Świat jest lepszy, niż się wydaje

04.12.2016
Wbrew pogłoskom o bliskim upadku kapitalizmu i Zachodu, świat ten nigdy nie miał się tak dobrze jak dziś i wcale nie ma zamiaru upaść. Relatywne i subiektywne odczucie pogorszenia sytuacji ma swoje najważniejsze źródło w traceniu przez Zachód renty, którą pobiera od miliardów ludzi z nie-zachodu.

W 2010 r. w skali globalnej odsetek czytających i piszących wynosił 90 proc. miedzy innymi dzięki programom nauki pisania dorosłych (CC BY-NC-ND 2.0 United Nations Photo)


Renta ta wynika z ogromnej przewagi technologicznej, produkcyjnej, naukowej i cywilizacyjnej, ale od kilku dekad ona maleje w wyniku pędu Zachodu do coraz wyższej efektywności, a zatem do wypychania produkcji do krajów taniej robocizny. Istotną z tego korzyścią dla mieszkańców bogatej Północy są zakupy przez wszystkich ogromnej palety towarów i urządzeń codziennego użytku za ułamek cen sprzed dekad, jak również lepsze zaspokajanie potrzeb mniej zamożnej połowy populacji.

Potężne korzyści z globalizacji odczuwają nie tylko konsumenci z Lyonu, Chicago, czy Wrocławia. Beneficjentami przenoszenia centrum przemysłowego świata do Azji są przede wszystkim pracownicy China Global Factory, mieszkańcy Indii, Pakistanu i Bangladeszu oraz setki milionów biedaków, lecz przecież jeszcze niedawno biedaków do sześcianu, z państw Azji Południowo-Wschodniej. Globalizacja sprawia, że postęp dokonuje się już nie tylko w USA, Japonii i Europie Zachodniej, ale także w Chinach, raczkując też tam, gdzie 30 lat temu jęczała wyłącznie beznadzieja.

Globalizacja nie jest spiskiem wymierzonym w dobrobyt posażnych białych młodzieńców płci obojga, lecz wynikiem obiektywnego procesu przechodzenia z etapu na etap, tak jak – ku zdumieniu i złości kast uprzywilejowanych oraz całkowitej ignorancji zniewolonych – feudalizm oddawał stopniowo pola kapitalizmowi. Nierówności nie wolno mierzyć wyłącznie we własnym kręgu wyróżnionych z racji urodzenia w dobrym miejscu. Gdy się to zrozumie, okaże się, że świat stał się dla ogółu ludzi sporo lepszy, co prawda – kosztem gorszego środowiska.

Pomimo usilnych prób czynionych w XX wieku na obszarze sowieckim, w Chinach, Kambodży, czy Wietnamie, a ostatnio również w Wenezueli, Boliwii, Ekwadorze, nie powstał nawet zalążek alternatywy dla obecnego ustroju społeczno-gospodarczego świata, więc gdy nie ma się co się lubi, trzeba lubić co się ma.

Powodów do zadowolenia jest zaś dużo. W wydanej we wrześniu br. książce usystematyzował je szwedzki historyk gospodarki Johan Norberg. Jej tytuł – „Progress: Ten Reasons to Look Forward to the Future” zachęca do jaśniejszego spojrzenia w przyszłość. Słusznie, bo przygnębienie, a już zwłaszcza złość i gniew to pożywka, na której pleni się obficie zło, a dobro obumiera.

Pożywienie, woda, długość życia

W XVIII wieku 20 proc. mieszkańców Francji i Wielkiej Brytanii było niezdolnych do pracy z powodu głodowego wyniszczenia organizmu. 150 lat temu Szwecja była biedniejsza niż dzisiaj kraje na południe od Sahary. Jeśli odliczyć okresy wojen i nie brać pod uwagę niewielkich enklaw (np. w przedwojennej Polsce), to od przełomu XIX i XX wieku głód stał się w Europie i Ameryce Płn. tematem historycznym.

