Polska jest za bogata na bezpłatne granty z Unii

01.06.2011
Dyskusja o budżecie prowadzi do tego, że budżet po 2013 r. będzie bardzo podobny do dziś obowiązującego. Następuje usztywnienie stanowisk poszczególnych państw, czego efektem będzie zakonserwowanie budżetu. Dla Polski to korzystne. Nie można się jednak obrażać za to, że ktoś wymaga od nas czegoś w zamian za pieniądze, które nam daje – mówi Sidonia Jędrzejewska, eurodeputowana, członek Komisji Budżetowej Parlamentu Europejskiego.

Sidonia Jędrzejewska (c) sidonia.pl


Rząd już zapewnia, że w przyszłej perspektywie budżetowej na lata 2014–2020 Polska otrzyma przynajmniej tyle środków finansowych, ile ma obecnie. Dziś jesteśmy największym beneficjentem funduszy unijnych w Europie. Czy ten optymizm nie jest jednak na wyrost, szczególnie że do Unii dołączyły Bułgaria i Rumunia, które mogą być większymi od nas biorcami? W kolejce po unijne pieniądze ustawiają się też kolejne zagrożone bankructwem kraje strefy euro…

Optymizm ten w dużym stopniu da się obronić, chociaż już dziś jest jasne, że negocjacje dotyczące nowej perspektywy po 2013 r. będą bardzo trudne. Do dyskusji dochodzą nowe elementy ekonomiczne. Kraje Europy Zachodniej wciąż pogrążone są w kryzysie. To powoduje presję na budżety narodowe, by ograniczać wszelkie wydatki, a składka do budżetu unijnego jest jednym z takich wydatków. Krytykowanie Unii Europejskiej i ograniczanie wpływów do unijnego budżetu jest szczególnie interesujące dla kilku europejskich premierów. W swojej krajowej debacie publicznej często wskazują, że Unia Europejska to jeszcze jeden dotkliwy wydatek.

Debata na temat zmniejszenia budżetu UE to tylko jedna strona medalu. Drugą jest ogromna presja, by ten budżet zmodernizować. Kilka silnych państw członkowskich chce zmienić sposób wydatkowania środków. Chciałyby przeznaczyć więcej pieniędzy na innowacje i badania, a mniej na spójność czy rolnictwo. Na to wszystko nakłada się kwestia „sprawiedliwego zwrotu”, czyli poglądu, że kraje powinny odzyskiwać z unijnego budżetu tyle, ile do niego wpłacają.

Czy to oznacza, że jednak będzie mniej pieniędzy dla takich krajów, jak Polska – jeszcze nie „starych” członków, ale już nie mogących o sobie powiedzieć „nowy”?

Dyskusja o budżecie jest bardzo skomplikowana, ale – paradoksalnie – prowadzi do tego, że budżet po 2013 r. będzie bardzo podobny do obowiązującego w tej chwili. Mówię oczywiście o budżecie wieloletnim. Te wszystkie gorące tematy, które są tak żywo dyskutowane, natrafiają na poważny opór – następuje usztywnienie stanowisk poszczególnych państw, czego efektem będzie zakonserwowanie budżetu w obecnym kształcie. Dla Polski to korzystne, bo jesteśmy największym beneficjentem unijnych środków. Nadrabiamy zapóźnienia w stosunku do bogatej „piętnastki”, dlatego jeszcze jedna hojna perspektywa jest nam bardzo potrzebna.

Warto też zaważyć, że unijny budżet rośnie z każdym rokiem, choć wiele pieniędzy jest niewykorzystywanych. Środki te powinny wystarczyć na sfinansowanie niektórych potrzeb, związanych m.in. z rozszerzeniem Unii. Przyjęcie Chorwacji nie będzie wcale drogie.

Wielkość budżetu po 2013 r. nie powinna się zmienić. Zmiana może wynikać z dostosowania wydatków do strategii Europa 2020. Ale na to Polska jest przygotowana.

