Putin, Orbán – dwa bratanki

10.03.2015
Motorem wizyty Władimira Putina w Budapeszcie była nie gospodarka, lecz polityka i to polityczny, nie zaś ekonomiczny interes w tym wydarzeniu miały obie strony.

(Fot. PAP)


Udział Rosji w węgierskim eksporcie nie przekracza 3 proc. i w ostatnich latach maleje. Jedynym istotnym zagadnieniem gospodarczym do poruszenia w węgiersko-rosyjskich rozmowach na najwyższym szczeblu mogło być zapewnienie dostaw gazu na Węgry po wygaśnięciu w 2015 roku 20-letniej umowy gazowej. Już przed wizytą wiadomo jednak było, że gaz to temat na inną okazję, w innym gronie.

Gaz nie był nawet pretekstem

Przed spotkaniem Putin – Orbán węgierski minister spraw zagranicznych i handlu zagranicznego Péter Szijjártó stwierdził, że nie należy oczekiwać żadnego porozumienia gazowego. Dodał, że także w sprawie budowy zamówionej u Rosjan elektrowni atomowej za środki z udzielanego przez nich kredytu o wartości 10 mld euro również nie ma nic do uzgodnienia, bo wszystko jest już zapięte na ostatni guzik.

Węgry nie muszą na razie rozmawiać z Rosjanami o gazie, ponieważ nie odebrali jeszcze jego zapisanej w dotychczasowym kontrakcie ilości. Już pół roku temu strony uzgodniły, że Rosja rezygnuje z egzekwowania przewidzianych w umowie płatności za nieodebrany gaz, a zamówione przed laty ilości pozostaną do wykorzystania w następnych kilku latach. Jedyna otwarta kwestia to cena tego „zaległego” surowca, która ma zostać ustalona w nowej umowie.

W tych okolicznościach wizyta prezydenta Federacji Rosyjskiej na Węgrzech służyć mogła jedynie politycznym interesom Rosji. Putin pokazał wszem i wobec, że ma w Unii sojusznika, a samej UE brakuje jedności w sprawie traktowania Rosji w związku z konfliktem ukraińsko-rosyjskim. Powołując się na tzw. anonimowe źródła, rosyjska gazeta „Kommiersant” napisała przed tą podróżą, że rosyjsko-węgierskie rozmowy mają z różnych powodów charakter polityczny, a Węgry są dziś jedynym sojusznikiem Rosji w Unii Europejskiej. Gazeta przypomniała też, że Budapeszt dał wcześniej do zrozumienia, że jest gotów rozpocząć rozmowy na temat dostaw rosyjskiego gazu przez terytorium Turcji, mimo że Bruksela nie popiera tego rozwiązania. W przywoływanej publikacji zwrócono również uwagę, że węgierski rząd krytykuje rozszerzenie sankcji przeciwko Rosji.

Interes Rosji jest zatem dość czytelny. Mniej czytelne są rachuby Viktora Orbána, który otoczył swojego gościa z Moskwy demonstracyjną serdecznością bardzo wyraźnie, kontrastującą z chłodną atmosferą, w jakiej odbywała się kilka dni wcześniej wizyta w Budapeszcie kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Wszystko, tylko nie unia energetyczna

Próba zrozumienia kalkulacji premiera Węgier wymaga uważnego przyjrzenia się jego całej gospodarczej i politycznej strategii. Jej celem jest możliwie jak najskuteczniejsze poluzowanie więzi łączących Węgry z UE i w ogóle z Zachodem. Orbán chciałby jak najmniejszego wpływu Brukseli, Berlina i Paryża na swoją politykę wewnętrzną, a w szczególności skutecznego ograniczenia reakcji na jego… niekonwencjonalne posunięcia i rozwiązania, które są przez Europę odbierane jako antydemokratyczne i antyrynkowe.

Premier Orbán nieustannie tłumaczy swoim zwolennikom, że gazowe i atomowe umowy z Rosją służą energetycznemu uniezależnieniu kraju i ze swojego punktu widzenia mówi prawdę, tyle tylko, że jego celem jest uniezależnienie Węgier nie od Rosji, lecz od Unii i – generalnie – Zachodu. Szef węgierskiego rządu kieruje się w tym bardzo prostą logiką: mając na uwadze ogólnoeuropejskie wartości i normy demokratyczne, zasady wolnego rynku oraz wszelkie inne reguły unijne, Bruksela ma swoje zdanie w sprawach wewnętrznych Węgier – rozgrywanych i ustawianych na modłę Viktora Orbána, a Moskwa nie zabiera w tych kwestiach głosu. Orbán stawia Rosję za wzór dla Węgier, ponieważ popiera tamtejszy model jako daleki od modelu liberalno-demokratycznego. Na tej samej zasadzie w jednym z przemówień w pośród wzorów do naśladowania wymienił oprócz Rosji także Turcję i Chiny.

