Rząd nie dba o deficyt w systemie emerytalnym

24.03.2011
Kilka dni temu ukazała się kolejna edycja cyklicznego raportu OECD o emeryturach „Pensions at a Glance 2011: retirement-income systems in OECD and G20 countries”. Jego główne przesłanie brzmi tak, że system emerytalny dla bogatych społeczeństw chwieje się. Dobrych rozwiązań na razie brak. Niektóre rozważane środki naprawcze zadziałają być może na krótką metę, ale nie usuną podstawowej przyczyny ani obecnych, ani przyszłych kłopotów.

Idylla zachodnich emerytów z wysokimi świadczeniami także już się kończy (CC By-NC-ND mallix)


Wydłuża się czas spędzany przez seniorów obojga płci na „nic nierobieniu”. Tyle się rozprawia o potrzebie wydłużenia wieku emerytalnego, a według raportu przeciętny wiek przejścia w krajach OECD w stan spoczynku osiągnie 65 lat – dla obu płci – prawdopodobnie dopiero w 2050 roku. Wśród zebranych informacji badacze znaleźli i tę, że polski minister finansów nie dostrzega potrzeby prawnego sformalizowania wydłużenia okresu pracy zawodowej. Paradoksalnie, może mieć rację, ale o tym później.

Generalnie wiele przesłanek skłania jednak do poglądu, że wskaźnikiem 65 lat bogate państwa wylegitymują się znacznie wcześniej niż za 40 lat. Tu informacja warta zapamiętania: reformy systemów emerytalnych prowadzone od początku ostatniej dekady ubiegłego wieku doprowadziły w obszarze OECD do zredukowania wysokości przyszłych świadczeń emerytalnych średnio o 20%, a mimo to pieniędzy dla świadczeniobiorców nadal nie staje. I nie wiadomo skąd je brać.

Warto przyjrzeć się doświadczeniom Irlandii i Nowej Zelandii. W Irlandii „państwowa” emerytura dla osób w wieku od 66 lat jest równa dla wszystkich i wynosi 233 euro tygodniowo (ok. 29% średnich zarobków). Podlega indeksacji. Dochodzą do tego dodatki na osoby na utrzymaniu emeryta i świadczenia w naturze (ok. 950 euro rocznie) inne od zdrowotnych. Również w Nowej Zelandii każdy dostaje tyle samo. W 2008 roku świadczenie dla samotnego emeryta (od 65 lat) wynosiło tygodniowo prawie 350 dolarów nowozelandzkich brutto (600 zł/tydzień wg kursu NBP z 2008 r.) i stanowiło 39% przeciętnych zarobków. W obu krajach funkcjonują ponadto uzupełniające, dobrowolne systemy emerytalne. Koszt publicznych systemów emerytalnych wyniósł w 2008 roku:

  • w Irlandii – 3,6% PKB
  • w Nowej Zelandii – 4,3% PKB
  • średnio w OECD – 7% PKB
  • w Polsce -10,6% PKB

Dyskusja o OFE i ZUS nauczyła, że relacja między wysokościami wynagrodzenia i emerytury nazywa się stopą zastąpienia. W badaniach OECD stosuje się stopę zastąpienia, w której wynagrodzenia to wielkości średnie z całej gospodarki występujące w średnim okresie zatrudnienia przyszłego emeryta. Ta uwaga jest konieczna, bowiem niekiedy rozumie się stopę zastąpienia jako relację ostatniego wynagrodzenia do emerytury. Przy tej drugiej definicji stopa zastąpienia jest niższa, a właściwie znacznie niższa od liczonej wg średnich wynagrodzeń w czasie zatrudnienia. W 34 państwach OECD w obowiązkowych (publicznych i prywatnych) systemach emerytalnych stopa zastąpienia dla osób zarabiających przez okres zatrudniania na poziomie przeciętnego wynagrodzenia w OECD wyniosła w 2009 roku 57%, a dla osób zarabiających połowę przeciętnego wynagrodzenia – 72%. Ludzie przez całe życie ubożsi są zatem w krajach OECD zabezpieczeni na starość relatywnie lepiej.

Dla gorzej zarabiających rodaków informacja jest taka, że Polska jest jednym z ośmiu państw OECD, w których stopa zastąpienia jest taka sama dla zarabiających średnią i połowę średniej. W trzech państwach osoby zarabiające najmniej mają emerytury wyższe od swoich przeciętnych zarobków. W Islandii stopa zastąpienia wynosi dla grupy najmniej zarabiających 145%, w Danii – 121%, a w Izraelu – 100%. W grupie 27 państw Unii Europejskiej stopa zastąpienia wynosiła w 2009 roku niemal 62%.

OECD posługuje się danymi oficjalnymi przekazywanymi przez państwa członkowskie. Na tej podstawie obliczono, że w 2009 r. stopa zastąpienia wyniosła w Polsce 59% i była jednakowa dla trzech wyodrębnionych grup (zarabiający połowę średniej, średnią i półtorej średniej). Co ciekawe, stopa zastąpienia dla części finansowanej przez ZUS wyniosła 28,7%, a dla OFE – 30,2%.

