Balcerowicz: Możemy uniknąć pułapki spowolnienia

26.05.2014
Trzeba odróżnić prywatyzację przedsiębiorstw państwowych i gospodarki. Ten drugi proces nam się udał i miał pozytywne konsekwencje dla całej gospodarki – mówi profesor Leszek Balcerowicz, autor reformy z 1989 roku.
Prof. Leszek Balcerowicz (Fot. balcerowicz.pl)

Prof. Leszek Balcerowicz (Fot. balcerowicz.pl)

Prof. Leszek Balcerowicz (Fot. balcerowicz.pl)

ObserwatorFinansowy.pl: Jak ocenia Pan ostatnie 25 lat polityki gospodarczej?

Prof. Leszek Balcerowicz: Żeby je ocenić, trzeba sensownie porównywać. Niektóre porównania są bezsensowne. Znam takich, którzy mają pretensję, że Polska nie jest jeszcze tak bogata jak Szwajcaria. Często do oceny sytuacji gospodarczej używa się sloganów albo naładowanych emocjonalnie słów, takich jak „społeczny”. Trzeba się porównać się z krajami, które miały podobny punkt startu, co my. Trzeba sprawdzić, jakimi drogami odchodziły od socjalizmu, jakie osiągnęły na końcu wyniki.

Jeżeli zastosujemy taką metodę, to zobaczymy, że Polska w latach 1990–2013 zwiększyła PKB ponad dwukrotnie i był to największy przyrost wśród dawnego bloku krajów Europy Środkuj i Wschodniej (pomijając Albanię). Nie ma żadnego kraju, który idąc inną drogą niż Polska – np. prowadząc wolniejsze reformy czy inną sekwencję reform – osiągnąłby lepsze efekty. Przeciwnie, te kraje, które odraczały reformy, znalazły się w złej sytuacji. Najbardziej drastycznym przypadkiem jest Ukraina, gdzie poziom życia był w 1989 roku bardzo zbliżony do poziomu Polski, a teraz jest trzy razy niższy. Mniej drastyczny, ale nadal zły, jest przykład Rumunii, która o parę lat opóźniła start reform rynkowych. Ci, którzy mówią o społecznych kosztach reform, pomijają o wiele większe koszty społeczne zaniechania reform.

Ciekawy jest też przykład Węgier, które w 1989 roku miały znacznie lepszą sytuację niż Polska.

Były też krajem od nas wyraźnie bogatszym, ale ich rządy popełniły wiele błędów, które spowodowały, że wzrost gospodarczy tego kraju był wolniejszy. Przede wszystkim ich polityka fiskalna była jeszcze gorsza niż u nas. To nie znaczy, że my nie popełniliśmy błędów i że wykorzystaliśmy wszystkie możliwości.

Także Czechy miały znacznie lepszy niż Polska punkt wyjścia. Tymczasem w ciągu 25 lat zwiększyły PKB tylko o 40 proc., a Polska o ponad 100 proc. Czechy wciąż są bogatsze niż Polska, ale efekty mają gorsze. Dlaczego?

To jest dobre pytanie. Jeszcze lepsze: dlaczego Słowacja rozwijała się przez 25 lat szybciej niż Czechy: To pytanie zadałem niedawno na konferencji w Budapeszcie, na której zgromadzono wszystkich dawnych reformatorów, byłemu prezydentowi, a wcześniej premierowi Czech Vaclavowi Klausowi. W panelu był też były dwukrotny wicepremier i minister finansów Słowacji Ivan Mikloš. Klaus odpowiedział, że to zbyt skomplikowane pytanie, by zajmować się nim na konferencji. Mikloš zaś bez samochwalstwa odpowiedział, że w pewnym momencie Słowacy zaczęli robić więcej reform.

Po ośmiu latach populistycznych rządów Vladimira Mečiara w 1998 roku doszła w Słowacji do władzy ekipa Mikolaša Dzurindy i Mikloša, która w szybkim tempie przeprowadziła radykalne reformy, dzięki którym ich gospodarka osiągnęła wysoki wzrost. To potwierdza tezę, że im więcej reform, które zmniejszają upolitycznienie gospodarki, tym więcej wzrostu. W Czechach w 1993 roku doszło do załamania wzrostu. Okazało się, że ich banki, mimo że formalnie były prywatyzowane, nie zostały wyprowadzone ze sfery polityki. W gospodarce mało było restrukturyzacji, bo kontrolowane przez państwo banki skupywały bony prywatyzacyjne i w ten sposób prywatyzacja okazywała się fikcją.

