Banki na jednej nodze

05.10.2014
Świat ma problem z bankami i bankowością. Sektor ten wyrósł ponad wszystkie inne i nie daje się okiełznać. Wraca więc znana od 80 lat koncepcja narrow banking, czyli „wąskiej bankowości”. Czy banki mogą zajmować się tylko depozytami, a działalność kredytową przekazać działającym w symbiozie z ryzykiem inwestorom prywatnym? I co by to miało zmienić?
Prof. John Cochrane jest zwolennikiem odejścia od systemu rezerw cząstkowych (zdjęcie autora)

Prof. John Cochrane jest zwolennikiem odejścia od systemu rezerw cząstkowych (zdjęcie autora)

Prof. John Cochrane jest zwolennikiem odejścia od systemu rezerw cząstkowych (zdjęcie autora)

Solą oryginalnej propozycji grupy szukających rozwiązań uniemożliwiających – a przynajmniej utrudniających – powtórkę Wielkiego Kryzysu z lat 30. XX w. grupy ekonomistów amerykańskich z Uniwersytetu Chicago było zerwanie więzi monetarnych między depozytem a kredytem. Byłaby to zmiana rewolucyjna, bowiem zniszczyłaby podstawy współczesnej bankowości w wersji fractional reserve banking, czyli systemu rezerw cząstkowych.

Krucha równowaga

Banki zachęcają do składania w nich oszczędności, obiecując, że wypłacą właścicielowi wkłady w dowolnie wybranej przez niego chwili. Przekazane na przechowanie pieniądze nie leżą jednak bezczynnie w skarbcu. Olbrzymia ich część (a często wszystkie) zmienia się w pożyczki i kredyty udzielane przez bank przedsiębiorcom i konsumentom. Odpożyczanie pieniędzy zebranych w postaci depozytów jest możliwe, ponieważ codziennie swoje oszczędności wycofuje z banku jedynie znikoma część depozytariuszy. Dla nich w podręcznej kasie banku zawsze coś się znajdzie. Dzięki bankowości rezerw cząstkowych kredyt stał się powszechny, a właściciele depozytów bankowych nie dość, że nie muszą płacić za przechowywanie swoich oszczędności, to otrzymują jeszcze bonusy w formie oprocentowania wkładów.

Fractional reserve banking działa sprawnie, gdy gospodarka pędzi naprzód i wydaje się, że nic jej nie grozi. Społeczeństwa i gospodarki w pełnym rozkwicie to jednak w historii świata jedynie krótkie epizody. Gdy gospodarka jest w parterze, niedawna euforia ustępuje wątpliwościom i nadchodzi strach, co kończy się zazwyczaj szturmami na banki. Kiedy zaś osoby pragnące wycofać oszczędności napierają coraz liczniej, kasy bankowe pustoszeją. Skąd brać środki, skoro kredytobiorcy nie są w stanie natychmiast oddać pożyczonych im przez bank pieniędzy.

Kiedyś z tego powodu banki upadały. Dziś państwo ratuje je za pieniądze odebrane podatnikom. Ponieważ zaś większość podatników ma rachunki w bankach, oszczędzający ratują samych siebie za własne (kiedyś) pieniądze.

Katastrofa gospodarcza z roku 1929 wydawała się dobrym tłem realizacji dalekosiężnych wizji naprawy systemu finansowego, jednak sześciostronicowe w pierwotnej wersji opracowanie skierowane do prezydenta Franklina Delano Roosevelta i nazwane wkrótce „planem chicagowskim” zostało zapamiętane głównie jako intelektualna ciekawostka. Memoriał przesłany z Chicago zyskał nawet w USA sporo pozytywnego odzewu, ale FDR wybrał coś, co bardziej mu pasowało, czyli instytucjonalne kontrolowanie bankowości. To właśnie wówczas narodził się system nadzoru państwowego oraz gwarantowania depozytów bankowych. Oba rozwiązania zmniejszyły wprawdzie nieco ryzyko uprawianych przez banki galopad pożyczkowych kończących się tumultami i szturmami na kasy, ale zagłuszyły także dużą część poczucia zdrowego rozsądku. Skoro bowiem pojawiły się gwarancje wypłaty „w razie czego” oszczędności przekazanych bankom, a same banki miały być nadzorowane przez przedstawicieli państwa, to u klientów banków opadła część naturalnej rezerwy i lęku o swoje. Przestaliśmy systematycznie patrzeć bankom na ręce.

Mechanizm dźwigni

Dzisiaj punkt wyjścia jest podobny, rynek finansowy rozwinął się jednak niesamowicie, a w najbogatszej części świata kryzysy gospodarcze nie wpychają już całych społeczeństw w długie lata biedy, tylko powodują głównie strach i depresję z powodu ustania wzrostu. W atmosferze nieustannej pogoni za wzrostem gospodarczym wyrósł kult dźwigni.

Pojęcie brzmi tajemniczo, choć jego natura jest mało skomplikowana. Gołymi rękoma solidnych drzwi wyważyć nie sposób, ale już ręka uzbrojona w łom da redę. Dźwignia finansowa to odpowiednik łomu. Stosuje ją dziś każdy menadżer.