Relatywnie wysoka obecnie stopa zastąpienia w Polsce jest skutkiem współistnienia dwóch systemów. Najstarsi Polacy korzystają nadal z systemu zdefiniowanego świadczenia odziedziczonego po PRL, a reszta weszła w system ZUS + OFE + nieistniejący de facto III filar dobrowolnych planów emerytalnych. Tak wysoka, jak obecna przeciętna stopa zastąpienia w Polsce nie utrzyma się. Za parę dekad – wedle dzisiejszej wiedzy i zakładanych rozwiązań – zacznie szybko opadać, do poziomu około 30%.

Systemy emerytalne dostarczają w państwach OECD przeciętnie 60% średnich dochodów osób starszych. Pozostałe 40% to w równych połowach:

– wynagrodzenia z kontynuowanej pracy

– wypłaty z funduszy emerytalnych oraz innych form oszczędności.

W Polsce przez dekady dominował system, w którym źródłem wypłat emerytur były zbierane na bieżąco składki oraz mniejsze lub większe dopłaty z budżetu wyrównujące w danym miesiącu ujemną różnicę między sumą zebranych składek, a sumą emerytur do wypłaty. Ponieważ składki zawsze są niewystarczające, to system opiera się na wierze, że państwu starczy w następnych miesiącach i latach sił na ściągniecie podatków na zasilenie niedoborów składkowych. Wprowadzenie OFE dało możliwość gromadzenia materialnych aktywów na pokrycie zobowiązań emerytalnych.

W całym OECD wartość materialnych aktywów w zarządzie wszelkiego rodzaju funduszy emerytalnych wynosiła w 2009 roku 16 800 mld dolarów, przy czym aktywa amerykańskich funduszy stanowiły ponad połowę tej kwoty – 9 600 mld dolarów. W 2009 roku aktywa ogółem stanowiły w OECD równowartość niemal 68% łącznego PKB 34 państw członkowskich (np. Holandia – aktywa funduszy równe 130% PKB, Szwajcaria -101%, Australia – 82%). Wśród liderów tej klasyfikacji są wyłącznie państwa z anglosaskim podejściem do kapitalizmu i z kalwińskim epizodem w swej historii. Jednak tylko 13 krajów ma wskaźnik wyższy od 20%. Tylko dzięki reformie z 1999 roku Polska osiągnęła wskaźnik w wysokości 13%.

16 państw OECD zdecydowało się gromadzić i wyodrębnić fundusze rezerwowe mające łagodzić skutki ewentualnych deficytów w systemach emerytalnych. Zgromadziły na nich łącznie 4 600 mld dolarów, z czego Amerykanie na Social Security Trust Fund ok. 2 500 mld dolarów. Drudzy na liście zapobiegliwych są Japończycy, którzy odłożyli 1 300 mld dolarów. Polska była w tym wykazie w 2009 roku z kwotą 2,43 mld dolarów na utworzonym w 2002 roku Funduszu Rezerwy Demograficznej. W połowie 2010 r. było na nim ok. 12,7 mld zł, ale jesienią tego samego roku wycofano z niego 7,5 mld zł, żeby zasilić Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, z którego ZUS wypłaca emerytury.

Fakty są takie, że Fundusz Rezerwy Demograficznej był dla obecnego rządu jak świnka – skarbonka dla 9-latka, który marzył żeby odkładać do niej tyle, żeby kiedyś starczyło na rower. Nie wytrzymał jednak tak długo, po paru tygodniach rozbił świnkę i kupił sobie trochę ciastek. Apetyt nie maleje – w budżecie na 2011 rok rząd przewidział odessanie z FRD kolejnych 4 mld zł. Możliwe, że w następnych raportach OECD Polska zniknie z zestawienia zapobiegliwych państw z rezerwowymi funduszami emerytalnymi. Zajmuje nas w Polsce szczególnie rozróżnienie między akcjami, a obligacjami i bonami skarbowymi jako rodzajami inwestycji dokonywanych przez fundusze emerytalne oraz fundusze rezerwy emerytalnej. Nasz dyskurs wysterowano w kierunku dezawuowania obligacji, tak jakby obowiązku 60% inwestycji w obligacje nie ustaliło samo państwo zainteresowane tańszymi, krajowymi źródłami zaspokojenia swych potrzeb pieniężnych finansowanych długiem.

Kompletne twarde dane na ten temat dostarczyło niewiele państw. Akcje wygrywają z obligacjami i bonami np. w Australii wynikiem 54,4% do 12,8% (wielkości te wyrażają udziały w całości portfela inwestycji), w Finlandii rezultatem 40,6% do 37,5%. Przewagą 45,4% do 31,4% obligacje i bony wygrały w 2009 roku również w USA. Najsłabszą wiarą w uosabianą akcjami siłę przedsiębiorczości sektora prywatnego mają Czesi, Koreańczycy, Słowacy i Estończycy, gdzie akcje nie stanowią nawet 5% inwestycji ogółem. Stara mądrość ludowa mówi, że ziemia nigdy nie traci na wartości. Polacy odrzucili te gusła i nasze fundusze w ogóle nie inwestują w nieruchomości. A w Szwajcarii, Portugalii, Finlandii, Kanadzie i Australii ziemia i budynki mają od 5 do 10% udziałów w całkowitych inwestycjach funduszy emerytalnych.

