• Prof. Maciej Bałtowski, UMCS

Prywatyzacyjne va banque

12.10.2009
Jeśli Polska chce brać przykład z najlepszych gospodarek, to powinna kontynuować prywatyzację. Bowiem zarówno w USA, Szwajcarii, w krajach starej Unii, Japonii czy w Australii udział przedsiębiorstw publicznych nie przekracza 10 proc. W Polsce wynosi on 20 proc. Jednak udana prywatyzacja musi odbywać się we właściwym czasie. Kryzys gospodarczy i rok wyborczy mogą ją bardzo komplikować.

Po 20 latach od rozpoczęcia transformacji gospodarczej prywatyzacja znowu znalazła się w centrum uwagi polityków i komentatorów gospodarczych. Rząd zapowiedział bowiem przyspieszenie i zintensyfikowanie procesów sprzedaży majątku państwowego, znajdując w tym panaceum na przewidywane w najbliższych latach trudności budżetowe. Odżyły zapomniane już spory, powróciły przebrzmiałe fobie i uprzedzenia, zwolennicy i przeciwnicy prywatyzacji zwierają szyki i odkurzają argumenty, które często dziś mają tylko historyczny charakter.

Różnic w stosunku do sytuacji sprzed 20 lat jest wiele, ale na jedną chcę od razu zwrócić szczególną uwagę. Otóż obecnie, w epoce stabloidyzowanej postpolityki, niepomiernie większa jest rola opinii społecznej i w konsekwencji mediów ją kształtujących, w tym portali internetowych. Batalia o prywatyzację rozegra się w większym stopniu na obszarze „urabiania” opinii publicznej niż w bezpośrednich polemikach politycznych. Taki stan rzeczy tworzy zarówno zagrożenia, jak i szanse – nie jest jasne, czy opinia publiczna okaże się bardziej wrażliwa na demagogiczne zaklęcia, czy przemówią do niej racjonalne wywody.

Spróbujmy zatem najpierw przedstawić fakty. Rząd chce uzyskać ze sprzedaży majątku państwowego ok. 37 mld zł do końca 2010 r. To dużo, jeśli wziąć pod uwagę przychody prywatyzacyjne w ostatnich latach. Ale trzeba zauważyć, że prawie połowa tej kwoty ma być uzyskana nie z prywatyzacji w ścisłym tego słowa znaczeniu (tzn. przekazywania większościowej kontroli właścicielskiej nad poszczególnymi przedsiębiorstwami w ręce prywatne), lecz ze sprzedaży mniejszościowych części udziałów kapitałowych w państwowych spółkach, bez utraty kontroli państwa nad całymi przedsiębiorstwami. A więc z quasi-prywatyzacji. Stępia to już na starcie argumenty tych przeciwników prywatyzacji, którzy traktują ją jako przekazywanie w obce ręce najlepszych składników majątku narodowego.

W całym procesie trzy kwestie wydają się mieć zasadnicze znaczenie:

1. Czy prywatyzacja w ogóle powinna być jeszcze kontynuowana, szczególnie w odniesieniu do tzw. sektorów strategicznych?

2. Czy sensowne jest przyspieszanie prywatyzacji w najbliższych kilkunastu miesiącach, w okresie kryzysu finansowego?

3. Czy plan rządu jest wykonalny?

Argumenty za prywatyzacją

Przed 20 laty, gdy niechlubnie znikała z dziejowej sceny gospodarka socjalistyczna, w Polsce ok. 75 proc. przedsiębiorstw było w rękach państwa lub podmiotów zależnych od państwa (jako miarę przyjmuję oczywiście nie liczbę przedsiębiorstw, lecz ich wkład w PKB, albo – co daje zbliżone rezultaty – liczbę zatrudnionych). A z 25 proc. przedsiębiorstw sektora prywatnego ponad połowę stanowiły indywidualne gospodarstwa rolne. Sytuacja zmieniła się diametralnie – dziś przedsiębiorstwa publiczne (o własności państwowej, komunalnej itp.) stanowią niespełna 20 proc. całego zbioru przedsiębiorstw, a przedsiębiorstwa prywatne ponad 80 proc. Zmiana struktury własnościowej gospodarki jest więc kolosalna i trzeba pamiętać, że mniej więcej w równych częściach dokonała się ona poprzez przekształcenia własnościowe byłych przedsiębiorstw publicznych oraz poprzez prywatyzację oddolną, tj. powstawanie nowych prywatnych przedsiębiorstw, zwanych niekiedy z angielska green-fieldami.

Czy ta zmiana, będąca dobitnym wyznacznikiem przemian transformacyjnych, jest wystarczająca? Czy struktura własnościowa sfery przedsiębiorstw (prywatne – państwowe), charakteryzowana dziś proporcjami 82:18,  jest właściwa i ostateczna?