W celu realizacji strategii stopniowego osłabiania więzi z UE Orbán jak lew walczy o południowy rurociąg, który miałby powstać zamiast South Streamu i dostarczać rosyjski gaz przez Turcję, Macedonię i sąsiadującą z Węgrami Serbię, a omijać Ukrainę. Orbán nie chce, żeby Węgry były uzależnione (w skrajnej sytuacji) od systemu energetycznego UE. Boi się bardziej tego, że korek do rury dostarczającej gaz na Węgry będzie w rękach Brukseli, niż że Rosjanie wykorzystają dostawy gazu do szantażu politycznego. Jego kalkulacja sprowadza się do oceny, że w razie pogłębienia się konfliktu na linii Zachód–Rosja gaz na Węgry będzie docierać wyłącznie poprzez system rurociągów unijnych, a w rurach płynąć może gaz z Norwegii, Kuwejtu czy ze Stanów Zjednoczonych. Taki rozwój sytuacji przekreśliłby zaś rachuby i starania o uniezależnienie Węgier od Zachodu.

Kontekst ten pomaga zrozumieć zdecydowany sprzeciw Orbána wobec idei europejskiej unii energetycznej. Premier Węgier zaznaczył, że jeżeli unia ta miałaby ograniczyć wolność energetyczną krajów członkowskich i bazować na rozwiązaniach rynkowych, to Węgry ją zawetują.

Jego niechęć do zależności energetycznej od Zachodu widać w praktyce. Rurociąg łączący Słowację z Węgrami i będący częścią europejskiego systemu został oficjalnie i uroczyście oddany do użytku w kwietniu 2014 r., ale nie zdążono go uruchomić do dzisiaj. Powód zwłoki staje się czytelny, jeśli założyć, że w strategii Orbána istotną rolę odgrywa scenariusz, w którym rurociąg z Ukrainy jest z jakiegoś powodu zablokowany, a Węgry mogą wówczas korzystać z połączenia południowego – biegnącego z Serbii, która ma najlepsze spośród wszystkich państw Europy relacje z Rosją i z pewnością nie zostanie odcięta od dostępu do gazu z Syberii.

Na marginesie warto wskazać, że w przededniu przyjazdu prezydenta Putina do Budapesztu Viktor Orbán zjawił się nieoczekiwanie w Serbii, gdzie w jednej z przygranicznych miejscowości spotkał się na krótko z premierem i ministrem z praw zagranicznym sąsiada. Według wspólnego komunikatu tematem była „współpraca gospodarcza i bezpieczeństwo energetyczne regionu”. Uzgodniono, że „ze względu na fiasko South Streamu strony będą prowadzić nieustanne konsultacje w sprawie nowych, możliwych inwestycji i razem prowadzić przygotowania techniczne i finansowe tych projektów”).

Bankowy prawie konsensus

W obliczu geopolitycznych szarad Viktora Orbána łatwiej zrozumieć starania rządu węgierskiego o uniezależnienie gospodarki od banków zagranicznych poprzez powiększanie udziału banków w rękach właścicieli węgierskich w tutejszym sektorze finansowym. W lutym 2015 r. zawarte zostało porozumienie, na mocy którego EBRD i rząd węgierski obejmą udziały po 15 proc. każdy w Erste Bank Hungary. W zamian za to (oraz za obietnicę, że banki zagraniczne wzmogą akcję kredytową) rząd węgierski zgodził się na stopniowe zmniejszanie nałożonego na banki nadzwyczajnego podatku. Wedle tego porozumienia w ciągu trzech lat państwowe udziały w bankach komercyjnych będą musiały zostać sprzedane prywatnym nabywcom krajowym, ale władze – nie bez podstaw – liczą najwyraźniej na to, że nowi właściciele będą się wywodzić z kręgów bliskich rządzącemu Fideszowi.