Kupujemy używany samochód za 20 tys. zł i już zaczynamy się nim cieszyć, gdy zjawia się majętny kolega, który chce auto odkupić. Zgadzamy się na odsprzedaż, ale zażyłość ma swoje granice, więc żądamy – i dostajemy – 22 tys. zł. W języku finansów osiągnęliśmy 10-proc. stopę zysku z zainwestowanego kapitału własnego, bo kapitał wynosił 20 tys. zł, a zysk wyniósł 2 tys. zł, czyli 10 proc. Z wykorzystaniem dźwigni byłoby inaczej. I ciekawiej.

Kupujemy ten sam samochód za taką samą cenę, ale nasze jest tylko 2 tys. zł. Brakujące 18 tys. zł pożyczyliśmy w banku. Po odsprzedaży pojazdu za 22 tys. zł nasz zysk jest taki sam w wielkości bezwzględnej, lecz stopa zysku z zainwestowanego kapitału własnego szybuje do niesamowitych 100 proc., bo taka jest proporcja w przypadku 2 tys. zł zysku i takiej samej kwoty własnego wkładu. Całkiem prawdopodobne, a nawet pewne, jest przy tym, że kolega, który odkupił od nas auto, też posłużył się dźwignią i też skacze z radości.

W przypadku biznesu prywatnego w kształcie pierwotnym, czyli np. w formie przydomowej piekarni lub kuźni, stopa zysku była (i czasami nadal jest) kategorią abstrakcyjną, bo liczyła się wyłącznie gotówka odłożona w kufrze. Współczesna działalność gospodarcza ma przede wszystkim charakter udziałowy. Najistotniejsze są w niej rachuby właścicieli kapitału, tj. akcjonariuszy, partnerów, obligatariuszy. Każdy z nich chciałby uzyskać jak najwyższy procent zwrotu z inwestycji. Stan dzisiejszy to efekt rozwoju rynków finansowych, któremu towarzyszyły konsekwencje organizacyjno-właścicielskie związane z powstaniem kilka stuleci temu pierwszej giełdy.

Świat nie umie już żyć bez dźwigni, więc warunki dyktują ci, którzy mają pieniądze „z niczego” i „na zbyciu”, czyli banki. Zarabiają one na kredytach i pożyczkach krocie, a w warunkach państwa przychodzącego im w razie czego z hojną pomocą, nagminnie przekraczają niegdysiejsze granice dopuszczalnego ryzyka. Stąd kryzysy. Takie jest z grubsza tło, z którego wyłania się ponownie po latach koncepcja narrow banking.

Bankowość rezerw cząstkowych do lamusa?

Dwa lata temu wrócili do niej ekonomiści związani z MFW Jaromir BenesMichael Kumhof. W pracy pt. „The Chicago Plan Revisited” przypomnieli, że obowiązek wykazywania 100-proc. zabezpieczenia depozytów bankowych pozbawiłby banki funkcji kreacji monetarnej. Trzeba wiedzieć, że udzielając kredytów w systemie fractional reserve banking, banki tworzą pieniądz i jest to pieniądz z niczego, a w praktyce z wiary, że zanim oszczędzający zdecydują się wycofać wkłady, bank zdoła udzielić kredytu i uzyskać jego spłatę. „Wąska bankowość” oznaczałaby zatem, że po pierwsze jedynym podmiotem kreującym pieniądz pozostałoby państwo, a po drugie każdy kredyt musiałby mieć pokrycie w realnym kapitale. Nastąpiłoby najprawdopodobniej duże spłaszczenie cyklów wzrostowo-spadkowych w gospodarce. Inna ważna konsekwencja to zupełny zanik panicznych szturmów na banki, ponieważ te nie mogłyby odpożyczać oszczędności. Najistotniejszy byłby jednak spadek zadłużenia publicznego i prywatnego.

Banki nie zostałyby całkowicie odcięte od działalności kredytowej. Mogłyby ją uprawiać, ale na finansowanie pożyczek i kredytów mogłyby przeznaczać wyłącznie kapitał założycielski, zyski z działalności depozytowej (obsługa płatności, przychody z kart kredytowych itp.) oraz środki pożyczone na procent od rządu lub (w innych koncepcjach narrow banking) z rynku, np. od inwestorów skłonnych do ponoszenia ponadstandardowego ryzyka za sowitym wynagrodzeniem.

Jako jedyne uprawnione do emisji rządy nie miałyby kłopotów z brakiem pieniędzy. Efektem sprowadzenia do zera kosztów pozyskiwania przez rząd pieniędzy z pożyczek (obligacji) byłby spadek zadłużenia publicznego do zera. To banki musiałyby pożyczać od rządu, żeby uzyskać pełne pokrycie depozytów w jedynym dopuszczalnym teraz pieniądzu z emisji państwowej. Rządy miałyby dodatnie saldo w relacjach z sektorem bankowym i mogłyby wykupywać długi prywatne (buy-back), co obniżyłoby również zadłużenie sektora prywatnego.