Niedożywienie jest nadal poważnym problemem na sporych połaciach Azji, Ameryki Łacińskiej i przede wszystkim Afryki, ale ostatnie dekady przyniosły gwałtowne spadki tego zjawiska. Według FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa), zaraz po II wojnie niedożywiona była połowa ludności świata, w 1992 r. tragedia ta dotykała jednej piątej (19 proc.) globalnej populacji, podczas gdy obecnie cierpi z tego powodu jedna dziesiąta (11 proc.) ludzi. Wprawdzie do całkowitej eliminacji niedożywienia droga jest długa, ale biorąc pod uwagę m.in. skalę marnotrawienia żywności przez umowną Północ, nie jest to kwestia zasobów, a wyłącznie sprawa do załatwienia na niwie polityki i ekonomii.

Drugi niezbędny czynnik życia to woda, a jeśli ma to być życie w relatywnym zdrowiu, musi to być woda czysta lub oczyszczona. Johan Norberg przypomina, że niespełnianie tego warunku począwszy od rozwoju miast w średniowieczu było przez wieki główną przyczyną ciężkich chorób i wczesnych zgonów.

Koniec XIX wieku zapisał się w historii rozwoju cywilizacyjnego Zachodu pierwszymi systemami wodno-kanalizacyjnymi najpierw w największych i potem innych miastach. Przykładem są warszawskie wodociągi – dzieło angielskiego inżyniera Williama Lindleya, uruchomione w 1886 r. Najwięcej Lindley budował w Niemczech i stamtąd twarde dane o tyfusie. W wyniku oddania tam nowoczesnego systemu zaopatrzenia w czystą wodę wskaźnik zapadalności na tę śmiertelną chorobę spadł z 80 na 100 tys. mieszkańców w 1868 r. do 10 na każde 100 tys. w 1883 r.

Kraje biedne nie były w stanie podołać budowie infrastruktury wodno-kanalizacyjnej aż do końca minionego stulecia. Norberg podaje, że stopniowe podejmowanie tego zadania sprawiło, że od 1990 r. dostęp do bezpiecznej wody uzyskało 2,6 mld ludzi. Im z całą pewnością żyje się lepiej, chociaż z pewnością nie tak dobrze jak alterglobalistom podjadającym wegańskie jadło, by zaraz potem zajrzeć do Starbucksa na latte.

Jednym z głównych wskaźników demograficznych jest oczekiwana długość życia (life expectancy) liczona od chwili narodzin lub innych dat, np. od momentu przejścia na emeryturę. Szczegółów byłoby w tej kwestii na kilka nawet książek, ale tu tylko dane bardzo zgrubne. Przyjmuje się, że przez ostatnie 100 tys. lat średnia oczekiwana długość życia po narodzinach błąkała się w okolicach lat 30. Oczywiście, wiekowi starcy kręcili się po obejściach w zauważalnych liczbach. Niska średnia była głównie skutkiem bardzo wysokiej śmiertelności dzieci do lat 5. Począwszy od siódmej, ósmej dekady XIX stulecia wskaźnik zaczął rosnąć w szybkim tempie. Dziś dla ludności całego świata wynosi 71 lat i wielkość ta imponuje tym bardziej, że w początkach XIX wieku na Ziemi żył ledwo 1 miliard, a obecnie ok. 7,4 mld ludzi, a w zbiorach statystycznych im większa liczebność, tym (zazwyczaj) trudniej o wyższą średnią.

W wyniku postępów nauki w Europie i Ameryce druga połowa XIX wieku była początkiem rażących globalnych nierówności w kategorii życia w zdrowiu. Dziś największy postęp w tej dziedzinie jest udziałem krajów biednych i niezamożnych, które mają co nadrabiać, i w efekcie przez ostatnie dziesięciolecia globalne nierówności zdrowotne są dziś istotnie mniejsze niż kiedyś.

Nierówności dochodowe, niebezpieczeństwa otaczającego świata, środowisko

Nierówności ukazywane w świetle nieproporcjonalnego wzrostu fortun najbogatszej elity są faktem, ale w skali globalnej jest to fakt mniej ważny, bo dysproporcja ta nie tyle dotyka, co denerwuje i boli zaledwie ok. 1 miliard szczęśliwców żyjących w państwach bardzo bogatych, zamożnych i wreszcie niebiednych, takich jak np. Polska. Dla znacznie ponad 6 miliardów ludzi żyjących w zaniedbanych rejonach świata liczy się to, że w ujęciu statystycznym każdy mieszkaniec Ziemi jest znacznie posażniejszy niż kiedyś.

