• Andrzej Lubowski

Putin superstar? Nie w moim rankingu

09.01.2014
Ze zdumieniem słuchałem na przełomie roku płynących z ust polskich komentatorów twierdzeń o lawinie sukcesów Władimira Putina. Towarzyszyła temu nieodłącznie teza, że 2013 r. był bardzo zły dla Ameryki i dla prezydenta Obamy. Ja oszałamiających sukcesów odmłodzonego lokatora Kremla nie mogę dostrzec.

Władimir Putin, prezydent Rosji (CC By World Economic Forum)


W zbitce ocen ubiegłego roku pobrzmiewa echo świata dwubiegunowego, kiedy na globalne wydarzenia patrzyło się zwykle przez pryzmat interesów Moskwy i Waszyngtonu. I wówczas miało to jakiś sens. Dziś postrzeganie potknięć Ameryki jako triumfów Rosji to przejaw ignorancji lub rosyjskich fobii. A oszałamiających sukcesów odmłodzonego lokatora Kremla nie mogę dostrzec.

Za co go niezasłużenie chwalono

O pokojowym Noblu dla Putina – idei, która przyprawia mnie o mdłości – po raz pierwszy usłyszałem przy okazji kryzysu syryjskiego, który, jakoby, pokazał geniusz strategiczny Władimira Władimirowicza. To prawda, że niefortunną retoryką Obama zastawił na siebie pułapkę, ale prawdą jest także, że Ameryka staje co raz w obliczu moralnych dylematów, których Moskwa po prostu nie ma. Podczas gdy Ameryka nie do końca wie, czego chce w Syrii, Rosja wie detalicznie. Chce  utrzymać Asada przy władzy.

Syria to jej ostatni bastion na Bliskim Wschodzie. To ogromny rynek zbytu na rosyjską broń. Syryjski Tartus to ostatnia baza wojskowa Rosji poza terytorium dawnego ZSRR i jedyne miejsce na Morzu Śródziemnym gdzie rosyjska marynarka wojenna może się zaopatrywać i remontować okręty bez potrzeby powrotu na Morze Czarne przez cieśniny tureckie.

Ameryka natomiast stoi w obliczu dylematu co gorsze: tyfus czy cholera. Alternatywą dla barbarzyńskiego Asada jest bowiem w najlepszym scenariuszu chaos, zaś w najgorszym islamski fundamentalizm z silną rolą Al Kaidy.

Afera Snowdena to niewątpliwie cios w reputację Ameryki, ale umyka mojej logice dlaczego przyznanie mu azylu przez Rosję miałoby być sukcesem Moskwy. Jest to kolejny przejaw hipokryzji – nawet Chińczycy odmówili Snowdenowi azylu (najpierw trafił przecież do  Hong Kongu). Putin w roli obrońcy praw człowieka i wolności słowa wygląda raczej komicznie.

Piekielnie trudno znaleźć dowody sukcesów w gospodarce królestwa nepotyzmu, chyba że za takie przyznać pożyczki udzielone Ukrainie i Białorusi. Inny kontekst, ale ta sama idea przyświeca obu krokom i nie jest to bynajmniej idea proletariackiej solidarności, a bardziej desperackie próby utrzymania wpływów sprzed „największej tragedii 20 wieku” jaką, zdaniem Putina, był rozpad ZSRR.

W sierpniu 2012 roku Rosja, po długich staraniach, stała się członkiem Światowej Organizacji Handlu (WTO). Nadal nie respektuje w pełni swych zobowiązań członkowskich. Członkostwo w WTO póki co nie po ciągnęło za sobą wielkiego napływu zachodniego kapitału i na horyzoncie nie majaczą nawet reformy strukturalne, jakich Rosja na gwałt potrzebuje.

Towary przemysłowe to mniej niż 20 proc. jej eksportu i ponad 80 proc. importu ( w przypadku Polski towary przemysłowe to 76 proc. eksportu i 70 proc. importu). Eksport przemysłowy to przed wszystkim broń. W 2012 roku Rosja sprzedała za granicę broń wartości 15,2 mld dolarów, wzbogacając listę klientów o Afganistan, Ghanę, Oman i Tanzanię. Wicepremier Dmitrij Rogozin powiedział RIA Novosti, że Moskwa planuje do 2020 roku czterokrotnie zwiększyć ten eksport – do 50 mld dolarów. Może to stanowi kolejny argument na rzecz pokojowego Nobla dla Putina?

