Światowe wychowanie

17.02.2016
Rząd liczy na to, że po wprowadzeniu programu 500+ kosztującego przeszło 1 proc. PKB uda się zwiększyć dzietność w Polsce. Nie mamy szans na wskaźnik dzietności, który gwarantuje zastępowalność pokoleń, ale władza może podjąć wiele kroków, by skłonić obywateli do rozmnażania się.

(infografika Dariusz Gąszczyk)


Zasady programu 500+ są stosunkowo proste: świadczenie wychowawcze na drugie i kolejne dziecko do 18. roku życia w wysokości 500 zł netto miesięcznie. Mniej zamożnym rodzinom dodatek będzie przysługiwał również na pierwsze lub jedyne dziecko, o ile dochody w rodzinie nie przekraczają 800 zł na głowę (1200 zł jeśli w rodzinie jest niepełnosprawne dziecko).

Wypłata świadczeń ma się rozpocząć już w kwietniu 2016 r. Wypłatami zajmą się najpewniej ośrodki pomocy społecznej. Gminy dostają jednak trzy miesiące na uruchomienie systemu. W 2016 r. program ma kosztować 17,3 mld zł. Ministerstwo Rodziny będzie musiało po trzech latach zweryfikować wysokość wsparcia i wprowadzić waloryzację świadczeń.

Dochody uzyskiwane z tego świadczenia nie będą opodatkowane, a także nie będą powodować ograniczenia w wypłacie innego typu świadczeń m.in. świadczeń rodzinnych lub zasiłków z pomocy społecznej.

Siedem zasiłków głównych

2016 r. przyniósł już inne zmiany w polityce rodzinnej. Jeśli rodzina korzystająca ze świadczeń przekroczy uprawniający do nich dochód, nie straci ich, ale otrzyma je pomniejszone o kwotę przewyższającą kryterium. Mechanizm „złotówka za złotówkę” ma zachęcać do podejmowania pracy bez obawy o utratę zasiłków. Dzięki niej przekroczenie kryterium dochodowego uprawniającego do świadczeń rodzinnych (674 zł na osobę w rodzinie) nie będzie automatycznie oznaczało utraty tych świadczeń. Dotychczas wystarczyło przekroczyć je choćby o złotówkę, by stracić wszystkie zasiłki. Wysokość zasiłków rodzicielskich jest niska – łączna kwota dostępnych siedmiu rodzajów świadczeń, to kilkaset złotych; są dodatkiem do benefitów dla ubogich.

Rząd zakłada, że dzięki programowi 500+ zrealizuje swój najbardziej optymistyczny scenariusz urodzeń. Tak naprawdę to scenariusz urodzeń policzony przez GUS w 2014 r., Tzw. scenariusz wysoki zakłada, że w latach 2015-2050 w Polsce będzie się rodziło średniorocznie o 14 proc. więcej dzieci niż w przypadku scenariusza średniego. Co ciekawe, w 2014 r. urodziło się 375 tys. dzieci – o 4 tys. więcej niż w najbardziej optymistycznym scenariuszu GUS, ale już w 2015 r. urodziło się 372 tys. dzieci czyli o 2 tys. mniej niż scenariuszu bardzo wysokim. Dotychczas najbliższy rzeczywistości był scenariusz średni.

Nie mamy szans na wskaźnik dzietności (TFR) na poziomie 2,1, który gwarantuje zastępowalność pokoleń.

(infografika Dariusz Gąszczyk)

 

W scenariuszu bardzo wysokim współczynnik dzietności w 2025 r. osiągnie w Polsce wynik 1,6 TFR (total fertility rate, liczba dzieci przypadających na kobietę w wieku rozrodczym 16 – 49 lat). Według scenariusza niskiego będziemy mieć wtedy TFR na poziomie 1,3, a według średniego – 1,38 a według wysokiego 1,44.

Szacunki GUS z poprzednich lat pokazują, że chociaż GUS może się trochę mylić, to prognozuje raczej dobry kierunek zmian. Należy też pamiętać, że GUS podając szacunki nie brał pod uwagę zmian w polityce rodzinnej jakie zaszły, co zapewne ma wpływ na więcej urodzeń.

To wszystko zaś oznacza, że współczynnik dzietności będzie w Polsce rósł, ale tylko nieznacznie.

