Prawdziwy koszt ceł Donalda Trumpa

03.06.2019
Wojna handlowa USA z Chinami uderzyła w każdy niemal segment gospodarki amerykańskiej i wykreowała niewielu wygranych. Wśród przegranych są nie tylko konsumenci, ale również firmy i ich pracownicy, od rolników, którzy stracili rynki eksportowe, do producentów, którzy musieli ponieść wyższe koszty produkcji.

Jeffrey Frankel (PS)


Na początku maja prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump nagle ujawnił, że porozumienie handlowe między USA i Chinami może wcale nie dojść do skutku. Wręcz przeciwnie, 10 maja administracja prezydenta Trumpa podniosła wcześniejsze 10-proc. cła nałożone na towary chińskie o wartości 200 mld dolarów do 25 proc. i zagroził zastosowaniem do końca czerwca br. takiej samej stawki w odniesieniu do pozostałych towarów importowanych przez USA z Chin o wartości blisko 300 mld dolarów.

Chiny odpowiedziały podobnymi cłami na amerykański eksport o wartości 60 mld dolarów, które mają weszły w życie od 1 czerwca. W efekcie zaskoczone giełdy odnotowały spadki. Indeks S&P 500 spadł o 4 proc. już w pierwszym tygodniu wznowionej wojny handlowej.

W pełnej sprzecznych celów polityce handlowej USA panuje obecnie kompletny chaos. Biorąc pod uwagę obecny impas w rozmowach z Chinami oraz ogólną nieprzewidywalność Trumpa, sprzeczności polityki handlowej USA – i ich koszty – prawdopodobnie szybko nie znikną.

Na wstępie, przedstawiciele władz USAniektórzy prominentni ekonomiści bronią wysokich ceł nałożonych przez USA, twierdząc, że, choć niefortunne, są one doraźnym środkiem i sposobem koniecznym do osiągnięcia strategicznego celu. Z tej perspektywy cła są orężem, który pozwoli Trumpowi, wytrawnemu negocjatorowi handlowemu, wymóc ustępstwa ze strony Chin i innych partnerów handlowych USA.

Jednak Trump zachowuje się i mówi jak ktoś, kto byłby zupełnie zadowolony, gdyby cła zostały na stałe. Nalega on, aby Chiny poniosły koszty opłat celnych. Ponadto sprawia wrażenie, jakby nie przejmował się ewentualnymi długofalowymi kosztami przedłużającej się wojny handlowej: zerwaniem więzi między gospodarkami USA i Chin, utratą korzyści z handlu, w tym rozmontowaniem łańcuchów dostaw, od których zależna jest tak znaczna część przemysłu w obu krajach.

Jednocześnie administracja Trumpa żąda, aby Chiny ułatwiły amerykańskim firmom rozpoczęcie działalności w tym kraju – zwłaszcza zapewniając, że nie będą zmuszone przekazywać technologii czy innych własności intelektualnych lokalnym partnerom. Wydaje się to jednak niezgodne z celem Trumpa, którym jest zwiększenie wartości netto eksportu z USA do Chin, co oznacza raczej zaangażowanie amerykańskich firm mających produkcję w USA, a nie w Chinach.

Gdyby cła pozostały na zawsze, zaszkodziłoby to gospodarce światowej.

Wewnętrzne sprzeczności w polityce handlowej Donalda Trumpa są jeszcze bardziej niepokojące, gdy przyjrzeć się jej z bliska. Gdyby cła pozostały na zawsze – co obecnie wydaje się możliwe – zaszkodziłoby to gospodarce USA i gospodarce światowej.

Triumfalne przekonanie Trumpa, że Chiny wspierają rząd amerykański poprzez wpływy z ceł, jest przedziwne. Cło to podatek, i płacą go konsumenci i firmy w Ameryce, a nie Chiny. To prawda, że chińscy eksporterzy teoretycznie musieliby obniżyć ceny, gdyby amerykańskie cła doprowadziły do znacznego spadku popytu na ich produkty. Jednak dwa nowe badania przeprowadzone przez wybitnych ekonomistów z wykorzystaniem danych z 2018 r. dowodzą, że Chińscy eksporterzy nie obniżyli cen i, w rezultacie, wzrost cen został w całości przerzucony na amerykańskie gospodarstwa domowe.