Car nigdy nie umiera

Adoratorom gospodarza nadchodzącej olimpiady w Soczi warto przypomnieć w jakich okolicznościach Putin doszedł do władzy i co z niej uczynił. Koszty pierwszej wojny w Czeczeni w 1997 roku, a potem gwałtowny spadek cen ropy i metali nieżelaznych, z których żyje Rosja, rozpoczęły lawinę wydarzeń, które wepchnęły obolały kraj w spiralę kryzysu finansowego. Rosły niespłacone długi wobec zagranicy i własnych obywateli – wstrzymano wypłaty rent i emerytur, a gdzieniegdzie także płac.  Jelcyn zmieniał premierów i ministrów, Moskwa uparcie broniła kursu rubla. Gdy latem 1998 r. Jelcyn przerwał wakacje i wrócił do Moskwy aby, jak oczekiwano, znów pogonić ministrów, jedyne co zrobił to awansował Putina na szefa Federalnej Służby Bezpieczeństwa, potężnej agencji łączącej w sobie wcześniejsze zadania KGB i ministerstwa spraw wewnętrznych, nadając jej szefowi status ministra i stopień generała armii.

Panika na moskiewskiej giełdzie – od stycznia do sierpnia 1998 r. akcje spadły o ponad 75 proc. – ostra dewaluacja rubla, faktyczna odmowa spłaty długów krajowych, ponad milion osób straciło wszelkie oszczędności, gdy z torbami poszły ich banki, zawieszenie obsługi zadłużenia wobec zagranicy, strajki górników, galopująca inflacja. Wreszcie 9 października 1998 roku Rosja zwróciła się z apelem do świata o pomoc humanitarną, łącznie z żywnością. Przypominam o tym, gdyż bez tego nie da się zrozumieć tęsknoty Rosjan za jakim takim porządkiem i nadzieje, że Putin jaki taki porządek zaprowadzi.

Potem nadeszły lata tłuste, dla niektórych bardzo tłuste – podwoił się dochód na głowę, pojawiła klasa średnia. Wszystko to za sprawą bonanzy naftowej. Cena ropy z 12 dolarów za baryłkę w lipcu 1998 roku skoczyła do ponad 140 dolarów w lipcu 2008 r. Wartość importu samochodów wzrosła z 5 miliardów dolarów w 2004 roku do 30 miliardów w roku 2008. Rosja pozbyła się długów. Zobowiązania wobec Międzynarodowego Funduszu Walutowego spłaciła w 2005 roku – na trzy i pół roku przed czasem.

Z zaskoczenia

W 2007 roku, gdy pojawiły się oznaki słabości amerykańskiego sektora bankowego, Putin lekceważąco krytykował i pouczał Waszyngton. Ale rok później międzynarodowy kryzys, ku zaskoczeniu Kremla, dotknął Rosję mocniej niż innych: po pierwsze, spadła gwałtownie cena ropy, po drugie – kapitał odpłynął z Rosji w poszukiwaniu bezpieczniejszej przystani. Moskwa odczuła, że nie żyje w próżni, że cena ropy nie zawsze idzie w górę, a współzależności są silniejsze, niż była tego świadoma.

Gdy z mapy zniknęło uzbrojone po zęby komunistyczne mocarstwo,  na jego gruzach powstało królestwo nepotyzmu – skorumpowane, sfrustrowane, i gnijące. W lutym 2013 roku, przewodniczący komisji etyki parlamentu Rosji podał się do dymisji, gdy okazało się, że, wbrew przepisom, nie ujawnił swych milionowych inwestycji w luksusowe nieruchomości na Florydzie. Koledzy parlamentarzyści zgotowali mu owację na stojąco

– Współczesna Rosja, pisze Władisław L. Inozemcew, profesor ekonomii i dyrektor Centrum Badań Post-Industrialnych, znajduje się w stadium neofeudalizmu – rewolucja i komunizm zatrzymały jej rozwój społeczno-ekonomiczny w takim właśnie stadium, i po upadku komunizmu ta zamrożona forma feudalizmu odtajała.