Ciekawym przypadkiem są wschodnie Niemcy. Jesienią 1990 roku, jeszcze przed formalnym zjednoczeniem, byłem na konferencji w Wolfsburgu, gdzie niemieccy politycy przedstawiali plany transferów finansowych do byłej NRD. Polski nie było wówczas stać nawet na ułamek tych kwot, ale efekty tych transferów okazały się marne.

Niemcy były szczególnym przypadkiem, które określiłbym jako pokojowe bombardowanie gospodarki. Fizyczne bombardowanie niszczy majątek produkcyjny. Pokojowe sprawia, że majątek produkcyjny przynosi wyłącznie straty. Być może taka sytuacja była politycznie nieunikniona. Ustalono kurs wymiany marki wschodniej do zachodniej w stosunku 1:1. W efekcie gospodarka wschodnich Niemiec z dnia na dzień stała się zupełnie niekonkurencyjna i wszystkie przedsiębiorstwa zaczęły przynosić straty.

Ogromne transfery finansowe były konsekwencją tej decyzji, podjętej przez kanclerza Helmuta Kohla z powodów politycznych. Kohl wygrał wybory, także w Niemczech wschodnich. Bundesbank był przeciwny. Gdyby ustalono bardziej konkurencyjny kurs marki wschodniej, to gospodarka byłej NRD mogłaby się rozwijać i po pewnym czasie poziom obu części Niemiec by się wyrównał. Oczywiście istniało ryzyko, że więcej osób będzie się przenosić z landów wschodnich do zachodnich. Wybór był zatem bardzo trudny.

Jeszcze bardziej dramatyczna może być sytuacja w Korei, jeśli kiedyś padnie potworny reżym północnokoreański. Wówczas przez dłuższy czas i tak trzeba będzie utrzymać granicę między obu częściami Korei.

Powiedział Pan, że mimo sukcesów w Polsce można było zrobić więcej.

Nie został dostatecznie zreformowany aparat egzekwowania prawa – policja, prokuratura, sądy. Do dziś to jest słabe ogniwo, co przejawia się w opieszałości postępowań, a czasami w niesprawiedliwych oskarżeniach w stosunku do przedsiębiorców i innych ludzi. W mojej działalności obywatelskiej reforma systemu sprawiedliwości jest jednym z dwóch priorytetów – obok utrzymania wzrostu i stabilności polskiej gospodarki. Popieram takie ruchy jak „Niepokonani” – ludzi, którzy zostali pokrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Reforma wymiaru sprawiedliwości nie była głównym celem rządu Tadeusza Mazowieckiego. Po pierwsze był to rząd koalicyjny, w którym resorty siłowe były w rękach PZPR, a resortem sprawiedliwości kierował działacz ZSL. A po drugie, było tyle zadań i problemów, że nie na wszystko starczało czasu. Gorzej, że i kolejne rządy nie potrafiły głębiej zreformować sądów i prokuratury.

Wbrew funkcjonującym dziś mitom o „bolesnej transformacji” polityka socjalna pierwszych rządów była niezwykle szczodra. Miliony ludzi otrzymało renty lub wcześniejsze emerytury. Czy była to świadoma polityka?

Zespół gospodarczy, którym kierowałem, był szczupły i nie miał wystarczających mocy przerobowych. Nie wychwyciliśmy na czas tego, jakie będą skutki propozycji ministra pracy Jacka Kuronia, dotyczące zasiłków dla bezrobotnych i emerytur. Jacek Kuroń miał własną ekipę współpracowników i z propozycjami poszedł do opinii publicznej. Zrobił to oczywiście w dobrej wierze. Po czasie zrozumieliśmy, jakie będą skutki budżetowe propozycji Ministerstwa Pracy. W efekcie mieliśmy skokowy wzrost wydatków na emerytury i zasiłki dla bezrobotnych. Takich problemów nie mieli Czesi i Węgrzy, którzy mieli na początku transformacji sytuację znacznie bardziej stabilną niż my i nie musieli podejmować decyzji z dnia na dzień. U nas była wówczas hiperinflacja i wywołany przez nią chaos.

Ważną częścią transformacji była prywatyzacja. Do dziś nie udało się jej dokończyć.

Moim zamiarem była jak najszybsza prywatyzacja. Trzeba przy tym odróżnić prywatyzację wcześniej państwowych przedsiębiorstw i prywatyzację gospodarki m.in. poprzez tworzenie nowych, prywatnych firm. Ten drugi proces nam się udał i miało to duże pozytywne konsekwencje dla całej gospodarki. Dzięki twardej stabilizacji i szerokiej liberalizacji powstała konkurencja, utwardzone zostało „kornaiowskie” ograniczenie budżetowe, także w państwowych przedsiębiorstwach, które zaczęły się odchudzać. Dzięki temu następował transfer cząstek majątku do sektora prywatnego. Starałem się ten proces wzmocnić – jedyne ulgi podatkowe, jakich udzieliłem, to były ulgi dla nowych prywatnych firm. Przekonałem też Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości, by kładł nacisk na instytucje finansujące prywatną przedsiębiorczość.

