• Joseph E. Stiglitz

Do diabła z Fed

15.09.2015
W tym roku uczestników dorocznego spotkania szefów banków centralnych i finansistów z całego świata w Jackson Hole powitała duża grupa młodych przeważnie ludzi, w tym wielu Amerykanów pochodzenia afrykańskiego i hiszpańskiego, których nie cieszy perspektywa wzrostu stóp procentowych.
Joseph Stiglitz


Ta grupa była tam raczej nie po to, by protestować, ale żeby informować. Chcieli, żeby zgromadzeni w Jackson Hole architekci polityki gospodarczej dowiedzieli się, że ich decyzje dotykają zwykłych ludzi, a nie tylko finansistów, którzy martwią się, jak na wartość posiadanych przez nich obligacji wpłynie inflacja albo jak na ich portfelu akcji mogą się odbić podwyżki stóp procentowych. Noszone przez młodych ludzi zielone koszulki ozdabiało napis o tym, że ci właśnie Amerykanie nie odczuwają żadnego ożywienia.

Bo nawet teraz, siedem lat od czasu, gdy globalny kryzys finansowy uruchomił Wielką Recesję, „oficjalna” stopa bezrobocia wśród młodych Afro-Amerykanów przekracza 9 proc. Według natomiast szerszej (i bardziej właściwej) definicji,  obejmującej zatrudnionych na część etatu, którzy szukają zajęcia w pełnym wymiarze oraz pracujących na gorszych warunkach, stopa bezrobocia dla Stanów Zjednoczonych jako całości wynosi 10,3 proc. W przypadku Afro-Amerykanów, zwłaszcza młodych, jest ona jednak o wiele wyższa. Na przykład wśród Afro-Amerykanów w wielu 17-20 lat, którzy skończyli liceum, ale nie poszli do koledżu, stopa bezrobocia wynosi ponad 50 proc. Ta „luka zatrudnieniowa” – różnica między obecnym zatrudnieniem a jego stanem pożądanym – to jakieś trzy miliony osób.

Przy tak licznej rzeszy ludzi bez pracy zniżkowa presja na płace uwidacznia się także w oficjalnych statystykach. W tym roku realne płace zatrudnionych na stanowiskach niekierowniczych spadły o prawie 0,5 proc. Stanowi to element długookresowej tendencji, która wyjaśnia, dlaczego w gospodarstwach ze środka statystycznego rozkładu dochodów dochody te są obecnie mniejsze niż były ćwierć wieku temu.

Stagnacja płac pomaga również wyjaśnić, dlaczego z drwiną spotykają się oświadczenia funkcjonariuszy Fed o tym, że gospodarka całkowicie wróciła do normalności. Być może w okolicach, gdzie owi funkcjonariusze mieszkają, tak naprawdę jest. W odniesieniu do większości społeczności nie może to być jednak prawda, bo na początku „ożywienia” w USA zdecydowana większość przyrostu dochodów trafia do 1 proc. najlepiej sytuowanych. Zaświadczyć to mogą obecni w Jackson Hole młodzi ludzie, przedstawiciele ogólnokrajowego ruchu, który nazywa się naturalnie „Mamy dość”.

Są silne dowody na to, że gospodarka osiąga lepsze wyniki, gdy rynek pracy jest „ciasny”, a nierówności – na co wskazuje Międzynarodowy Fundusz Walutowy -mniejsze (mniejsze nierówności prowadzą zresztą zwykle do ciasnego rynku pracy). Inaczej oczywiście postrzegają te kwestie finansiści i szefowie koncernów, którzy za uczestnictwo w spotkaniu w Jackson Hole płacą po 1000 dolarów: niskie płace oznaczają wysokie zyski, a niskie stopy procentowe – wysokie ceny akcji.

Fed ma podwójny mandat – ma wspierać pełne zatrudnienie i stabilność cen. Jego działania w odniesieniu do drugiego z tych celów były więcej niż udane, po części dlatego, że z pierwszym mniej mu się powiodło. Dlaczego zatem na wrześniowym posiedzeniu Fed jego decydenci rozważać będą podwyżkę stóp procentowych?

