Siedem lat tłustych, zwłaszcza dla już tłustych

25.11.2013
Rozwarstwienie międzyregionalne w Polsce wzrasta – wskazują na to trochę niezauważone informacje GUS o PKB w województwach. Wygrywa okręg stołeczny, inne wielkie miasta oraz te miejsca, gdzie wystąpił boom gospodarczy, np. okolice Legnicy i Głogowa, które zawdzięczają wzrost dobrobytu wyższym cenom miedzi i srebra.

(infografika Darek Gąszczyk)


Zacznijmy od statystyki wojewódzkiej. Najnowsze dane pokazują, że w 2011 roku najwyższy produkt krajowy na mieszkańca był w województwie mazowieckim, a najniższy na Podkarpaciu. Różnica jest ogromna, mazowiecki PKB per capita wynosił 64790 zł i był 2,41 razy większy niż w woj. podkarpackim, gdzie wynosił 26801 zł. Na Podkarpaciu miedzy 2009 a 2011 rokiem wzrósł o 12,2 procent, a na Mazowszu 15,5 procent.

W złotych różnica ta jest znacznie poważniejsza: na Podkarpaciu wzrost wyniósł niespełna 3 tysiące złotych, na Mazowszu ponad 8,5 tysiąca. Liczenie dynamiki w wartościach procentowych jest najpopularniejsze, tymczasem nie pokazuje tego, co faktycznie spotyka ludzi mieszkających na danym terenie. Tymczasem 1 proc. w regionie ubogim to nie to samo co 1 proc. w regionie zamożnym.

>>Szczegóły na temat PKB regionów w raporcie GUS

Dane wojewódzkie są dość często przywoływane w kontekście historycznym. W 2004 roku   najwyższy PKB miało województwo mazowieckie – 151,5 proc. średniej dla Polski, a nad kreską znajdowały się także Śląskie, Wielkopolskie i Dolnośląskie, ale w ich przypadku kilku, maksimum kilkanaście punktów procentowych. Najniższy produkt był w województwie lubelskim i stanowił 69,4 proc. średniej.

A jak było 7 lat później? Mazowieckie ma już 163,3 procent średniej krajowej, a nad kreską są jeszcze te same trzy województwa z tym, że Śląskie i Wielkopolskie  przewyższają średnią mniej niż w 2004 roku. Najniższy jest PKB Podkarpacia i wynosi zaledwie 67,6 procent średniej krajowej.

Swoja pozycję w stosunku do średniej ogólnopolskiej poprawiły tylko 4 regiony. Obok najzamożniejszych – Mazowsza i Dolnego Śląska – także woj. łódzkie i małopolskie, ale w tych ostatnich zmiany są minimalne. Wszystkie pozostałe regiony oddalają się od średniej w dół, choć rzecz jasna i nominalnie, i realnie ich produkt krajowy wzrasta.

Znacznie mniej eksponowane są w mediach informacje dotyczące podregionów. W każdym województwie są co najmniej dwa, w sumie w Polsce 66. Najpierw zajmijmy się Mazowszem, gdzie jest sześć podregionów. Często można spotkać się z opinią, że tylko Warszawa jest zamożna. Dane szczegółowe wskazują, że to nieprawda. Podregion warszawski zachodni i ciechanowsko-płocki również mają PKB zdecydowanie powyżej średniej krajowej, odpowiednio o 26,1 i 22 procent. Po drugie, wszystkie podregiony na Mazowszu w ciągu ostatnich 7 lat podwyższyły swoją relację do średniej krajowej; także i te, które nadal mają produkt niższy niż średnia niwelowały dystans.

Dla porządku dodajmy, że produkt krajowy Warszawie wynosi prawie 120 tysięcy złotych na mieszkańca, jest trzykrotnie wyższy niż średnia krajowa i sześciokrotnie wyższy niż w najuboższych podregionach w Polsce. Dla porównania, w Czechach różnica miedzy Pragą i najuboższym regionem jest znacznie mniejsza bo tylko trzykrotna, podobnie na Litwie, a na Słowacji czterokrotna (dane dla 2010 roku, późniejszych jeszcze nie ma).

Drugie województwo zasługujące na uwagę, to Dolny Śląsk, który także zrobił duży postęp w ostatnich siedmiu latach. Dane z dokładnością do podregionów pokazują jednak, że to w ogromnej mierze zasługa podregionu legnicko-głogowskiego, gdzie PKB wynosi już ponad 73,8 tys. zł, jest prawie dwukrotnie wyższy niż średnio w Polsce oraz  grubo ponad 2 razy wyższy niż 7 lat temu. To oczywiście zasługa wzrostu cen miedzi i srebra na rynkach światowych.

