenty społeczeństwa stawały się coraz bardziej opuszczone. Narastająca koncentracja bogactwa – i znaczne zmniejszenie jego opodatkowania – oznaczały, że jest mniej pieniędzy na inwestycje w dobra publiczne, takie jak edukacja i ochrona dzieci.

W efekcie, amerykańskim dzieciom zaczęło powodzić się gorzej. Ich los to bolesny przykład tego, że nierówności nie tylko zagrażają wzrostowi i stabilności gospodarki – co w końcu przyznają ekonomiści oraz organizacje takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy – ale prowadzą również do pogwałcenia najbardziej przez nas hołubionych poglądów na to, jak powinno wyglądać sprawiedliwe społeczeństwo.

Nierówność dochodowa skorelowana jest z nierównością w ochronie zdrowia, w dostępie do edukacji i narażeniu na zagrożenia środowiska – a dzieci wszystkie te obciążenia odczuwają bardziej niż pozostałe grupy ludności. U niemal co piątego z biednych dzieci amerykańskich zdiagnozowano astmę – to wskaźnik o 60 proc. wyższy aniżeli wśród dzieci niezaliczanych do biednych. zaburzenia uczenia się wśród dzieci z gospodarstw domowych z dochodami poniżej 35 tysięcy dolarów rocznie zaburzenia uczenia się występują prawie dwa razy częściej niż u dzieci z gospodarstw o dochodzie ponad 100 tys. dol. rocznie. Tymczasem niektórzy członkowie Kongresu chcą ograniczyć talony żywnościowe – z których korzysta około 23 milionów amerykańskich gospodarstw domowych – co grozi, że najuboższe dzieci będą głodne.

Nierówności osiągnięć są ściśle związane z nierównością szans. Ogromne różnice perspektyw życiowych dzieci biednych i bogatych są bowiem nieuniknione w krajach, gdzie dzieci są nieodpowiednio odżywiane, mają niedostateczny dostęp do opieki zdrowotnej i edukacji i są bardziej narażone na zagrożenia ze strony środowiska. W USA poziom równości szans jest obecnie mniejszy niż w innych krajach rozwiniętych, co częściowo wynika z faktu, że szanse życiowe amerykańskiego dziecka bardziej niż w tych państwach zależą od dochodu i wykształcenia rodziców. Z uboższej połowy społeczeństwa pochodzi na przykład tylko 9 proc. studentów najbardziej elitarnych uniwersytetów amerykańskich, a 74 proc. tych studentów rekrutuje się z jego najzamożniejszej jednej czwartej.

W większości społeczeństw za obowiązek moralny uważa się stworzenie młodym ludziom warunków wykorzystania swoich możliwości. Niektóre kraje wprowadzają nawet konstytucyjny zapis o równości szans edukacyjnych.

W Stanach Zjednoczonych na kształcenie zamożnych studentów zamożnych wydaje się jednak więcej niż na kształcenie ubogich. W efekcie USA tracą część swego najcenniejszego majątku, jako że młodzi ludzie – pozbawieni kwalifikacji – zwracają się ku niewłaściwym działaniom. Niektóre stany, jak Kalifornia, na więzienia wydają prawie tyle, co na edukację – a czasem i więcej.

Bez rozwiązań wyrównawczych – w tym edukacji przedszkolnej, najlepiej zaczynającej się w bardzo młodym wieku – nierówne szanse przekładają się na nierówne osiągnięcia życiowe, co następuje już w momencie, gdy dzieci kończą piąty rok życia. Ta sytuacja powinna stać się bodźcem do działań polityków.

Choć bowiem szkodliwe skutki nierówności mają szeroki zasięg i nakładają ogromne koszty na gospodarkę i społeczeństwo naszych krajów, to w większości są one do uniknięcia. Obserwowane w niektórych krajach skrajne przypadki nierówności nie są nieuchronnym skutkiem działania ekonomicznych sił i praw. Odpowiednie rozwiązania polityczne – silniejsza sieć zabezpieczenia społecznego, progresywne opodatkowanie i lepsze regulacje (zwłaszcza w odniesieniu do sektora finansowego), żeby wyliczyć tylko kilka – mogą odwrócić te zgubne tendencje.

Do takich reform potrzeba woli politycznej: żeby ją wywołać, musimy inercji i bezczynności polityków przeciwstawić ponure fakty o nierównościach oraz ich zgubnych dla naszych dzieci skutkach. Możemy zmniejszyć zakres dziecięcego wykluczenia i zwiększyć równość szans, kładąc tym samym podwaliny bardziej sprawiedliwej i pomyślnej przyszłości – takiej, która odzwierciedla deklarowane przez nas wartości.

Wśród szkód, jakie w gospodarce, polityce i w społeczeństwach powodują nierówności, szczególnej uwagi wymaga krzywda wyrządzana dzieciom. Choć ubodzy dorośli są jakoś odpowiedzialni za swój los – może nie dość ciężko pracowali, za mało oszczędzali, nie podejmowali dobrych decyzji – to okoliczności, w jakich żyją dzieci zostały im narzucone, one nie miały wyboru. Ze wszystkich chyba właśnie dzieci najbardziej potrzebują ochrony, jaką zapewnia prawo – a USA powinny pod tym względem świecić światu przykładem.

Joseph Stiglitz, laureat ekonomicznej nagrody Nobla, jest profesorem w Columbia University. Jego najnowsza książka, napisana wspólnie z Bruce Greenwaldem, nosi tytuł: „Creating a Learning Society: A New Approach to Growth, Development and Social Progress” [Tworzenie społeczeństwa uczącego się: Nowe podejście do wzrostu, rozwoju oraz postępu społecznego].

© Project Syndicate

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test