Z powodu trudnej sytuacji finansowej, zbyt małej subwencji oświatowej z budżetu państwa, Karty Nauczyciela i niżu demograficznego władze polskich miast likwidują szkoły. W najbliższych latach mogą zamknąć kilkaset kolejnych. I tym razem nie chodzi już tylko o małe wiejskie szkoły

Likwidować i łączyć niektóre szkoły ze swojego terenu zaczną wkrótce Poznań, Kraków, Częstochowa, Radom, Wałbrzych, Bytom i Mysłowice. O tym, jak dramatyczna jest sytuacja, świadczy fakt, że nawet władze Warszawy, najbogatszego miasta w Polsce, chcą w najbliższych trzech latach zlikwidować lub połączyć z innymi kilkanaście samorządowych szkół.

Gotowe plany reorganizacji systemu oświaty, które zakładają zamykanie części placówek lub łączenie ich z innymi ma już wiele polskich miast. W skali całego kraju może to oznaczać likwidację nawet kilkuset szkół w ciągu kilku lat. Wywoła to z pewnością ostre protesty rodziców, które jednak nie na wiele się zdadzą. Samorządy są w sytuacji bez wyjścia.

Główna przyczyna, to sytuacja finansowa samorządów. Dodatkowe – spadająca od lat liczba uczniów w szkołach (w ciągu ostatnich pięciu lat, głównie w skutek niżu demograficznego zamknięto 3 tys. szkół, przede wszystkim wiejskich) i zbyt mała subwencja oświatowa z budżetu państwa niepokrywająca miastom kosztów utrzymania szkół.

To jest najboleśniejsze dla samorządów, bo muszą z tego powodu dokładać do oświaty. W przypadku miast średniej wielkości oznacza to dodatkowe wydatki rzędu dziesiątek milionów złotych rocznie (w Mysłowicach to 35 mln zł, a w Koninie – 23 mln zł), a w największych aglomeracjach nawet setki milionów. Z tego powodu co roku powtarzają się problemy z domknięciem budżetu na oświatę. W budżecie stolicy na 2012 rok brakuje aż 200 mln zł na pokrycie wydatków związanych z utrzymaniem warszawskich szkół. Władze Warszawy chcą zmniejszyć dodatki motywacyjne dla nauczycieli, po raz pierwszy od lat nie przyznały im w 2011 roku tzw. karpiowego (okolicznościowego dodatku wypłacanego z okazji Bożego Narodzenia), a to i tak nie uchroni niektórych szkół od zamknięcia.

- Subwencja oświatowa niemal od początku nie pokrywała samorządom kosztów utrzymania szkół – mówi Piotr Mróz, przewodniczący Komisji Edukacji Związku Miast Polskich. – W pierwszych latach niedobór wynosił jedynie 5-10 proc. kosztów, jednak w kolejnych latach coraz bardziej się powiększał. Państwo określało bowiem wysokość subwencji oświatowej, uwzględniając swoje możliwości, a nie potrzeby samorządów związane z prowadzeniem oświaty.

Efekt jest taki, że w przypadku miast subwencja oświatowa pokrywa średnio tylko 70-80 proc. kosztów utrzymania samorządowych szkół. Są jednak przypadki, że tylko 60 proc. Resztę samorządy muszą dokładać z własnej kieszeni. Dokładają też do wynagrodzeń nauczycieli, które miały być w pełni finansowane przez państwo.

Koszty utrzymania szkół są ogromne (same pensje ponad 650 tys. nauczycieli szkolnych kosztują rocznie ponad 30 mld zł) i stanowią w większości samorządowych budżetów największą pozycję. Na dodatek w ostatnich latach sytuacja finansowa polskich samorządów pogorszyła się na tyle, że nie mogą sobie pozwolić na dokłada nie do oświaty tyle, co wcześniej.