Przez siedem lat poprawiła się także sytuacja w regionie wrocławskim i samym Wrocławiu. Jednakże „okołoregion” wrocławski jeszcze nie sięga średniej krajowej, natomiast Wrocław mimo rozwoju stał się mniej zamożny niż podregion legnicko-głogowski. Pozostałe dwa podregiony – wałbrzyski i jeleniogórski tracą dystans do Polski i mają PKB znacznie niższe niż średnio w kraju.

Korzystając z kilku tablic GUS można tak zanalizować każde województwo, my ograniczymy się jeszcze do najbiedniejszych – Podkarpacia (PKB per capita 26801 zł) i Lubelszczyzny (PKB per capita 26919 zł). Na Lubelszczyźnie, gdzie są cztery podregiony, we wszystkich PKB jest niższy niż średnia krajowa. W podregionie lubelskim (Lublin i okolice) jest to 86,8 proc., w podregionie chełmsko-zamojskim 56,2 proc., w bialskim 59,7 proc., a w podregionie puławskim 60,9 proc. Widać, że wielkie zakłady azotowe nie są w stanie wyciągnąć całej gospodarki podregionu puławskiego. W efekcie uboższe podregiony mają PKB na mieszkańca od 22 do 24 tys. zł, tylko w podregionie lubelskim wynosi więcej – 34,4 tys. Relacje do średniej krajowej są na ogół gorsze niż 7 lat temu.

W woj. podkarpackim sytuacja jest podobna. We wszystkim czterech podregionach PKB jest niższy od średniej krajowej, zwłaszcza w krośnieńskim i przemyskim, gdzie ledwie przekracza połowę średniej i ta relacja dramatycznie się pogorszyła w ostatnich siedmiu latach (na przykład w przemyskim z 59,7 procent do 52,7 proc.).  Lepiej jest tylko  w podregionie rzeszowskim – tu PKB per capita wynosi 32,1 tysiąca złotych, co stanowi 81 proc średniej krajowej.  7 lat temu było to 76 proc. – prawdopodobnie przynosi rezultaty rozwój ośrodka akademickiego, Dolina Lotnicza i fakt, że w Rzeszowie mieści się siedziba dziś największej firmy informatycznej w Polsce – Asseco.

Ponieważ nie omawiamy wszystkich województw, pokażemy teraz 10 najbogatszych i najuboższych podregionów w Polsce.

(infografika Darek Gąszczyk)

Zaskoczenia nie ma. Zgodnie z przewidywaniami w gronie najzamożniejszych dominują podregiony woj. mazowieckiego i dolnośląskiego oraz wielkie miasta, zaś wśród najuboższych – podregiony lubelskiego i podkarpackiego. Jedyna niespodzianka to obecność na liście najuboższych podregionu nowosądeckiego, mimo silnie rozwiniętej turystyki (Podhale, Zakopane, Krynica etc.). Miejsca pracy w turystyce, hotelarstwie czy gastronomii nie są jak wiadomo nadzwyczaj dobrze opłacane, nadto podejrzewam, że istotna część gospodarki tego regionu ulokowana jest w szarej strefie.

Jak wspomniałem, różnice w PKB per capita między podregionami w całej Polsce sięgają sześciokrotności i są bardzo wysokie. Jednak wewnątrz województw są już mniejsze. W woj. lubuskim, gdzie są dwa podregiony – zielonogórski i gorzowski ich PKB różni się o zaledwie 28 złotych. W wielu mniej zurbanizowanych województwach różnica między najzamożniejszym i najuboższym podregionem wynosi około 30- 50 procent, a zatem nie stwarza wielkiej motywacji do wewnętrznych migracji. W kilku województwach sięga dwukrotności (dolnośląskie, łódzkie, pomorskie, śląskie). Znaczniejsza rozpiętość jest tylko między podregionami w woj. mazowieckim i w Małopolsce, odpowiednio cztero-  i trzykrotna.

Poniżej tabela,  w której prezentujemy kolejno: PKB w województwie, a następnie PKB w podregionie najzamożniejszym i najuboższym, co pozwala ocenić stopień zróżnicowania wewnątrz województw.

(infografika Darek Gąszczyk/CC BY-NC by Thomas N.)

Kolejna pouczająca klasyfikacja pokazuje podregiony, które najwięcej zyskały w ciągu ostatnich 7 lat lub – relatywnie – najwięcej straciły. Punktem odniesienia jest tu dynamika PKB dla Polski wynosząca nominalnie 64 procent. PKB per capita wzrósł z 24181 zł w 2004 do 39 665 zł w 2011, przy czym w tym czasie skumulowana inflacja mierzona CPI (nie mamy statystyki deflatorów PKB) wyniosła 22 proc. a PKB realnie wzrósł o 36,2 proc.