W tej strategii główny nacisk położony jest na badania, innowacyjność i konkurencyjność. Polska nie ma na tym polu wielkich osiągnięć. Główna batalia toczyć się pewnie będzie o to, czy więcej środków będziemy mieli na politykę rolną, czy na politykę spójności. A co pani zdaniem jest dla Polski ważniejsze?

Z moich obserwacji wynika jednak, że polityka rolna ma w Unii wielu silnych obrońców. Polska bardziej musi się troszczyć o politykę spójności, która jest słabszym elementem tych negocjacji. Korzyści wynikające z tzw. funduszy europejskich są dla nas ogromne. Dlatego ważne jest przeniesienie akcentu na politykę spójności. Wspólna polityka rolna musi się stać bardziej zrozumiała także dla nie-rolników. Musi być przewartościowana na rzecz poprawy poziomu życia na wsi. Samym rolnikom zależy na tym, by nie tylko otrzymywać dopłaty bezpośrednie, ale aby na wsi żyło się coraz lepiej – by były tam dobre drogi, infrastruktura, szkoły itd.

Czy w przyszłej perspektywie budżetowej to, co było dotychczas pomocą bezzwrotną, stanie się pożyczką, którą trzeba będzie spłacić? W jakich obszarach takie pomysły mogą zostać wcielone w życie? Czy projekty innowacyjne będą wyżej oceniane od tych klasycznych?

Te zagadnienia będą regulowane na poziomie rozporządzeń Komisji Europejskiej. Trzeba jednak oswoić się z myślą, że środki z Unii będą coraz częściej pożyczkami, a nie grantami. Ma to zwiększyć liczbę beneficjentów, którzy będą mogli skorzystać z pomocy. Pieniądze pożyczone szanuje się bardziej od otrzymanych, jako darowizna. Poza tym państwa korzystające z dotacji unijnych stają się coraz bardziej zamożne, dlatego granty są coraz mniej uzasadnione. Jest też coraz więcej potrzeb, a funduszy unijnych nie przybywa w takim tempie. Stąd też preferowanie pożyczek. Co zaś się tyczy innowacyjności – nie ma od niej ucieczki. I dobrze. Choć z naszej perspektywy punkt widzenia jest trochę inny: Polska ze swoimi zasobami finansowymi nie jest w stanie nadać badaniom odpowiedniego rozmachu. Na badania i innowacyjność potrzebny jest wkład krajowy, a ten niestety mamy na bardzo niskim poziomie.

Wspomniała pani, że Unia nie zreformuje zbyt szybko mechanizmów dotyczących podziału i wydatkowania środków. Tymczasem z Komisji Europejskiej docierają do Polski niepokojące sygnały dotyczące prób zreformowania polityki spójności, m.in. przez wprowadzenie środków dyscyplinujących w postaci reguły warunkowości. Z chwilą wprowadzenia jej w życie, jeśli na czas nie wdrożymy kilkudziesięciu dyrektyw unijnych, fundusze zostaną zamrożone. Na ile jest to polityczny straszak, a na ile realne zagrożenie?

Dialogu o warunkowości nie należy się bać. Przepaść pomiędzy Polską a bogatymi krajami Zachodu zmniejsza się, więc nie należy się dziwić, że oczekiwania wobec nas rosną. To jest nawet pozytywne. Nie interpretowałabym tego jako kryzysu idei europejskiej. Czym innym jest pomoc dla kraju, który przechodzi transformację i który w każdym obszarze swego działania potrzebuje ogromnych nakładów, a zupełnie inna jest sytuacja kraju, który dobrze sobie radzi. Rozporządzenia, które będą regulować politykę spójności powstają w dialogu ze wszystkimi krajami członkowskimi. Jestem pewna, że uda się wypracować dobry kompromis. Nie można się obrażać, że ktoś wymaga od nas czegoś za pieniądze, które nam daje.

Ile państw w UE ma porównywalną lub gorszą od nas sytuację pod względem deficytu finansów publicznych?