Johan Norberg pokazuje, że w 1820 r. jakieś 94 proc. światowej populacji żyło w wyjątkowej biedzie (extreme poverty), tj. musiała przeżyć za mniej niż 10 ówczesnych centów, które dziś warte byłyby dwa dolary. Teraz za mniej niż 2 dolary dziennie żyć musi 11 proc. populacji, a przez ćwierć wieku, w okresie 1990-2015, każdego dnia z wyjątkowej biedy wychodziło 138 tys. ludzi.

Króciutko o rzekomych mękach zachodniej klasy nisko- i półśredniej, zaliczanej przez międzynarodówkę populistów do głównych ofiar globalizacji.

>>czytaj też: Program dla opuszczonych białych mężczyzn

Od 1970 r. mediana dochodów amerykańskich gospodarstw domowych o niskich i średnich dochodach wzrosła o ponad 30 proc. Nie jest to wskaźnik imponujący, ale też naiwnością było sądzić, że obracanie przez całe życie śrubokrętem zapewni słodkie życie na zawsze.

Każdego chyba czytelnika „Postępu…” dziwi, a niektórych wręcz bulwersuje teza, że żyje się nam bezpieczniej niż kiedyś. Serwisy informacyjne rysują inny obraz: wojny, zamachy, morderstwa, porwania i wreszcie katastrofy naturalne. Tymczasem, jedyny rosnący w porównaniu z przeszłością rodzaj zagrożeń to zamachy terrorystyczne, ale niebezpieczeństwa z tym związane są wyolbrzymiane. Prawdopodobieństwo, że przeciętny Europejczyk umrze po upadku ze schodów jest 10 razy większe niż to, że zginie w akcji terrorystów.

Bezpieczniej jest też w domach i ciemnych zaułkach. Wskaźnik zabójstw dokonywanych w Europie wspiął się na szczyt ponad 40 na 100 000 mieszkańców w XIV wieku. Dziś wynosi 1 na 100 000.

Jeszcze 100 i 50 lat temu konsumpcja dóbr poza podstawowych i wyższych była w skali światowej przywilejem zaledwie kilkunastu – kilkudziesięciu milionów ludzi. Niedawno, potrzeby konsumpcyjne przekładające się na zapotrzebowanie na surowce i energię, zostały rozbudzone już u miliardów osób. W świetle tego procesu nazbyt optymistyczna jest konstatacja Norberga o postępach w ograniczaniu zanieczyszczeń. Są one oczywiście bezspornym faktem, ale mimochodem, wraz z nowymi możliwościami poznawczymi, wyrósł problem globalnego ocieplenia związany przede wszystkim z przyrostem ludności w krajach Południa i gwałtownie zwiększającym się popytem na tanią, a więc niewymagającą dotacji, energię.

Analfabetyzacja, demokracja, mniejszości

Nie ma żadnych przesłanek do kontestowania tezy, że dzięki umiejętności pisania i czytania ludzkość jest (nieco) rozumniejsza niż np. dwa stulecia temu, nie mówiąc już o czasach dawniejszych. Według OECD, w skali globalnej odsetek czytających i piszących urósł z 12 proc. w 1820 roku do prawie 90 proc. w 2010 r. Rozwój telekomunikacji i serwisów społecznościowych sprawił, że jeśli 100 lat temu pisanie było dla większości czynnością wręcz odświętną, to dziś stukają w klawiatury niemal wszyscy.

Po II wojnie światowej Amerykanie przebadali swoje IQ. Wynik osiągnięty przez grupę testową wyniósł 100. W 2002 r. wynik osiągnięty z użyciem tego samego testu i metodologii urósł do 118, a poprawa nastąpiła głównie w odpowiedziach dotyczących kwestii najbardziej abstrakcyjnych. Zadziałał tu tzw. efekt Flynna ujawniający się we wszystkich krajach podlegających modernizacji. Polega on na tym, że coraz wyższe są zdolności ludzi do myślenia abstrakcyjnego, bo umiejętności językoznawcze i wiedza ogólna niestety nie rośnie, a wraz z upowszechnieniem kalkulatorów i excela spadły zdolności arytmetyczne. Słuszne jest raczej domniemanie, że efekt Flynna działa w konsekwencji postępów na polu edukacji oraz lepszego wyżywienia i środowiska (zwłaszcza eliminacji ołowiu z paliw płynnych).