Teoria ekonomii nie daje odpowiedzi na to pytanie. Jedyną możliwością jest odwołanie się do porównawczych danych empirycznych. I tu wyniki są jednoznaczne. Otóż jeśli wziąć pod uwagę grupę ponad 20 najbogatszych i najbardziej rozwiniętych cywilizacyjnie państw świata,  które są naturalnymi wzorcami i punktami odniesienia dla Polski – a więc 15 państw starej Unii, Szwajcarię, Norwegię, Stany Zjednoczone, Kanadę, Japonię, Australię i Nową Zelandię – to w żadnym z tych państw udział przedsiębiorstw publicznych nie przekracza 10 proc., a w większości z nich jest mniejszy niż 5 proc. I to porównanie tworzy zasadniczy – moim zdaniem – argument za kontynuowaniem prywatyzacji w Polsce. Trzeba brać przykład z najlepszych, a szukanie jakichś enigmatycznych „trzecich dróg” z reguły nie przynosi dobrych rezultatów.

I jeszcze jeden argument, podobnego rodzaju. Udział sektora przedsiębiorstw publicznych jest w gospodarce polskiej znacząco większy niż w bliskich nam państwach ościennych –  Czechach, Słowacji, a także na Węgrzech .

Reasumując – przyjęcie za stan docelowy 10-procentowego, a więc racjonalnego w świetle porównań międzynarodowych, udziału przedsiębiorstw publicznych w gospodarce oznaczałoby – w warunkach stale rozwijającego się sektora nowych przedsiębiorstw prywatnych – konieczność sprywatyzowania w najbliższych latach 30–40 proc. istniejących obecnie zasobów przedsiębiorstw państwowych, komunalnych i innych zależnych od państwa. Dodać można, że w świetle wielu badań empirycznych nie ma wątpliwości, iż znaczący zakres państwowej własności gospodarczej prowadzi do patologii i w dłuższej perspektywie jest nie do utrzymania, bo zmniejsza konkurencyjność przedsiębiorstw. Generuje też nadmierne koszty (np. w górnictwie czy energetyce), które są przerzucane na całe społeczeństwo.

Co będzie prywatyzowane?

Drugi poważny czynnik ryzyka wiąże się – moim zdaniem – z kształtem zbioru spółek przewidzianych do prywatyzacji. Na ministerialnej liście, oprócz ponad 100 niewiele wartych i trudno zbywalnych resztówek oraz 45 małych spółek prywatyzowanych szybką ścieżką (aukcje i przetargi), znajduje się ponad 50 spółek o podstawowym znaczeniu dla wyników finansowych całego przedsięwzięcia (celowo nie używam określenia „prywatyzacja”, gdyż zmiana właścicielska sensu stricto planowana jest jedynie w niespełna 30 spółkach. W pozostałych przypadkach rzecz dotyczy zbywania mniejszościowych udziałów państwa).

Zbiór tych ponad 50 najważniejszych spółek można podzielić na trzy odrębne grupy. Po pierwsze, są to duże, wartościowe spółki giełdowe, w których Skarb Państwa posiadał bądź posiada mniejszościowe udziały, takie jak Telekomunikacja Polska SA (4,15 proc. o wartości ok. 1 mld zł), Ciech SA (36,7 proc. – ok. 400 mln zł), Pekao SA (0,9 proc. – ok. 400 mln zł), Mennica Polska SA (32 proc. – ok. 270 mln zł), BZ WBK SA (1,93 proc. – ok. 230 mln zł), Mondi Świecie SA (5 proc. – ok. 180 mln zł), BPH SA (3,7 proc. – ok. 75 mln zł), Kopex SA (3 proc. – ok. 50 mln zł), Cersanit SA (2,12 proc. – ok. 50 mln zł), Grupa Kęty SA (4,5 proc. – ok. 45 mln zł). Z ich sprzedażą nie będzie kłopotów (udziały w bankach już zostały sprzedane w ostatnich tygodniach), a uzyskanie w ten sposób prawie 3 mld wpływów budżetowych nie wywoła zapewne reakcji ze strony przeciwników prywatyzacji. Szczególne miejsce zajmuje w tej grupie KGHM Polska Miedź SA, w której SP posiada obecnie udział mniejszościowy (ok. 42 proc.), lecz zapewniający faktyczną kontrolę korporacyjną. Planowane zmniejszenie udziału SP o 10 punktów procentowych przyniosłoby przychody rzędu 2 mld zł, a podobna operacja w Grupie Lotos SA – 0,5 mld zł.

