Wątpliwi pożyczkobiorcy z Afryki subsaharyjskiej

03.07.2013
W ostatnich latach coraz większa liczba rządów afrykańskich emituje obligacje denominowane w euro, uważając to za sposób odejścia od tradycyjnych źródeł finansowania, takich jak pożyczki preferencyjne oraz inwestycje zagraniczne. Do lutego 2013 r. dziesięć krajów pozyskało w ten sposób łącznie 8,1 mld dol.

(CC By residentevil_stars2001)


Proces ten zapoczątkowała w październiku 2007 roku Ghana emitując warte 750 mln dol. euroobligacje z kuponem odsetkowym 8,5 proc. – i stając się tym samym pierwszym od 30 lat krajem subsaharyjskim (poza RPA), który przeprowadził emisję obligacji.

Ta debiutancka subsaharyjska emisja – zapisy na te papiery czterokrotnie przewyższały ich wartość – wywołała w regionie szał zapożyczania się przez państwa. W ślady Ghany poszło wkrótce dziewięć innych krajów – Gabon, Demokratyczna Republika Kongo, Wybrzeże Kości Słoniowej, Angola, Nigeria, Namibia, Zambia i Tanzania.

Do lutego 2013 roku te dziesięć krajów afrykańskich pozyskało łącznie 8,1 mld dolarów z „dziewiczych” emisji swoich obligacji, których zapadalność wynosi średnio 11,2 roku, a oprocentowanie – przeciętnie 6,2 proc. rocznie. Natomiast odsetki od ich obecnego zadłużenia zagranicznego wynoszą średnio 1,6 proc. rocznie, a przeciętny okres jego spłaty – 28,7 roku.

Nie jest tajemnicą, że koszty pożyczkowe są przy obligacjach państwowych znacznie wyższe niż w przypadku kredytów preferencyjnych. Dlaczego zatem coraz więcej krajów rozwijających się wybiera emisje obligacji państwowych? I dlaczego pożyczkodawcy papiery tych krajów nagle uznali za pożądane?

Jedno z wyjaśnień brzmi, że w sytuacji, gdy „złagodzenie ilościowe” sprowadziło stopy procentowe do rekordowo niskiego poziomu, to zainteresowanie stanowi kolejny, choć trochę niejasny, przejaw poszukiwania przez inwestorów wyższej rentowności. Ponadto najnowsze analizy (przeprowadzone w związku z ustanowieniem nowego banku dla krajów BRICS) wykazały, że pomoc oficjalna oraz kredyty preferencyjnych dalece nie wystarczają do zaspokojenia potrzeb Afryki w zakresie infrastruktury, nie mówiąc już o osiągnięciu trwałego wzrostu na poziomie niezbędnym do znacznego zmniejszenia ubóstwa.

Co więcej, kredyty preferencyjne wiążą się – jak to zwykle bywa w przypadku pożyczek od instytucji wielonarodowych – z pewnymi warunkami oraz ścisłym monitoringiem, co sprawia, że stają się one mniej atrakcyjnym źródłem finansowania. Jaki polityk nie wolałby pieniędzy, z którymi może zrobić, co chce? Zanim ujawnią się jakieś problemy, miną całe lata, no a wtedy to już inni politycy będą musieli je rozwiązywać.

Taki wysyp emisji obligacji państwowych to zjawisko korzystne, ale tylko do pewnego stopnia – wówczas, gdy przesłankę do udzielania takich pożyczek stanowiłyby umacniające się podstawy gospodarki Afryki. W tym jednak przypadku – podobnie zresztą jak w odniesieniu do wszelkich dokonywanych przez sektor prywatny ocen wiarygodności kredytowej – należy mieć się na baczności. Czyżby więc krótkowzroczne rynki finansowe we współpracy z równie krótkowzrocznymi rządami kładły podwaliny pod następny kryzys zadłużeniowy?

Zagrożenie nim niewątpliwie wzrośnie, jeśli władze niższych szczebli i jednostki sektora prywatnego zyskają podobny dostęp do międzynarodowych rynków kapitałowych; efektem tego może być nadmierne zapożyczenie. Nigeryjskie banki komercyjne już emitują obligacje międzynarodowe. W Zambii elektrownia, operator kolei oraz firma budowy dróg planują łącznie pozyskanie aż 4,5 mld dol. poprzez emisję obligacji międzynarodowych.