Prywatyzacja państwowych przedsiębiorstw była wolniejsza, niżbym chciał. Nie było szansy na to, by ustawa o prywatyzacji znalazła się w pierwszym pakiecie ustaw reformujących gospodarkę. Projekt ustawy został zaakceptowany przez rząd w lutym 1990 roku, a ustawa ostatecznie została uchwalona w lipcu. Stanowisko ministra prywatyzacji proponowałem Janowi Wejchertowi, który jednak się nie zgodził. Ostatecznie ministrem został Waldemar Kuczyński, a w kolejnym rządzie Janusz Lewandowski. Ustawa prywatyzacyjna mogła stać się początkiem szybkiego procesu przekształceń własnościowych, ale się nie stała. Nadchodziły wybory prezydenckie, a rok później wybory parlamentarne. Narastały nastroje populistyczne, a walka z prywatyzacją stała się dla populistów trampoliną wyborczą. Udało się jednak dzięki Dariuszowi Ledworowskiemu, ministrowi współpracy gospodarczej z zagranicą, sprywatyzować dawne centrale handlu zagranicznego, a minister rolnictwa Adam Tański dokonał wielkiej rzeczy, prywatyzując PGR-y. Janusz Lewandowski przygotował ważny program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Prywatyzacja zdecydowanie przyspieszyła w latach 1998–2000 i było to wielką zasługą Emila WąsaczaAlicji Kornasiewicz. To była największa reforma rządu Jerzego Buzka.

Dokończona została wówczas prywatyzacja większości banków. Podczas światowego kryzysu finansowego pojawiły się w Polsce głosy, że byłoby lepiej, gdyby państwo posiadało więcej banków, gdyż wtedy mogłoby prowadzić „suwerenną politykę kredytową”.

Gdyby w czasie rządu Buzka banki nie zostały sprywatyzowane, następne rządy zapewne by tego nie zrobiły. W efekcie mielibyśmy taką sytuację, jak Słowenia, której 70 proc. banków było w rękach państwa i skutki tego były oczywiste. Banki byłyby upolitycznione, a „suwerenna polityka kredytowa” oznaczała udzielanie kredytów na telefon polityków. Słowenia przechodzi przez bardzo poważny kryzys bankowy, najpoważniejszy w naszej części Europy. Prywatyzacja polskich banków jest dowodem na to, że mimo niechęci części otoczenia da się prywatyzację przeprowadzić, jeśli rząd jest odpowiednio zdeterminowany.

Jak z perspektywy czasu ocenia Pan politykę pieniężną w ciągu ostatnich 25 lat? Przez długi czas nie udawało się obniżyć inflacji do poziomu niższego niż 10 proc.

Było to wynikiem świadomej decyzji o wprowadzeniu crawling peg powolnej dewaluacji złotego. Stałe osłabianie złotego utrudniało walkę z inflacją. To była decyzja kontrowersyjna, ale nie absurdalna. Inflacja była obniżana stopniowo, aż doszło do przyjęcia strategii celu inflacyjnego przez Radę Polityki Pieniężnej, powołaną w 1998 roku. Wówczas można było obniżyć inflację do poziomu zbliżonego do tego, który jest w Unii Europejskiej. Miałem przyjemność kierować obradami tej rady od 2001 roku. Wprawdzie niska inflacja nie była warunkiem wejścia Polski do Unii, ale wysoka inflacja na pewno utrudniłaby naszą sytuację.

Gdy obejmowałem stanowisko prezesa NBP, inflacja była na poziomie około 10 proc. Stopniowo, cały czas obniżając stopy procentowe doprowadziliśmy inflację do 2 proc. Tu transformacja się zakończyła.

Od wybuchu światowego kryzysu finansowego utraciliśmy dynamikę. Wprawdzie utraciła ją cała Europa i na tym tle wciąż byliśmy liderem, ale są prognozy, że w przyszłości nasz wzrost będzie zbliżony do wzrostu krajów Europy Zachodniej. Co zrobić, by szybciej doganiać bogate kraje?

Kilka bogatych krajów rozwija się w ostatnich latach w tempie niewiele niższym od naszego, na przykład Szwecja czy Szwajcaria. W obu tych krajach mamy silną dyscyplinę budżetową. Trzy najważniejsze siły wpływające na dynamikę to zatrudnienie, wielkość inwestycji – zwłaszcza prywatnych – i ogólna poprawa efektywności. Jest pewne, że bez poważnej dawki reform nasz wzrost trwale spadnie. Z powodów demograficznych nastąpi spadek zatrudnienia, stopa inwestycji prywatnych jest niska i może się jeszcze obniżyć, a największa siła wpływająca dotychczas na naszą dynamikę – tempo poprawy efektywności – słabnie. Gdy zbierzemy to razem, to mamy perspektywę trwałego spowolnienia. Niestety nie jest to tematem debaty publicznej.