Po drugie spółki, w których planowana jest faktyczna prywatyzacja, a więc pozbycie się większościowej kontroli właścicielskiej przez państwo. Wśród nich jedynie kilka ma znaczącą wartość, a większość trzeba będzie sprzedać może nie za symboliczna złotówkę (choć takiego przypadku nie można wykluczyć), ale po kilkanaście, kilkadziesiąt milionów  złotych, co z punktu widzenia potrzeb budżetowych nie ma wielkiego znaczenia. Te wartościowe spółki to przede wszystkim LW Bogdanka SA (65,5 proc. akcji w rękach SP, planowana sprzedaż 56 proc. o wartości ok. 1,5 mld zł), Giełda Papierów Wartościowych SA (98,82 proc. – 700–1000 mln zł), Zakłady Azotowe Puławy (planowana sprzedaż 50,12 proc. – ok. 700 mln zł), Zakłady Azotowe Tarnów (52,15 proc. – 350 mln zł), Ruch SA (55 proc. – ok. 300 mln zł), Zakłady Chemiczne Police SA (59,23 proc. – ok. 250 mln zł), ZAK SA w Kędzierzynie (85 proc. – kilkaset milionów zł). W sumie prywatyzacja tej grupy przedsiębiorstw może przynieść ok. 5–6 mld zł.

Trzecia i najważniejsza grupa to 8 spółek z sektora energetycznego, w tym przede wszystkim giganty polskiej gospodarki – PGE SA, Tauron SA, Enea SA i Energa SA. Dwie pierwsze spółki, liderzy rynku, pozostaną pod kontrolą właścicielską państwa, a sprzedaż w 2010 r. ma dotyczyć pakietów mniejszościowych (PGE SA do 10 proc., Tauron SA do 20 proc.). Gdyby tak się stało, to tylko z tego tytułu można przewidywać wpływy rzędu 8–10 mld zł, przyjmując, że wartość rynkowa PGE SA ustali się w granicach 50 mld zł, zaś Tauron jest spółką mniej więcej dwukrotnie mniejszą. 67,05 proc. akcji Enea SA, które znajdują się w rękach Skarbu Państwa jest warte 3–4 mld zł, zaś wartość przeznaczonych do zbycia 85 proc. akcji Energa SA można szacować na co najmniej 2–3 mld zł. Zatem sprzedaż akcji tej grupy ośmiu spółek może przynieść ok. 18 mld zł, tj. 50 proc. całej planowanej kwoty.

Trzeba jasno powiedzieć, że prywatyzacja dużych spółek sektora energetycznego nie jest prosta. W ostatnich tygodniach sygnały płynące z rynku były sprzeczne – fiasko sprzedaży pakietu akcji Enea SA, a jednocześnie ogromny i różnorodny popyt na akcje PGE SA. Sporo wyjaśni się dopiero za 2–3 miesiące, kiedy ustabilizują się giełdowe notowania PGE SA. Ale tak czy inaczej istnieją w energetyce problemy związane z roszczeniami pracowniczymi, niejasną strukturą właścicielsko-organizacyjną grup kapitałowych oraz głosami obrońców polskiego majątku narodowego. Szeroko zakrojona prywatyzacja energetyki w roku wyborczym jest niewątpliwie dość karkołomnym przedsięwzięciem, co nie znaczy, że niemożliwym.

Podsumowanie

Na pierwszy rzut oka program prywatyzacyjny rządu wydaje się sensowny i dobrze przygotowany, a owe 37 mld zł wpływów budżetowych z prywatyzacji do końca 2010 r. to zamiar bardzo ambitny, ale do osiągnięcia, przynajmniej w 90 proc., co i tak byłoby bardzo dobrym rezultatem. Mam nadzieję, że ostatni pomysł dwojga ministrów (na szczęście dość sceptycznie oceniony przez premiera) dotyczący obniżenia składek emerytalnych lokowanych w II filarze nie będzie realizowany. Oznacza on bowiem drastyczne (o ok. 15 mld zł w przyszłym roku) obniżenie zakresu potencjalnych inwestycji ze strony OFE, a więc także kilkumiliardowe zmniejszenie „popytu prywatyzacyjnego”. Niezależnie od tego istnieją stale dwa poważne czynniki ryzyka, o których pisałem. Pierwszy związany jest z rozwojem światowej sytuacji gospodarczej, drugi zaś wynika z faktu, że kluczowe znaczenie w całym projekcie ma prywatyzacja gigantów sektora energetycznego – bardzo niewdzięczna ze społecznego i politycznego punktu widzenia. Pierwszy czynnik ma w pełni charakter egzogeniczny, a przejawy i skutki drugiego są także dość nieprzewidywalne. Można więc powiedzieć, że rząd zagrał va banque, a czy podjęcie tego ryzyka będzie opłacalne, przekonamy się dopiero za rok.

—–

Maciej Bałtowski (ur. 5 maja 1953)

Prof. nauk ekonomicznych, Wydział Ekonomiczny UMCS w Lublinie

Jest autorem czterech książek opublikowanych w Wydawnictwie Naukowym PWN i wielu artykułów na temat prywatyzacji i transformacji gospodarczej w Polsce oraz corporate governance. W latach 2002–2004 ekspert Sejmowej Komisji Skarbu Państwa. Autor ekspertyz dla Ministerstwa Skarbu Państwa. Obecnie wiceprzewodniczący Rady Nadzorczej Polskiej Grupy Energetycznej SA.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły

test