Źródeł deformacji, autorytaryzmu i rozmaitych klęsk krytycy współczesnej Rosji dopatrują się głównie w dominacji oddanych Putinowi struktur siłowych, spuścizny po KGB. Źródłem nadziei na lepszą przyszłość Rosji jest oczekiwanie, że zmiany nadejdą wraz z odejściem ludzi, którzy tę spuściznę pielęgnują.

Ale rzeczywistość i perspektywy na przyszłość są bardziej ponure.

Prawdziwy problem polega na negatywnej selekcji – na sposobie rekrutacji nowych członków elit. Setki niesprawnych biurokratów rekrutują na kluczowe stanowiska w centralnej administracji państwa ludzi jeszcze gorzej kwalifikowanych, w przekonaniu, że ta miernota nie stanowi dla nich wyzwania. W rezultacie zarządzanie Rosją cierpi mniej z powodu oligarchii władzy, a bardziej z powodu dyktatury niekompetencji.

Elita polityczna Rosji reprezentuje niższy poziom niż biurokraci późnego okresu sowieckiego. Sprawowanie władzy stało się monopolistycznym biznesem. Kontrolują go głównie przyjaciele i koledzy twórcy systemu, Władimira Putina.  W nadchodzących latach rywalizacja wewnątrz systemu jeszcze bardziej osłabnie. W przeciwieństwie do końcowych lat istnienia ZSRR, wielkie zastępy społeczeństwa chcą przyłączyć się do systemu, a nie stać w opozycji. Miernota zasili elitę. Najlepsi wyjadą.

Sam status członka WTO może nie wystarczyć, aby przyciągnąć zachodni kapitał.  Potrzebna jest poszanowanie praw własności, stabilność reguł gry i jej przejrzystość. A tego wciąż w Rosji brakuje. Pod względem wolności gospodarczych, w rankingu Heritage Foundation za 2013 rok, Rosja plasuje się na 139 miejscu na świecie, między Gwineą Bissau i Wietnamem, (listę otwiera Hong Kong, a zamyka Północna Korea. USA – 10, Niemcy – 19, Polska – 57, Włochy – 83). W Europie za Rosją znalazły się tylko Białoruś i Ukraina.

Anders Aslund, szwedzki badacz gospodarki Rosji, przypomina, że zwykle im kraj biedniejszy, tym bardziej skorumpowany i na tle tej reguły Rosja jest wyjątkiem. Tylko Gwinea Równikowa, powiada, jest bogatsza i bardziej skorumpowana, niż Rosja.

Według szacunków czołowego rosyjskiego eksperta do spraw korupcji, Georgija Satarowa, suma łapówek w rosyjskiej gospodarce za rządów Putina wzrosła z 33 do 400 mld dolarów rocznie.  Wzmogło to zainteresowanie pracą w organach rządu wśród młodych, niekoniecznie najlepszych i najzdolniejszych. Nadzieja, że kiedy obecna elita władzy przejdzie na emeryturę zmieni się istota systemu jest mrzonką.

Rosja nie stanie się szybko demokracją ani państwem prawa, ale może się powtórzyć scenariusz ukraiński. To znaczy korupcja, przywileje państwa i władzy, ale jednocześnie pluralizm w życiu publicznym. I wybory, których wynik nie jest z góry znany. To wydaje się być najlepszy realistyczny wariant dla Rosji.

Okazjonalni demonstranci w Moskwie czy Petersburgu to drobny ułamek społeczeństwa. Ogromna większość Rosjan z prowincji pasuje do wizerunku: politycznie apatyczny konserwatysta, generalnie popierający Putina, podejrzliwy wobec Zachodu i z rozrzewnieniem wspominający czasy sowieckie, gdy świat bał się Kremla.  Z analiz moskiewskiego Centrum Badań Strategicznych wynika także, że Rosjanie z prowincji nie mają wprawdzie ochoty na uliczne protesty i abstrakcyjne postulaty, ale jednocześnie są niezadowoleni z obecnego systemu, który postrzegają jako niekompetentny i głęboko skorumpowany.