Szczegółów jest oczywiście znacznie więcej, ale wystarczy powiedzieć, że wizja bardzo ograniczonej działalności kredytowej banków nie jest tak niedorzeczna, jak wydaje się w pierwszej chwili. Jej propagatorzy twierdzą, że poza wymienionymi korzyściami „wąska bankowość” miałaby dobry wpływ na ogólny poziom wytwórczości i inflację.

Podatkiem w ryzykantów

Adwokatem innej nieco odmiany narrow banking stał się prof. John H. Cochrane z University of Chicago Booth School of Business. W pracy pt. „Toward a run-free financial system” również on podkreśla, że możliwa jest eliminacja szturmów na banki oraz kryzysów bankowych z zachowaniem naturalnych wzlotów i spadków gospodarczych. Prowadzące do tego rozwiązanie praktycznie polegałoby na tym, że depozyty na każde żądanie, fundusze rynku pieniężnego inwestujące w aktywa najmniejszego ryzyka oraz dług jednodniowy (overnight) powinny być zabezpieczane wyłącznie i w całości krótkookresowymi obligacjami Skarbu Państwa i Fed.

Jedna z naczelnych zasad bankowych mówi, że podstawą kredytu na wiele lat nie powinny być fundusze, które trzeba oddać właścicielowi już niebawem. Jeśli bank pożyczył na potrzeby własnego biznesu pieniądze do zwrotu za rok, to nie powinien ich odpożyczać na lat 15, bo za rok może nie znaleźć źródeł finansowania udzielonego przez siebie 15-letniego kredytu. Propozycja prof. Cochrane’a wyłącza zatem banki z lwiej części działalności pożyczkowo-kredytowej, pozostawiając im gromadzenie depozytów, obsługę płatności i pośrednictwo w transakcjach finansowych.

Bezkompromisowość takiego rozwiązania byłaby wszakże dalece niepraktyczna, jako że gospodarka uwiędłaby szybko bez kredytu na dłuższe okresy. W tych okolicznościach pomysłodawca dopuszcza oczywiście możliwość udzielania przez instytucje finansowe pożyczek długoterminowych. Ich źródłem miałby być głównie kapitał akcyjny albo kapitał inwestorów akceptujących ponadstandardowe ryzyko. Rodzajem bezpiecznika działającego w sytuacji nadmiernego wzrostu akcji kredytowej byłby kilkuprocentowy tzw. podatek pigowiański.

Podatek pigowiański (Pigou tax) nakładany jest w celu odstręczania od zachowań niepożądanych (tak jak akcyza na niezdrowe wyroby tytoniowe czy alkohol albo opłaty za zanieczyszczanie środowiska). Podatek taki miałby więc działać otrzeźwiająco na przejawianą w nadmiarze przez instytucje finansowe skłonność do ryzyka, a tym samym ograniczałby ochotę i zdolność do przesadnej działalności kredytowej. John Cochrane jest zdania, że podatek taki byłby skuteczniejszy od dzisiejszego nadzoru bankowego (finansowego) i od rygorów kapitałowych.

Czy chcemy tego, czy nie, czy kontestujemy to, czy pochwalamy bez zastrzeżeń, istotą kapitalizmu jest nieustanny wzrost, choćby był to w wielkiej części wzrost pozbawiony sensu. Przykłady wzrostu problematycznego (żeby ująć to najłagodniej) idą w tysiące, a wśród nich wymiana garderoby wraz ze zmianą mody czy umieranie z tęsknoty za szóstą wersją Iphone’a, kiedy nie zdołaliśmy opanować nawet cząstki możliwości piątej jego wersji. Banki i instytucje finansowe działają zatem w myśl zasady leżącej u podstaw kapitalizmu – ma być wzrost, nawet jeśli jest to wzrost bardzo byle jaki, więc pożyczki i kredyty też rosną.

Czy środków potrzebnych do uruchomienia dźwigni będą pożyczać banki, czy podmioty z inną nazwą na szyldzie, nie będzie większej różnicy. Kreacja finansowa nie zna granic, więc ograniczenia w zaciąganiu zobowiązań finansowych przez instytucje finansowe będą do pokonania. Jak mało skuteczne są podatki, każdy widzi. Pozbawienie banków funkcji kreacji monetarnej może brzmieć zachęcająco, ale pozostawienie tego zadania wyłącznie państwu – zważającemu w tych czasach głównie na terminy najbliższych wyborów – miałoby zapewne jeszcze groźniejsze skutki. Rewolucja pod nazwą narrow banking w tej czy innej postaci jest mało realna także z powodów czysto praktycznych: kto i jak podjąłby się zdjęcia z banków obecnych aktywów i pasywów? A to tylko pierwsze z brzegu pytanie bez dobrej odpowiedzi.

Sceptycyzm w odniesieniu do narrow banking jest w tym świetle uzasadniony, przytaczanie tych lub innych koncepcji zmiany ma jednak sens, bo pokazuje, że są tacy, którzy zastanawiają się nad marnością współczesnej gospodarki, wybiegają myślą poza datę najbliższego zebrania akcjonariuszy lub kolejnych wyborów do organów władz państwa i szukają poza schematami, które skamieniały w dogmat.


Tagi


Artykuły powiązane