(infografika DG)

 

Rodzic zapomniany

Według ostatnich dostępnych danych OECD Polska wydawała 1,8 proc. PKB na politykę rodzinną – czyli na świadczenia rodzinne, ulgi podatkowe itp. Średni poziom wydatków w krajach OECD wynosił 2,5 proc. PKB, a w krajach z najwyższymi TFR wydatki te wynosiły około 4 proc. PKB (4,3 proc. w Wielkiej Brytanii, 4,1 proc. w Danii, 4 proc. w Irlandii. We Francji te nakłady sięgały 3,6 proc., a w Norwegii 3,2 proc.) Aktualizując dane i uwzględniając plany z 2016 roku osiągamy poziom około 2,9-3,0 proc. PKB, czyli poziom nakładów Niemiec, Finlandii, czy Norwegii.

Bardzo pobieżnym sposobem oceny polityki rodzinnej jest przeliczenie wydatków przypadających na jedno urodzenie, które w Polsce (przed zmianami w polityce rodzinnej) w 2011 r. wynosiły około 41 tys. dolarów, co oznaczałoby że inwestujemy w dzietność mniej więcej tyle co USA, Portugalia, Korea, czy Hiszpania.

Po zmianach (także uwzględniając wyższy poziom urodzeń wynikający z scenariusza bardzo wysokiego GUS w 2016 r.) przekłada się to na około 66 tys. dolarów wydawanych na każde urodzone dziecko. Nadal jednak wydatki Polski są przeszło dwa razy mniejsze niż Norwegii, Danii, Niemiec, czy Szwecji (ponad 150 tys. dolarów).

Wzrost wydatków w ramach programu 500+ nie nadrobi więc nadal zaległości w stosunku do wydatków innych krajów. Najefektywniejszy wydaje się system w Holandii – wydatki wynoszą tam około 90 tys. dolarów na każde urodzenie, a jednocześnie jest to kraj o wysokim TFR.

(infografika DG)

Dotychczas świadczenia rodzinne w Polsce były niskie – maksymalne możliwe do uzyskania świadczenia wynosiły 3 proc. przeciętnego wynagrodzenia przy średniej w krajach OECD wynoszącej 4 proc. Najwyższe świadczenia są w Nowej Zelandii, Anglii i Słowenii gdzie sięgają 8-9 proc. przeciętnej płacy. Wysokie są także w Irlandii i Australii gdzie wynoszą 7 proc. średniego wynagrodzenia. 2 proc. wynoszą świadczenia w USA i Norwegii, w Szwecji świadczenia rodzinne to tylko 3 proc. średniej płacy. Najniższe są w Hiszpanii, Estonii, Francji i w Izraelu gdzie wynoszą zaledwie 1-2 proc. przeciętnej płacy.

PwC przeprowadziło doświadczenie analizując na jakie wsparcie mogłaby liczyć w krajach unijnych hipotetyczna rodzina z dwójką dzieci. Polska znalazła się na piątym miejscu od końca – modelowa rodzina może liczyć na równowartość 530 euro rocznie. Za nami są tylko Grecja, Litwa, Rumunia i Bułgaria. W przypadku dwóch ostatnich państw pomoc od państwa jest czysto symboliczna, bo wynosi odpowiednio równowartość 38 i 20 euro rocznie. Średnie wsparcie w UE wynosi 2,3 tys. euro. Najbardziej hojny jest Luksemburg, który wspiera modelową rodzinę kwotą 9,2 tys. euro. Dalej Francja i Niemcy – odpowiednio 6,7 tys. i 4,8 tys. euro. Patrząc na procentowy udział wsparcia państw w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia rodziców na czele jest Francja – 13,7 proc., a za nią Słowenia – 12,7 proc. i Węgry – 9,6 proc. W Polsce to 2,4 proc.

Domowe pielesze

Polska ma długie urlopy rodzicielskie. Po wprowadzeniu 12-miesięcznego (126 tygodni) płatnego urlopu rodzicielskiego weszliśmy do grona światowych liderów tego przywileju – obok Finlandii (158 tygodni), Węgier (160), Słowacji (164). W Szwecji matce przysługuje 60 tygodni, we Francji 52, w Danii 50, a w Wielkiej Brytanii 39 tygodni. W USA w ogóle nie ma takiej możliwości.