Ich poparcie dla Putina kurczy się, lecz uwaga koncentruje się nie na deficycie demokracji, ale na konkretnych lokalnych bolączkach: służba zdrowia, mieszkania, bezpieczeństwo na ulicach, w miarę uczciwe sądy. W kraju 39 milionów emerytów i 18 milionów weteranów wojen, niepełnosprawnych i innych beneficjentów świadczeń społecznych, zwykły Rosjanin ma coraz więcej wątpliwości, czy państwo jest w stanie wywiązać się z obietnic.  Mało kto pali się do rewolucyjnego zrywu.  Ludzie czują, że politycy u władzy dawno się zużyli, że nie można im wierzyć, i że czas na nowych, ale tych nowych nie widzą.

A nawet gdyby tacy się pojawili, to jak pokazały względnie uczciwe wybory początku lat 1990, partie głoszące potrzebę reform nigdy nie dostały więcej niż 35 proc. głosów, a zwykle znacznie mniej. Z badań wynika także, że podejrzliwość wobec Zachodu to ta sfera, gdzie retoryka Putina trafia na podatny grunt.  Stąd popularność postulatów zwiększenia wydatków na zbrojenia, aby przywrócić armii jej siłę i mocarstwowy status.

Ekipa Putina wydaje się zdawać sobie sprawę z potrzeby reform w sektorze publicznym. Ale składa się z miernych technokratów pozbawionych zarówno zdolności jak i wiarygodności, aby takie reformy przeprowadzić. Dyskredytacja rządów Putina teoretycznie otwiera drzwi do radykalnej decentralizacji z chwilą, gdy władca zejdzie ze sceny. Lecz na to się nie zanosi.

Kult inżyniera

W samej Rosji pojawił się właśnie nowy pomysł na modernizację – unowocześnienie armii. Ma to rozwinąć bazę przemysłową kraju, i „stworzyć kult inżyniera i konstruktora”, cokolwiek to znaczy. Umocnienie armii ma zrekompensować słabości w innych dziedzinach, choć nawet poplecznicy tego pomysłu nieśmiało przypominają, że nie jest to idealna alternatywa dla prawdziwej modernizacji kraju. Bez niej Rosja będzie przypominać ZSRR nazwany kiedyś przez niemieckiego kanclerza Helmuta Schmidta „Górną Woltą z rakietami”.

Rosyjska elita ma konta w Szwajcarii, domy na Lazurowym Wybrzeżu, żony w Londynie, a dzieci w USA. W dłuższej perspektywie kraj będzie grawitować w stronę Zachodu, bo takie są jego interesy, zwłaszcza zważywszy jego muzułmańskie podbrzusze w Azji Środkowej i potęgę chińskiego sąsiada na Dalekim Wschodzie.

Szacuje się, że w minionym właśnie 2013 roku rosyjski PKB wzrósł zaledwie o 1,4 proc., choć cena ropy utrzymywała się na dość wysokim poziomie. Powszechna jest opinia, że bez rychłych i głębokich reform Rosji grozi stagnacja gospodarcza, a nie awans do grona gospodarczych potęg. Nie widzę także sukcesów politycznych, chyba że za takie uznać zwolnienie z łagru Chodorkowskiego, albo rekordowe wydatki na organizację olimpiady w Soczi. Wysoki urzędnik Unii Europejskiej opowiedział mi o spotkaniu grupy rosyjskich ekonomistów z ich unijnymi kolegami w Brukseli. Na prowokacyjne pytanie, czy w strategii gospodarczej Kreml sięgnie do modelu chińskiego, odpowiedź brzmiała następująco: „Rozważa się raczej model koreański, przy czym wciąż brak zgody, czy uczyć się od Korei Południowej czy Północnej.”

Ten żarcik jest dowodem, jak bardzo czasy się zmieniły, bo kiedyś za podobny dowcip wędrowało się w Rosji na białe niedźwiedzie. Dziś można sobie na taki żarcik pozwolić. Ale to stanowczo za mało, aby mnie przekonać, że Putin jest dobry dla Rosji, o jej otoczeniu nie wspominając.

Andrzej Lubowski jest ekonomistą, publicystą. Specjalista od zarządzania. Przez blisko 20 lat pracował na stanowiskach kierowniczych w Citicorp/Citibank i Visa USA. Absolwent warszawskiej SGH, Uniwersytetu Berkeley oraz Uniwersytetu Stanforda. Na stałe mieszka w Kaliforni, regularnie publikuje, jest m.in. członkiem zespołu redakcyjnego portalu Studio Opinii.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test