Wiemy, że demokracja nie jest ustrojem idealnym, ale wiemy też, choć u dużej grupy ludzi jest to wiedza bardzo płytka, że rządy autorytarne, a zwłaszcza dyktatury totalitarne gorsze są w skutkach od zarazy. W 1900 r. w żadnym państwie świata nie obowiązywała zasada jeden człowiek – jeden głos. Freedom House, a za nim Norberg, podają, że przez 50 lat od początku minionego stulecia odsetek światowej populacji żyjącej w demokracjach wzrósł do 31 proc, a przez kolejne pięć dekad do 58 proc. Nie miejsce tu na wywody o niezbędnej – zdaje się – przebudowie dzisiejszych zasad demokracji, ale jest faktem, że nawet tam, gdzie jej nie ma ludzie są bardziej wolni niż dawniej.

Pół wieku temu w Polsce o mniejszościach seksualnych nie mówiło się niemal wcale, a jeśli, to w kategoriach pokręconych dziwolągów lub groźnych zboczeńców. Dziś, sądząc na postawie cytatów medialnych znacznie niebezpieczniejsza dla zwykłych ludzi ma być „ideologia gender” i jest to jednak postęp. W 1900 r. jedynie obywatelki Nowej Zelandii miały prawa wyborcze, teraz łatwiej wymienić 30-40 państw, które odmawiają ich kobietom.

Ostatecznym argumentem za tezą, że ludziom jest dziś lepiej niż kiedykolwiek mogą być dane o tym, że w 2012 r. miało być na świecie jedynie 168 milionów pracujących regularnie dzieci. Można narzekać i mówić, że było ich „aż” tyle, lecz w 2000 r. liczba ta wynosić miała 245 milionów, więc przez trochę więcej niż dekadę wyprowadzono z pól, szop i hal tyle dzieci, ilu mieszkańców mają Niemcy.

Jest źle, a będzie jeszcze lepiej

Wedłuig YouGov, zdecydowana większość Brytyjczyków (70 proc.) uważa, że świat ma się coraz gorzej, a tylko 5 proc. sądzi, że całokształt jest na plusie. Jeszcze większa proporcja wyborców Donalda Trumpa sądzi, że przez ostatnie 50 lat warunki życia uległy pogorszeniu. Dlaczego ludzie wyolbrzymiają ciemniejsze strony, zapominając lub wręcz przeoczając te jasne i bardzo jasne?

Jest na pytanie sporo słusznych odpowiedzi. Ujawnia się przede wszystkim ignorancja całych wielkich zbiorowości, o której mówić trzeba głośno, odrzucając wyolbrzymione do karykatury zasady politycznej poprawności.

Ludzie obarczeni są predyspozycją do patrzenia przez czarne okulary, bojąc się tego złego, czego spodziewają się, że nastąpi. Mechanizm polega na tym, że polegamy nie na danych, a na przykładach, zaś najbardziej zapadają w pamięć te złe i straszne (prof. prof. Daniel Kahneman i Amos Tversky). Media oliwią jak tylko mogą tę przypadłość, mówiąc przede wszystkim o klęskach i tragediach. Na ekrany i okładki przebijają się wiadomości, że rozbił się samolot unoszący setki pasażerów, a w żadnych wiadomościach nie usłyszymy, że każdego dnia w powietrzu jest na świecie ok. 100 000 samolotów pasażerskich.

W dobie eufemistycznej „postprawdy” zwanej kiedyś tak jak trzeba – łgarstwem, fakty stoją na pozycji wątpliwej, a nawet przegranej; zwłaszcza, że nie radzą sobie z nimi także ci, którzy mieliby o nich pisać lub mówić z mikrofonem w klapie.

W rozmowie z brytyjskim magazynem The Spectator Johan Norberg powiedział, że jeśli nie dostrzegamy postępów jakie czynimy i jakie są naszym udziałem, to w obliczu problemów pozostających do rozwiązania, nieuchronnie zaczynamy szukać kozłów ofiarnych. Po drodze wtedy nam z demagogami ekspertami od łatwych i szybkich rozwiązań wszystkiego. Przyjemnie też nam słuchać, gdy Donald Trump obiecuje, że Znowu Będziemy Wielcy. Książka jest o potrzebie widzenia naszych wielkich dokonań i zabierania się do nowych zadań, których nie brakuje. Mamy po temu najważniejszy i niewyczerpany, bo doskonale odnawialny, zasób – rozum.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test