W trakcie wizyty Władimira Putina poruszone zostały także kwestie mniej spektakularne, lecz intrygujące specjalistów. Nie wspomniał o nich wprawdzie gospodarz, ale wyręczył go gość. Prezydent Federacji Rosyjskiej poinformował mianowicie, że Gazprom wyrazi zgodę na magazynowanie w potężnych węgierskich magazynach podziemnych rosyjskiego gazu w ilości przewyższających potrzeby kraju. Według ekspertów może to oznaczać chęć ich wykorzystania przez Rosję do lokowania w nich rezerw handlowych, ale także możliwość zezwolenia Węgrom na handel rosyjskim gazem, co byłoby precedensem w praktyce Gazpromu. Nad Dunajem przypomniano od razu rosyjskie starania o przejęcie kontroli nad magazynami odkupionymi niedawno przez węgierski rząd za ciężkie miliardy od niemieckiego koncernu energetycznego RWE. Wysoki przedstawiciel rządu potwierdził niedawno, że sprzedaż tych magazynów nie jest wykluczona, a gdyby do niej dojdzie, to kupcem może być tylko Gazprom.

W tle starań Polski o przyjęcie przez Unię dynamicznej strategii energetycznej trzeba widzieć faktyczną niezgodę obecnych władz w Budapeszcie na funkcjonowanie rynku energii na zasadach rynkowych. Jej oficjalnym uzasadnieniem jest walka rządu o tanie media (gaz, prąd, woda, odbiór ścieków) dla ludności. Rząd Orbána głosi, że prowadzić ją skutecznie można tylko wtedy, gdy firmy energetyczne i komunalne są w rękach państwa i gdy działają one na zasadzie non-profit. W rzeczywistości chodzi o wysoce lukratywny handel gazem sprowadzanym na potrzeby przemysłu i zgarnianie z tego tytułu renty monopolowej.

Kto zarabia? Nie wiadomo

Również w tym przypadku rząd odwołał się do rozwiązań niekonwencjonalnych. Prawo do obrotów gazem ma wprawdzie podmiot jak najbardziej państwowy, czyli firma MVM, ale nabywcy surowca spotykają na drodze dostaw podmiot już jak najbardziej prywatny, tj. spółkę Met. Jej udziałowcy to najbliżsi przyjaciele Viktora Orbána oraz podmioty ukrywające wspólników dzięki rejestracji w rajach podatkowych. W 2014 r. spółka wypracowała na pośrednictwie w dostawach rosyjskiego gazu dla tutejszego przemysłu około 50 mld forintów (około 700 mln zł) zysku, ale nie bardzo wiadomo, kto się nim pożywia.

Głównym udziałowcem firmy jest István Garancsi, właściciel drużyny Videoton – mistrza Węgier w piłce nożnej. Zaangażowany jest także miliarder Sándor Csányi – prezes największego węgierskiego banku OTP, bliski przyjaciel premiera i zarazem szef Węgierskiego Związku Piłki Nożnej. Mówi się o współwłaścicielach rosyjskich, ale pogłosek tych nie da się zweryfikować, bowiem posłowie Fideszu odrzucili wniosek o powołanie przez parlament komisji śledczej w tej sprawie.

Dalekosiężna strategia Viktora Orbana łączy się więc ściśle z przyziemną taktyką codzienną. Prasa i opozycja polityczna zdołały już wprawdzie przyzwyczaić się, że zwycięzcami przetargów na największe inwestycje państwowe – na ogół finansowane ze środków unijnych – są osoby z rodziny premiera albo jego bliscy przyjaciele, a mimo to z wielkim zdumieniem przyjęto wiadomość, że budowa nowej elektrowni atomowej będzie wyjęta z obowiązujących procedur przetargowych, a wszelkie informacje o robotach prowadzonych na placu budowy przez firmy węgierskie pozostaną utajnione przez 30 lat.

Ustawa, która wykluczy drogę sądową w staraniach o dostęp do informacji o wykonawcach i kosztach budowy elektrowni atomowej, czeka na uchwalenie przez parlament. Planowana wartość tej inwestycji wynosi 12 mld euro, z czego 40 proc. (4,8 mld euro) ma przypaść węgierskim podwykonawcom. O tym, komu rząd zleci te prace, ile będą kosztowały, kto i ile na tym zarobi, społeczeństwo węgierskie dowie się w wiele lat po zakończeniu inwestycji, a i to nie na pewno, bo papiery wraz z upływem czasu blakną. Problem może wywołać gorące spory z Brukselą, ale to dla premiera Orbana nie pierwszyzna.


Tagi


Artykuły powiązane

test