Według jednego z badań szacunkowych, jeżeli Trump zrealizuje swoją groźbę objęcia całego importu z Chin 25-proc. stawką, przeciętne amerykańskie gospodarstwo domowe zapłaci za to od 300 do 800 dolarów w skali roku; inne badanie wylicza dodatkowe koszty, które mogą wynieść nawet 2200 dolarów rocznie. Co więcej, te szacunki nie obejmują kosztów, jakie zapłacą amerykańskie firmy, pracownicy i rolnicy tytułem zmniejszenia eksportu – w wyniku kroków odwetowych Chin i innych skutków, w tym wzrostu wartości dolara względem renminbi.

Przedłużająca się wojna cłowa przyniosłaby również utratę zysków z handlu między USA a Chinami. Ekonomiści od dawna twierdzą, że nie można oczekiwać od społeczeństwa rozumienia zasad zysków z handlu bez nauczenia go sformułowanej przez brytyjskiego ekonomistę Davida Ricardo zasady przewagi komparatywnej. Ta koncepcja – zgodnie z którą handel pomiędzy dwoma krajami może być wzajemnie korzystny, nawet jeżeli jeden z nich jest w stanie wyprodukować wszystko taniej niż drugi – została pokazowo opisana przez amerykańskiego ekonomistę Paula Samuelsona jako uniwersalnie prawdziwa, a jednak nieoczywista.

Prawdą jest jednak, że nie potrzeba pełnego rozumienia zasady przewagi komparatywnej, aby zrozumieć podstawową koncepcję wzajemnych korzyści z handlu. Jeżeli zarówno nabywca jak i sprzedawca dobrowolnie uzgodnią wymianę, obaj zyskują. Zakładamy przy tym, że obaj dobrze wiedzą, czego chcą – lub przynajmniej wiedzą lepiej niż rząd. Założenie to jest z reguły właściwe, z kilkoma wyjątkami (jak na przykład zakupy opioidów przez osoby uzależnione).

Powiedzenie, że oba kraje generalnie zyskują na handlu, nie oznacza, że każdy obywatel tych krajów korzysta na tym. Zmiany w wymianie handlowej i cłach kreują zarówno tych, którzy na nich wygrywają jak i tych, którzy na nich tracą w każdym kraju. Ale choć wygranych jest więcej niż przegranych przy liberalizacji handlu, podniesienie ceł przynosi z reguły odwrotny skutek.

Wydaje się, że Donald Trump zaprojektował idealny przykład ilustrujący powyższe: jego wojna handlowa z Chinami uderzyła w każdy niemal segment gospodarki amerykańskiej i wykreowała niewielu wygranych. Wśród przegranych są nie tylko konsumenci, ale również firmy i ich pracownicy, od rolników, którzy stracili rynki eksportowe, do producentów, którzy musieli ponieść wyższe koszty produkcji. Nawet amerykańska branża motoryzacyjna, która nie prosiła Trumpa o „ochronę”, ma się ogólnie gorzej ze względu na konieczność ponoszenia wyższych kosztów importowanej stali i części samochodowych.

W efekcie Trump prawie osiągnął to, co wydawało się niemożliwe: cła, które nie przynoszą korzyści prawie nikomu. Protekcjonizm z reguły opisuje się jako rezultat szczególnych interesów wymagających użycia niewspółmiernej władzy. Cła Trumpa wymierzone w chińskie towary nie pasują do tej teorii. A teoria, która by je uzasadniała, może nie istnieć.

Jeffrey Frankel jest profesorem w dziedzinie akumulacji kapitału i wzrostu gospodarczego na Uniwersytecie Harvarda.

Project Syndicate, 2019.
http://www.project-syndicate.org/


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test