Biorąc pod uwagę skuteczność tego rozwiązania w zwiększaniu dzietności trzeba powiedzieć, że nasz system może być zbyt hojny.

W 2013 r. zaledwie 9,6 proc. dzieci w wieku do dwóch lat było wysyłanych do żłobków. Średnia dla krajów OECD wynosiła 31 proc., a mniej dzieci chodzi do żłobków tylko w Meksyku, Czechach i na Słowacji. W USA z tej formy wsparcia korzysta 28 proc. rodzin, w Wielkiej Brytanii 35 proc.. Najlepiej jest w krajach o wysokim TFR – w Szwecji 47 proc., we Francji blisko połowa, a w Norwegii i Holandii około 55 proc. Jeszcze więcej bo 67 proc. dzieci jest w żłobkach w Danii.

Wyższy jest odsetek dzieci, które w Polsce mają miejsce w przedszkolu – w wieku 4-5 lat w 2013 r. było to 69 proc. Ten odsetek powinien wzrosnąć po zwiększonych w latach 2014-2015 dotacjach dla samorządów.

Przeciętnie w krajach OECD do przedszkoli chodzi 81 proc. dzieci. W Estonii, na Węgrzech, czy w Meksyku blisko 90 proc., w Szwecji 94 proc., w Norwegii 97 proc., a we Francji blisko 100 proc. Za to w USA i Kanadzie to, odpowiednio, 66 proc. i 46 proc.

Wciąż zbyt niskie pokrycie usługami przedszkolnymi powoduje, że aktywność zawodowa kobiet z dziećmi do drugiego roku życia jest w Polsce relatywnie niska. Pracuje tylko 54 proc. kobiet w wieku 18-64 lat, które mają małe dzieci. W Rosji odsetek ten wynosi 63 proc., na Litwie 71 proc., a w Holandii i Danii przekracza 75 proc. We Francji pracuje 61 proc. kobiet z małymi dziećmi. Co ciekawe, w Wielkiej Brytanii robi to zaledwie 58 proc., a w USA 56 proc. matek. Dużo niższe wskaźniki są w Czechach, gdzie pracuje tylko 20 proc., na Słowacji 15 proc., a także na Węgrzech – zaledwie 12 proc.

W krajach tych jednak po odchowaniu dziecka matki wracają na rynek pracy – z dziećmi w wieku 3 – 5 lat pracuje 70 proc. Czeszek, 74 proc. Francuzek i cztery piąte Holenderek, Finek, Estonek, Dunek, Słowaczek i Rosjanek. W Polsce odsetek kobiet, które wróciły do pracy mając kilkuletniego potomka wynosi 65 proc. Jest wyższy niż w USA – 62 proc., czy w Wielkiej Brytanii – 63 proc., ale nadal dużo niższy niż u liderów.

Antyrodzinny system podatkowy

System podatkowy na razie rodzin w Polsce raczej nie wspiera. Preferencje podatkowe dla rodzin z dziećmi są umiarkowane. Klin podatkowy dla małżeństwa z dwójką dzieci jest o 3,4 pkt proc. niższy niż dla rodziny bezdzietnej, co daje Polsce 24. miejsce wśród klubu państw rozwiniętych. W krajach OECD ta różnica wynosi średnio 4,4 pkt proc.

Najbardziej prorodzinne systemy podatkowe mają Węgrzy (10,9 pkt proc. różnicy na korzyść rodzin z dziećmi), Słoweńcy (9,5 pkt proc.), Luksemburczycy (9,2 pkt proc.) i Czesi (7,5 pkt proc.). W Turcji to zaledwie 0,7 pkt proc., w Hiszpanii 1,1 pkt proc. a w Korei 1,4 pkt proc. Żadnego wsparcia nie dostają rodziny z Grecji i Meksyku.

Ukształtowanie klina podatkowego w Polsce pozwala w największym stopniu korzystać z niego rodzinom najbogatszym. Co trzecia polska rodzina z dwójką dzieci ma dochody niewystarczające, by w pełni wykorzystać istniejącą ulgę w podatku dochodowym od osób fizycznych. W 2013 r. w pełni z ulgi podatkowej na jedno dziecko skorzystało 63 proc. rodzin, na dwoje dzieci – 60,3 proc., na troje – 41,3 proc., i tylko 1/4 na czworo i więcej dzieci.