Stopa zwrotu na aktywach emerytalnych, to kolejny front polskiej batalii. Globalny kryzys finansowy zmniejszył wartość inwestycji poczynionych przez fundusze emerytalne. W 2008 roku w obszarze OECD przeciętna ujemna stopa zwrotu n inwestycjach wyniosła 22,5% w ujęciu realnym. Bezwzględna wartość aktywów stopniała z 18 700 mld dolarów w grudniu 2007 r. do 15 300 mld dolarów w grudniu 2008 r., czyli o 3 400 mld dolarów. W 2009 r. fundusze emerytalne stopniowo odzyskiwały animusz i odrobiły jakieś 1 500 mld z utraconych wcześniej 3 400 mld dolarów. 2010 rok był z pewnością jeszcze lepszy.

W grudniu 2009 roku wartość aktywów OFE była o 28,3% wyższa niż w grudniu 2007 roku. Źródłem tego wzrostu są głównie transfery środków z ZUS. Jest jednak niemal pewne, że w 2010 r. OFE z małym naddatkiem nadrobiły straty wywołane kryzysem finansowym w świecie. Można tak wnioskować na podstawie stopy zwrotu w OFE obliczanej przez KNF: między końcami września 2007 r. i 2010 r. wyniosła ona 3,36%. Kryzysy nie atakują wybiórczo. Nie znęcają się wyłącznie nad OFE, całą resztę – w tym budżet i ZUS – zostawiając w spokoju. Nawet budżet zebrał mniejsze podatki.

Pokładanie wiary w publicznych systemach emerytalnych, takich jak rodzimy ZUS, nie świadczy o przenikliwości i wyobraźni. 100 procent Polaków uważa emeryturę za coś bezdyskusyjnego i oczywistego, a przecież emerytury to relatywnie świeży wynalazek autorstwa kanclerza Bismarcka i premiera Lloyda George’a, pomyślany wyłącznie jako ukojenie bólu najuboższych. Upowszechnienie emerytur nastąpiło dopiero po II wojnie światowej, a kończący się raj emeryta z Zachodu trwał zaledwie 2-3 dekady. Upowszechnienie emerytur dokonało się z wielkimi błędami. Po pierwsze, w zastosowanych rozwiązaniach dominował system zdefiniowanego z góry świadczenia, które mogło być tym wyższe, im więcej osób przekazywało swoje składki na wypłaty dla jednego emeryta. Po drugie, nieświadomie przyjęto założenie, że nienaturalnie wielki (z powodu olbrzymich strat wojennych) przyrost naturalny będzie trwał przez niezliczone dekady.

Wyże demograficzne już nie wrócą. Pojawiać się będą jedynie jakieś drobne ich echa. Zadziwiające jest jednak jak wielu rozsądnych ludzi ratunek dla systemów emerytalnych widzi w prokreacji. Marzą o odwróceniu trendu i powrocie do trwałej przewagi liczby młodych nad starymi. Za życia dzisiejszego sześćdziesięciolatka ludność Ziemi zwiększyła się 2,8-krotnie, z ok. 2,5 mld w 1951 roku do prawie 7 mld dziś. Według amerykańskiego rządowego biura demograficznego 19 marca 2011 roku wczesnym popołudniem ludzi było na Ziemi 6 906 738 927. W dzień później na tym samym liczniku było 6 906 948 210, czyli (netto) przybyło 209 tys. mieszkańców. (www.census.gov/main/www/popclock.html). Przez zaledwie 24 godziny pojawiło się na świecie miasto wielkości np. Kielc. W dłuższej perspektywie tzw. solidarnościowy system finansowania emerytur nie przetrwa. Są w raporcie OECD konkluzje trafne, ale i takie, które nie wytrzymują krytyki. Krytyki domagają się zwłaszcza porady dotyczące zwalczania dyskryminacji w zatrudnieniu osób starszych, szkoleń dla 50-, czy 60-latków w celu zmiany kwalifikacji itp. Jest miejsce dla takich działań, jeśli nadaje się im sens operacyjny, ale raport nie odpowiada na pytanie: co to da w dłuższej perspektywie? Tego rodzaju porady zdumiewają głównie dlatego, że od 50 lat z okładem widać jak na dłoni, że pracy w XXI wieku jest i będzie znacznie mniej niż w XX. Wystarczy przypomnieć, że roboty ziemne wykonuje się dziś koparkami, a nie łopatami i taczkami. Prawdziwej pracy, czyli zatrudnienia zweryfikowanego rynkowymi potrzebami będzie z każdym rokiem jeszcze mniej niż dzisiaj. Rady sprowadzające się do szkolenia siwych głów są więc infantylne. Jeśli zatrudnienie staje się bardziej problemem społecznym i politycznym, niż istotnym czynnikiem wpływającym na poziom wytwórczości to trzeba zacząć o nim myśleć w oderwaniu od dogmatów.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test