(infografika Darek Gąszczyk)

Skoro nawet w podregionach, które traciły dystans do średniej krajowej PKB per capita wzrastał nominalnie o minimum 44 procent, czyli dwukrotnie bardziej niż inflacja, co znaczy oczywiście, że  również wzrastał realnie. Różnice są jednak jak widać ogromne, zwłaszcza jeśli uwzględnić zmiany w złotych, a nie procentowe. Wśród tych podregionów, które rozwijały się szybko (dynamika nominalna PKB ok. 80 proc. lub więcej) obok wymienionych w tabeli na kolejnych pozycjach są regiony Gliwicki, M.St. Warszawa, Warszawski-Wschodni, Ciechanowsko-Płocki i Piotrkowski. A zatem dominuje Mazowsze i okolice Warszawy.  Regiony te ciągnięte są albo przez metropolie warszawską czy krakowską, albo przez pojedyncze wielkie i dochodowe firmy jak KGHM, PGE czy PKN Orlen.

Z kolei po sosnowieckim, włocławskim, przemyskim, pilskim i koszalińskim następne pozycje wśród słabo rozwijających się zajmują podregiony szczeciński, opolski, sieradzki, zielonogórski i suwalski z dynamiką w okolicach 50 procent. Trudno w całej 10-tce przegranych znaleźć  wspólny mianownik, być może znaczenie ma brak operatywności władz lokalnych w utrzymywaniu i przyciąganiu biznesu oraz funduszy europejskich, być może decyduje upadek lub przeniesienie siedziby jakiejś dużej firmy. Lokalne władze i media mają temat do przemyślenia.

Z danych GUS wynika także, że ośrodki metropolitalne na ogół mają tendencję do przyciągania kapitału i oferują wyższe płace, i w efekcie relatywnie szybko się rozwijały po akcesji do Unii Europejskiej, choć czasami punkt startu był nisko. Okolice Wrocławia, Krakowa, Warszawy, Gdańska, Poznania i Łodzi rozwijały się pod względem PKB na mieszkańca dobrze w latach 2004-2011, lub przynajmniej nie pogorszyły swojej pozycji w stosunku do średniej krajowej.

W samych miastach bywało natomiast różnie. Wrocław i Warszawa jeszcze poprawiły się wobec średniej krajowej, Łódź też, choć niewiele, w Krakowie natomiast sytuacja się pogarsza. PKB per capita nadal przekracza tu 150 procent średniej krajowej, ale coraz mniej. Stagnacja panowała pod tym względem w Trójmieście natomiast w Poznaniu nadal PKB jest bardzo wysoki i stanowi 191,3 proc. średniej krajowej, ale w 2004 przekraczał 200 procent.

Specyficzne jest zurbanizowane województwo śląskie. Podregiony „motoryzacyjne” – gliwicki i tyski podwyższyły PKB na mieszkańca bardziej niż średnio w kraju. W pozostałych sytuacja uległa znacznemu pogorszeniu, zwłaszcza w podregionie częstochowskim i bytomskim gdzie PKB na mieszkańca jest wyraźnie poniżej średniej krajowej, a w sosnowieckim gwałtownie spadł poniżej tego poziomu. Pogarsza się także względna pozycja podregionu katowickiego, ale nadal PKB stanowi tu 141,4 proc. średniej krajowej. Szczegółowe dane o PKB w podregionach w 2011 roku można znaleźć  na stronach 104 -108 wspomnianej publikacji GUS.

Oczywiście statystyka PKB dla regionów i podregionów ma swoje wady.

Po pierwsze mieszkańcy dojeżdżający do pracy w metropoliach z okolicznych podregionów kreują PKB w wielkich miastach, a nie w swoich miejscach zamieszkania.

Po wtóre, istnieje problem firm zlokalizowanych w konkretnym podregionie, ale działających na terenie całego kraju, co podwyższa PKB w Warszawie i Poznaniu, zapewne także w Krakowie i Wrocławiu.

Po trzecie, jak pisze Bohdan Wyżnikiewicz „regionalne różnice w poziomie PKB na mieszkańca są znacznie większe niż różnice w poziomie dochodów do dyspozycji ludności”.

Na przykład w 2011 roku przy PKB per capita w Polsce 39 665 zł dochody do dyspozycji na mieszkańca wynosiły 24 253 zł, czyli 61,1 proc. Przy czym w najmniej zamożnym województwie podkarpackim było to 66,8 proc., a w zamożnym mazowieckim (dochody rozporządzalne per capita 32 623 zł, PKB 64 790 zł) tylko 50,4 proc. Nie mniej statystyki regionalnego PKB nie najgorzej opisują zamożność poszczególnych terenów w Polsce pokazując ich utrzymujące się, a nawet zwiększające się zróżnicowanie.