>czytaj też: Inwestycja w edukację może okazać się wyrzucaniem pieniędzy w błoto

Argumentują więc, że utrzymywanie w połowie pustych szkół nie opłaca się nikomu. Subwencja oświatowa jest naliczana od każdego ucznia, więc im mniej dzieci w szkole, tym mniejszą dostaje ona subwencję z budżetu państwa. Niż demograficzny sprawia, że uczniów ubywa. Już dziś część szkolnych sal stoi z tego powodu pusta.

Samorządowcy przekonują też, że w wielu kwestiach dotyczących oświaty ręce wiąże im Karta Nauczyciela. Zapewnia ona nauczycielom tzw. pensum, które określa, ile lekcji tygodniowo są zobowiązani przeprowadzić. Polskie pensum to 18 godzin lekcyjnych w tygodniu –  to jeden z najniższych wymogów w Europie, który prowadzi do nadmiernego zatrudnienia.

Karta Nauczyciela jest prawem ustanowionym parlament, ale jej praktyczne skutki, także finansowe, spadają na samorządy, bo nie mogą one racjonalizować zatrudnienia, czy obniżać pensje, gdy w szkole ubywa uczniów.

- Organizacja i sposób finansowania oświaty powoduje, że podwyżki pensji dla nauczycieli związki zawodowe negocjują nie z nami, ale z Ministerstwem Edukacji Narodowej, chociaż wynagrodzenia wypłacają samorządy – mówi Piotr Mróz ze Związku Miast Polskich.

Pensje nauczycieli wzrosły od września 2011 r. o 7 proc., a w 2012 r. zaplanowano ich wzrost o 3,8 proc. Związek Nauczycielstwa Polskiego policzył, że w związku z podwyżkami subwencja oświatowa wzrośnie w 2012 roku o 1,7 mld zł, ale ich koszt będzie o 100 mln zł wyższy. Różnicę samorządy będą musiały dołożyć z własnej kieszeni. Do wydatków trzeba też będzie doliczyć koszty podniesienia składki rentowej. W projekcie budżetu państwa na 2012 rok przewidziano z myślą o wyższej składce rentowej dla nauczycieli 450 mln zł rezerwy budżetowej na ten cel. Samorządy szacują, że koszt związany ze wzrostem tej składki w przypadku pracowników szkół sięgnie 700 mln zł.

W kolejnych latach może być jeszcze trudniej. Rząd obiecał, iż zacznie przyznawać samorządom w najbliższych latach subwencje do przedszkoli (dziś gminy utrzymują je z wpłat rodziców i z własnych środków). To pozornie tylko dobra wiadomość. Związek Miast Polskich obawia się bowiem, że przez trudną sytuacją finansów publicznych rząd nie znajdzie na ten cel dodatkowych środków, lecz przesunie je z obecnej subwencji oświatowej, zmniejszając w ten sposób fundusze dla szkół.

Samorządowcy są podzieleni. Nie wszyscy chcą oceniać finansowanie oświaty wyłącznie w kategorii kosztów i wydatków. Wiele osób widzi w tym wyższe dobro, wyższe cele. Jednak nie sposób będzie utrzymać „przy życiu” wszystkich szkół.

Jedni domagają się likwidacji przynajmniej części szkół policealnych, których jakość kształcenia jest niska. Drudzy argumentują, że państwo powinno przestać dofinansowywać szkoły niepubliczne: społeczne i prywatne (korzystające z budżetowej subwencji oświatowej) skoro pobierają one czesne za naukę.

Pojawia się też radykalny postulat, który w skrócie brzmi tak: skoro to państwo ma finansować utrzymanie publicznych szkół, to niech z powrotem przejmie zarządzanie nimi, albo przynajmniej niech bezpośrednio wypłaca wynagrodzenia pracownikom szkół. Tak jest np. we Francji, gdzie szkoły są prowadzone przez gminy, ale pensje nauczycielom wypłaca państwo.

To jednak mało prawdopodobny scenariusz w Polsce. Dlatego trzeba się pogodzić z faktem, że jeśli chcemy utrzymać bezpłatny system edukacji, to samorządy nie udźwigną rosnących kosztów. Ich dochody spadają bowiem gwałtownie.

> więcej o kondycji i perspektywach finansowych dla samorządów w 2012 r.