Wśród krajów OECD Polska ma także jeden z najwyższych poziomów opodatkowania i oskładkowania (29,6 proc.) pracy osób z niskimi dochodami. Przebija nas tylko siedem krajów rozwiniętych, przy czym średnia dla OECD wynosi 17,9 proc. W Irlandii, Nowej Zelandii, Kanadzie i Australii klin podatkowy dla samotnie wychowujących dzieci jest nawet ujemny, przez co otrzymują oni od państwa świadczenia pieniężne – to jeden z elementów anglosaskiego systemu polityki rodzinnej.

500 zł i co dalej

Można być umiarkowanym optymistą i założyć, że nowe świadczenia zwiększą liczbę urodzeń w Polsce o 10-15 proc. (patrząc na doświadczenia innych krajów z podobnymi reformami). Bardzo dobrze, że w samą ustawę o 500 zł wpisany jest system ewaluacji, bo już dziś warto zastanowić się nad pewnymi zmianami w polskiej polityce rodzinnej, które mogą uprościć system i dać więcej urodzeń.

Po pierwsze, warto zastanowić się nad kształtem świadczeń rodzinnych w Polsce. Może po wprowadzeniu jednego prawie uniwersalnego świadczenia 500 zł warto zunifikować wszystkie rodzaje możliwych świadczeń i dodatków na wychowywanie dzieci (których jest siedem), przy okazji wprowadzając maksymalny pułap dochodów, które do niego uprawniają. Tak jest to zorganizowane w wielu krajach rozwiniętych. Minusem wprowadzania maksymalnego kryterium jest koszt weryfikacji dochodów, ale można to rozwiązać przez uprawnienie ZUS do sprawdzania składek opłacanych w poprzednich latach. Prosto i tanio dzięki technologii.

Dodatkowym zyskiem będzie prostota systemu – konieczność zatrudnienia mniejszej liczby urzędników (obecnie świadczeniami rodzinnymi zajmuje się ponad 8 tys. osób), mniej sporów w sądach, niespójnych interpretacji, mniejszy ciężar przerzucany na rodziców ubiegających się o wsparcie (np. konieczność zbierania odpowiednich zaświadczeń).

Po drugie, trzeba zastanowić się od kiedy mają być wypłacane świadczenia. Obecne przepisy przewidują, że przez pierwszy rok od urodzenia osoby ubezpieczone otrzymują z ZUS 80 proc. pensji (nie mniej niż 1 tys. zł), a nieubezpieczone (rolnicy, studenci, bezrobotni, pracujący na umowie o dzieło) specjalne świadczenie wynoszące 1 tys. zł. Czy świadczenie 500 zł powinno się łączyć z tymi zasiłkami? Warto to przemyśleć i dążyć do stworzenia jednego rodzaju świadczenia albo tylko do kilku rodzajów, tak by rodzice mogli o nie łatwiej wnioskować (jak to jest w Wielkiej Brytanii).

Po trzecie, budować żłobki. Polska jest dziś gdzieś pomiędzy paternalistycznym Południem, gdzie matki zostają w domach, a równouprawnioną Północą, gdzie są instytucje wspomagające opiekę nad dziećmi. Kraje północy zdecydowanie lepiej radzą sobie z kryzysem demograficznym więc pewnie warto iść za ich rozwiązaniami. Może warto wprowadzić system ulg podatkowych dla pracodawców tworzących żłobki w swoich zakładach pracy lub mogąc je budować we współpracy z innymi firmami. Zakładam, że na przykład w warszawskim tzw. Mordorze [dzielnica biurowców, gdzie pracują tysiące osób – red.] mogłoby się znaleźć wiele firm w ramach jednego kompleksu budynków, które by poparły takie rozwiązanie.

Po czwarte, zreformować klin podatkowy poprzez jego obniżenie dla wychowujących dzieci osób ubogich i lekkie podwyższenie dla lepiej zarabiających, zwłaszcza bezdzietnych. Można to uzyskać wprowadzając degresywną kwotę wolną od podatku wynoszącą 500 zł minus 20 proc. uzyskiwanego dochodu.

>> więcej: Podatkowe antymotywacje rynku pracy

Po piąte należy uelastycznić prawo pracy, by łatwiej dało się kształtować stosunki między pracownikami i pracodawcami. >> więcej o reformie prawa pracy

Mamy politykę rodzinną – czas ją tylko uporządkować.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test