Tak jest w całej Europie – mimo pompowania wielkich pieniędzy w południe Włoch czy landy wschodnich Niemiec a także sporych środków –  jak na nasze możliwości – w tereny Polski wschodniej, rozwarstwienie pogłębia się. Pieniądze te być może nieco hamują ten proces, ale z pewnością nie odwracają go. Bohdan Wyżnikiewicz uważa jednak, że polityka regionalna wspierania biedniejszych regionów ma sens, gdyż bez niej postępowałaby degradacja tych regionów.

Barbara i Jacek Batóg z Uniwersytetu Szczecińskiego piszą, że „obserwowane prawidłowości polegające na utrzymywaniu się lub wzroście nierówności poziomu rozwoju oraz zróżnicowaniu potencjału gospodarczego regionów, są zgodne z większością teorii rozwoju regionalnego”. Niezależnie czy teoria koncentruje uwagę na wyższym potencjale innowacyjności regionów centralnych (teoria wzrostu endogenicznego), na kosztach transportu (teoria nowej geografii ekonomicznej), na stopniowych zmianach wynikających ze stanu poprzedniego (teoria ewolucyjna) czy wskazuje na rolę eksportu lub klastrów innowacyjności.

Jedna z ciekawszych obserwacji w ich pracy dotyczy niektórych województw, które nie wykorzystują swojego potencjału mimo korzystnej lokalizacji (łódzkie, śląskie, świętokrzyskie, kujawsko-pomorskie, opolskie). Batógowie zwracają też uwagę na dwa zjawiska, które mogą w przyszłości zmniejszyć tempo wzrostu zróżnicowania regionalnego – zahamowanie rozwoju dużych aglomeracji ze względu na występujące niekorzyści skali (czas przejazdów, koszty mieszkania, degradacja środowiska) oraz wprowadzenie nowych limitów zadłużenia samorządów terytorialnych redukujących możliwości inwestycyjne.

Szczecińscy autorzy piszą również, że dotychczasowy model zorientowany na wyrównywanie szans zastępowany jest przez nowy, akcentujący rozwój głównych ośrodków wzrostu (stolic regionów), a następnie rozprzestrzenianie się procesów rozwojowych na pozostały obszar regionu. Taką rekomendację przedstawili 4 lata temu członkowie zespołu przygotowującego pod kierownictwem Michała Boniego raport „Polska 2030”, którzy zaproponowali model polaryzacyjno-dyfuzyjny rozwoju.

Autorzy pisali wprawdzie, że „przyjmując nierównomierności tempa rozwoju za naturalny element procesów gospodarczych (…) obok wspierania biegunów wzrostów (czyli procesów polaryzacyjnych), trzeba przede wszystkim stworzyć warunki dla dyfuzji – tego wszystkiego, co będzie sprzyjało wyrównywaniu szans edukacyjnych, zwiększało dostępność transportową każdego miejsca w kraju, likwidowało groźbę wykluczenia cyfrowego”. W swoich rekomendacjach niewątpliwie stawiali na rozwój metropolii. Lekko ukryta w warstwie językowej, ale dość śmiała koncepcja najpierw została wygwizdana przez opozycję – jakże wdzięcznie oskarżyć rząd o poniewieranie uboższych regionów,  a potem zarzucona przez sam rząd.

Na koniec warto zapytać dlaczego konwergencja ekonomiczna zachodzi w ramach Unii między państwami Europy Wschodniej i Zachodniej, a nie zachodzi między regionami wewnątrz poszczególnych państw. Otóż według teorii neoklasycznej, jak piszą Barbara i Jacek Batóg (jedynej teorii, która mówi o tendencji do wyrównywania poziomu rozwoju), migracji siły roboczej z regionów słabiej rozwiniętych do lepiej rozwiniętych ze względu na większą podaż pracy towarzyszy przepływ kapitału w odwrotnym kierunku ze względu na niższe koszty produkcji.

Dane, które przedstawiłem powyżej wskazują jednak, że ten mechanizm na poziomie wewnątrzkrajowym jest zaburzony. O ile różnice między np. Polską a Niemcami w kosztach siły roboczej są wysokie, więc teoria się sprawdza (niemieckie firmy lokują u nas inwestycje, polscy pracownicy emigrują do Niemiec), o tyle różnice między regionami w Polsce są znacznie mniejsze, do czego przyczynia się dodatkowo wysoka relatywnie płaca minimalna i to ujednolicona w skali kraju. Dane o migracjach wewnętrznych wskazują, że na większą skalę następuje tylko transfer  pracowników do Warszawy (słynne „słoiki” ) oraz w znacznie mniejszym stopniu do Wrocławia, Krakowa i Rzeszowa.

W efekcie można przypuszczać, że najbliższe siedem lat będzie kolejnym okresem inwestowania publicznych środków w tereny słabo rozwinięte, po czym z pewnym zdziwieniem zobaczymy, że fundusze spójności i tym razem nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test