Zazwyczaj przesłanką do podniesienia stóp jest dążenie do schłodzenia przegrzanej gospodarki, w której narosła zbyt duża presja inflacyjna. To oczywiście nie ten przypadek. Z uwagi bowiem na stagnację płac i mocnego dolara inflacja jest obecnie poniżej wynoszącego 2 proc. celu Fed, nie mówiąc już o poziomie 4 proc., za którym opowiadają się liczni ekonomiści (w tym Olivier Blanchard, poprzedni główny ekonomista MFW).

Inflacyjni jastrzębie dowodzą, że smoka inflacji należy zgładzić, zanim się zbliży: jeśli nie zadziałamy teraz, to za rok czy dwa ona nas zniszczy. W obecnych okolicznościach wyższa inflacja byłaby jednak dobra dla gospodarki. W zasadzie nie ma ryzyka, że gospodarka ulegnie przegrzaniu aż tak szybko, że Fed nie zdoła w odpowiednim czasie interweniować, żeby zapobiec nadmiernej inflacji. Jakakolwiek byłaby stopa bezrobocia, przy której presja inflacyjna staje się znacząca – a jest to dla architektów polityki gospodarczej pytanie kluczowe – to wiadomo, że jest ona o wiele niższa od obecnego wskaźnika.

Jeśli Fed nadmiernie skupia się na inflacji, powoduje zwiększenie nierówności, co z kolei prowadzi do pogorszenia ogólnych wyników gospodarki. Podczas recesji płace się obniżają. Jeśli następnie przy każdej oznace ich wzrostu Fed podnosi stopy procentowe, to udział pracowników [przypuszczalnie w dochodzie narodowym, autor nie napisał w czym ten udział – przyp. tłum.] nadal będzie redukowany – nigdy nie powróci do poziomu, utraconego podczas załamania.

Argumentacja za podniesieniem stóp procentowych skupia się nie na dobrobycie pracowników, a na pomyślności finansistów. Niepokój dotyczy tego, że przy niskich stopach procentowych nieracjonalne „poszukiwanie rentowności” przez inwestorów napędza zniekształcenia w sektorze finansowym. Można by oczekiwać, że w dobrze funkcjonującej gospodarce niski koszt kapitału będzie podstawą zdrowego wzrostu. W USA od pracowników żąda się poświęcenia środków utrzymania i dobrobytu, żeby nadzianych finansistów ochronić przed konsekwencjami ich własnej lekkomyślności.

Fed powinien jednocześnie stymulować gospodarkę i poskramiać rynki finansowe. Dobre regulacje oznaczają coś więcej niż tylko powstrzymywanie sektora bankowego przed szkodzeniem nam wszystkim (choć przed kryzysem i pod tym względem Fed się specjalnie nie wykazywał). Oznaczają one również przyjęcie i wcielenie w życie przepisów, ograniczających napływ środków na cele spekulacyjne i zachęcających sektor finansowy do odgrywania konstruktywnej roli w naszej gospodarce jaką powinien on pełnić. Chodzi o zapewnienie kapitału na zakładanie nowych firm i umożliwienie ekspansji tym, którym się powiodło.

Często bardzo współczuję funkcjonariuszom Fed, bo muszą podejmować bardzo trudne decyzje i to w warunkach znacznej niepewności. Ale obecna decyzja nie jest trudna. Przeciwnie, jak na takie decyzje jest to niemal łatwizna: dziś nie pora na obostrzenia kredytowe i spowalnianie gospodarki.

Joseph Stiglitz, laureat ekonomicznej nagrody Nobla, jest profesorem Columbia University. Jego najnowsza książka (współautorstwa Bruce’a Greenwalda), nosi tytuł „Creating a Learning Society: A New Approach to Growth, Development and Social Progress” [Tworzenie społeczeństwa uczącego się: Nowe podejście do wzrostu, rozwoju oraz postępu społecznego].

© Project Syndicate, 2015

www.project-syndicate.org

 


Tagi


Artykuły powiązane