Jeśli nawet kilka państw ma gorszą sytuację finansową, to nie należy się na nie powoływać. Usprawiedliwianie wysokiego długu argumentem, że inni też mają duże zobowiązania, jest myśleniem zgubnym. Dyscyplina finansów jest pożyteczna, bo im mniejszy mamy dług, tym mniejszy ciężar zostawimy przyszłym pokoleniom. Deficyt finansów publicznych jest rzeczywistym problemem. Kilka państw, m.in. Węgry i Estonia, sygnalizowało, że nie są w stanie wykorzystać środków z funduszu spójności, bo nie mają na wkład własny. Wierzę jednak w mądrość polskich samorządów, w to że są w stanie ocenić, na ile inwestycje, na które dziś zaciągają pożyczki, będą w przyszłości przynosić korzyści. Z drugiej strony trudno jednak wymagać, by wszystkie projekty były trafione. Chodzi o to, by tych przedsięwzięć nietrafionych było jak najmniej.

Z jednej strony narzuca się samorządom kaganiec finansowy w postaci nowej reguły wydatkowej, argumentując przy tym, że jest to wymóg unijny, a z drugiej Unia na każdym kroku podkreśla, że samorządy są niezależnymi instytucjami, które mają prawo prowadzić swobodną politykę finansową w regionach?

To faktycznie sprzeczność. Będzie to wyraźnie widać w czasie wdrażania przez samorządy strategii Europa 2020. Priorytety Europy 2020 nie zawsze będą priorytetami ogółu. Prawdopodobnie marszałkowie w regionach będą wdrażać to, co uznają dla siebie za priorytetowe i ważne, a nie to, co Unia ocenia jako ważne. Uważam, że fundusze z kasy unijnej powinny przede wszystkim wspomagać projekty, które mają europejską wartość dodaną, a nie są zapomogą dla lokalnych budżetów. Zdaję sobie jednak sprawę, że jak ktoś jest marszałkiem, burmistrzem czy wójtem, to w pierwszej kolejności myśli o interesie mieszkańców swojego obszaru, a nie o całej Unii.

Czy Polska będzie miała sojuszników w swoich następcach po zakończeniu naszej prezydencji? Czy Dania i Cypr będą kontynuowały linię, którą nada negocjacjom nad budżetem polski rząd?

Myślę, że to jest najtrudniejsze wyzwanie. Oba kraje: Cypr i Dania odgrywają swoją rolę w Unii, ale nie są to na tyle duże państwa, by samodzielnie zakończyć negocjacje – bez uwzględnienia opinii innych. W Danii jest w tej chwili nacisk (podobnie jak w Finlandii i Szwecji) na badania i innowacyjność. Stąd za ich prezydencji mogłoby dojść do przewartościowania pewnych priorytetów.

Może w takim razie w obronie polityki spójności pomogą nam Niemcy? Przeżywają poważne rozwarstwienie gospodarcze, są naszym głównym partnerem handlowym i odzyskują najwięcej środków unijnych zainwestowanych w Polsce.

Niemcy są bardzo zdecentralizowanym krajem, o czym się mało mówi. Rzeczywiście, landy niemieckie mają realny wpływ na politykę europejską i są zainteresowane polityką spójności i to nie tylko ze względu na wschodnie regiony, ale także ze względu na wspomniane przez panią transfery finansowe. Naszym sprzymierzeńcem może być też Francja. Tam również są bardzo duże różnice pomiędzy regionami. Podobnie jak Austria, z której odbywają się transfery technologiczne do mniej rozwiniętych państw. Myślę, że Holendrzy nie będą atakować polityki spójności, bo dużo eksportują i korzystają z udogodnień wspólnego rynku. Natomiast Brytyjczycy i Szwedzi w ogóle nie wierzą w politykę regionalną. Chociaż jak się rozmawia z posłami z Walii czy Szkocji, to oni już takimi wrogami koncepcji spójności nie są. Polska będzie musiała zatem szukać nowych, często bardzo zaskakujących sojuszników.

Rozmawiała Katarzyna Bartman


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test