Narastają już oznaki „nieracjonalnej obfitości” –  albo rynkowych nadziei na posunięcia ratunkowe. Jak inaczej można bowiem wyjaśnić, że Zambia jest w stanie ustalić oprocentowanie niższe od rentowności emisji obligacji Hiszpanii, której rating kredytowy jest o cztery stopnie wyższy? Wszyscy ci subsaharysjcy emitenci obligacji państwowych (prócz Namibii) mają przecież rating „spekulacyjny”, co plasuje ich papiery w kategorii „obligacji śmieciowych” i sygnalizuje znaczące ryzyko niewypłacalności.

Takie oznaki już się pojawiają. Obligacjami kongijskimi w marcu 2009 roku – czyli niespełna dwa lata od emisji – obracano po 20 centów za dolara, co podnosiło ich rentowność do rekordowego poziomu. W marcu 2011 roku niespłacalny stał się dług państwowy Wybrzeża Kości Słoniowej; był to pierwszy taki przypadek od niewypłacalności Jamajki w styczniu 2010 roku.

W czerwcu 2012 roku Gabon odwlekał płatności odsetkowe od obligacji na kwotę 1 mld dolarów, czekając na wynik sporu prawnego – i był na skraju niewypłacalności. Gdyby załamały się ceny ropy i miedzi, Angola, Gabon, Kongo i Zambia mogą mieć trudności z zapewnieniem obsługi swoich obligacji państwowych.

Żeby mieć pewność, że emisja papierów dłużnych nie przekształci się w katastrofę finansową, kraje te powinny zorganizować solidną, nastawioną na przyszłość i wszechstronną strukturę zarządzania długiem. Muszą one bowiem nie tylko inwestować uzyskiwane z emisji kwoty w odpowiednie, wysoko rentowne projekty, ale i upewniać się, że nie będą zmuszone dalej się zapożyczać po to, żeby obsłużyć ten dług.

Być może kraje te mogłyby wyciągnąć nauczkę z przykrych doświadczeń Detroit, które – żeby uchronić się przed naciągającym kryzysem – w 2005 roku emitowało warte 1,4 mld dol. obligacje.

I tego czasu miasto ciągle zaciąga pożyczki, głównie na obsługę wcześniejszych obligacji. W trakcie tych operacji cztery banki z Wall Street, które od 2005 roku umożliwiły Detroit emisję obligacji na 3,7 mld dol., zgarnęły 474 mln dol. z opłat emisyjnych, premii gwarancyjnych i transakcji wymiany (swapów).

Jeśli kraje subsaharyjskie zorientują się, że istnieje ryzyko nadmiernego zadłużenia sektora prywatnego, że dokonywane przez prywatnych pożyczkodawców oceny wiarygodności kredytowej są niewystarczające i że konflikty interesów stanowią endemiczną cechę banków, to powinny wprowadzić ograniczenia tego typu pożyczek, zwłaszcza gdy występuje wyraźne niedopasowanie w zakresie kursów walut i terminów zapadalności.

Krajom, które rozważają dołączenie do grupy emitentów obligacji państwowych, dobrze by zrobiło przestudiowanie przypadków kryzysów zadłużeniowych, które w ostatnich trzydziestu latach były aż nazbyt częste. W przyszłości mogą one przybrać jeszcze gorszy obrót, gdyż tak zwane fundusze-sępy (vulture funds) nauczyły się, jak wykorzystać do cna znajdujące się w opresji kraje.

Niedawne decyzje sądów w USA zapewniły tym „sępom” przewagę, co sprawia, że restrukturyzacja zadłużenia może być jeszcze trudniejsza niż dotąd, a entuzjazm wobec operacji ratunkowych wyraźnie zanika. Społeczność międzynarodowa może więc słusznie nabrać przekonania, że zarówno pożyczkobiorcy, jak i pożyczkodawcy zostali z góry ostrzeżeni.

Nie istnieją łatwe, nieobarczone ryzykiem, drogi do rozwoju i pomyślności. Jednak pożyczanie pieniędzy na międzynarodowych rynkach finansowych to strategia wiążąca się ogromnym ryzykiem niepowodzenia i z ograniczoną jedynie szansą na sukces — co nie dotyczy banków, pobierających swoje opłaty z góry. Należy więc mieć nadzieję, że kraje Afryki subsaharyskiej nie będą musiały powtarzać kosztownych lekcji, jakich w ciągu ostatnich trzydziestu lat doświadczyły inne państwa rozwijające się.

Joseph E. Stiglitz, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, jest profesorem Columbia University.

Hamid Rashid jest starszym radcą ekonomicznym w Departamencie Spraw Gospodarczych i Społecznych ONZ.

Przedstawione tu opinie nie wyrażają poglądów ONZ i jej państw członkowskich.

©Project Syndicate, 2013

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test