Ekonomiści mówią o pułapce średniego poziomu rozwoju. Według badań ekspertów Banku Światowego ze 101 gospodarek, które w 1960 roku były na średnim poziomie rozwoju, tylko 13 dołączyło w roku 2008 do grupy krajów o wysokich dochodach. Grozi nam taka pułapka?

Nie lubię tego określenia, gdyż sugeruje ono, że istnieje jakaś twarda prawidłowość uniemożliwiająca przejście krajów od poziomu średniego do wyższego. Tymczasem rozwój zależy głównie od decyzji, jakie będziemy podejmować w kraju. Jeśli spadnie tempo wzrostu i przestaniemy się rozwijać, to nasili się emigracja i to jeszcze pogorszy nasze możliwości wzrostu. Można powiedzieć, że tzw. strategia ciepłej wody w kranie gwarantuje nam zły scenariusz. Jedyną jej konsekwencją są np. ogromne straty Kompanii Węglowej, możliwy wzrost cen energii i dalsza utrata konkurencyjności gospodarki. To jest jeden scenariusz, ale może być inny – przyspieszenie reform bez czekania, aż gospodarka ugrzęźnie w marazmie. Taki scenariusz jest możliwy tylko wówczas, gdy w społeczeństwie wzmocnią się siły prorozwojowe.

To, co należałoby zrobić, nie jest wielkim problemem intelektualnym, tylko politycznym. Inwazja Rosji na Ukrainę pokazuje, że nie żyjemy w tak bezpiecznym świecie, jak się nam zdawało. Tym bardziej jest ważne, by prowadzić politykę, która zapewni szybszy wzrost. Inwazja sprawiła, że spadła wartość gwarancji bezpieczeństwa dawanych przez Zachód. Konieczne więc będą inwestycje w nasze bezpieczeństwo. Przy złym scenariuszu gospodarczym nie będzie jednak na nie pieniędzy.

Powiedział Pan, że opracowanie programu koniecznych reform nie jest wielkim wyzwaniem intelektualnym. Spróbujmy określić listę takich koniecznych reform.

Po kolei: starzenie się społeczeństwa. To dowód sukcesu. To znaczy, że wydłuża się przeciętne życie, ale ma to swoje konsekwencje, którym można przeciwdziałać. Trudno jest znaleźć sensowne działania, które spowodują, że młodzi ludzie będą mieć więcej dzieci. Polityka prorodzinna to humbug. Racjonalnym działaniem jest wydłużenie wieku emerytalnego i zapisuję na plus obecnemu rządowi, że to przeprowadził.

Po drugie: trzeba wykorzystać istniejące rezerwy. Współczynnik zatrudnienia w grupach najmłodszych i najstarszych jest niski i to trzeba zmienić. Nie trzeba podwyższać płacy minimalnej. Trzeba zobaczyć, z jakiego powodu młodzi ludzie nie znajdują zatrudnienia. Jedną z przyczyn jest niedopasowanie szkolnictwa do potrzeb gospodarki. Niskie zatrudnienie ludzi starszych wynika z kolei z przepisów chroniących osoby w wieku przedemerytalnym przed zwolnieniem.

Niska stopa inwestycji wynika z tworzonych przez politykę czynników, w wyniku których nie opłaca się więcej inwestować. Na przykład prywatny kapitał prawie nie inwestuje w budowę mieszkań na wynajem z powodu absurdalnej ustawy o ochronie lokatorów. To trzeba zmienić. Trzeba też zdiagnozować, co zrobić, by uniknąć spowolnienia ogólnej efektywności. Forum Obywatelskiego Rozwoju wiele rzeczy skatalogowało. Trzeba na przykład przeprowadzić reformę uczelni publicznych, na której jest najwięcej socjalizmu. Z badań OECD wiemy, że w wielu obszarach polskiej gospodarki potrzebna jest deregulacja. W sumie da się zrobić taki spis reform, którego wprowadzenie w życie zapobiegłoby spowolnieniu. I to trzeba wymusić na politykach, bo jeśli są pozbawieni obywatelskiej kontroli, proponują lekarstwa gorsze od choroby.

Rozmawiał Witold Gadomski

Prof. Leszek Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Jerzego Buzka. W latach 2001–2007 był prezesem Narodowego Banku Polskiego. Kieruje założonym przez siebie Forum Obywatelskiego Rozwoju.

 


Tagi


Artykuły powiązane