Na liście 75 projektów, którym polski rząd przyznał granty na inwestycje, nie ma ani jednej krajowej firmy. O budowie zagranicznych fabryk mówią wszyscy, a o polskich zakładach – cisza. Czas na porządną politykę wobec rodzimych przedsiębiorców.

Wśród przedsiębiorców panuje przekonanie, że ich życie w Polsce jest ciężkie w przeciwieństwie do usłanego różami istnienia zagranicznych firm. Gdy jakiś obcy inwestor zastanawia się nad budową fabryki czy otwarciem centrum usług w Polsce, jest noszony na rękach – przez pracowników Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych i lokalnych włodarzy, którzy zrobią wszystko, by to za ich kadencji firma ogłosiła pozytywną decyzję. Często w sprawę angażuje się minister gospodarki. Gdy decyzja zapadnie, sprawa jest nagłaśniana, prasa się rozpisuje, pojawia się telewizja. Polskie firmy rosną, budują, inwestują i nikt tego nie zauważa.

Polskie strefy

Choć konferencje ogłaszające wielkie inwestycje w specjalnych strefach ekonomicznych (SSE) zwykle mówią o projektach firm zagranicznych, to jednak z tego instrumentu pomocy publicznej – zwolnienia podatkowego – skorzystało dotychczas więcej polskich spółek. Co prawda wśród 15 największych inwestorów strefowych, którzy do końca 2012 r. zainwestowali 21,5 mld zł (czyli 25 proc. wszystkich pieniędzy ulokowanych w SSE) próżno szukać polskich firm. Najwięcej jest kapitału z firm zarejestrowanych w Holandii (29,2 proc.) – a są to tak „holenderskie” spółki, jak m.in. Volkswagen Motor Polska czy Kraft Food Poland Confectionary – oraz Japonii (19,8 proc.).

Mimo to z 85,5 mld zł zainwestowanych w SSE do końca 2012 r. najwięcej kapitału (16,1 mld zł, czyli 18,8 proc.) pochodzi z Polski. A to oznacza, że i odpisów podatkowych najwięcej mogły dokonać rodzime spółki, bo ich wysokość zależy od wartości inwestycji. Z Niemiec, które są na drugiej pozycji, napłynęło 13 mld zł, z USA 10 mld zł. Inwestycje przedsiębiorców z Polski wzrosły w 2012 r. o 2 mld zł. Rodzime firmy wyprzedzają zagraniczne w strefach ekonomicznych już od kilku lat. Najbardziej „patriotyczne” są strefy: starachowicka (52,8 proc. polskich inwestycji) i słupska (52,3 proc.), a najwięcej polskiego kapitału – prawie 3 mld zł – jest w strefie łódzkiej.

Te dane powinny przekonać, że warto zwalniać firmy w strefach z podatku (do końca 2011 r. było to 10 mld zł), bo pomoc publiczna trafiła głównie do polskich przedsiębiorców.

Zastanawiają jednak „polscy” przedsiębiorcy z kostrzyńsko-słubickiej strefy. Są tu Faurecia Gorzów z grupy notowanej na Euronext w Paryżu czy mający wśród akcjonariuszy szwedzkie spółki i notowany w Sztokholmie Arctic Paper. Siedziby obu spółek znajdują się w Polsce, dlatego zostały potraktowane jako polskie, ale oszczędności na inwestycjach w strefach zrobili jednak zagraniczni właściciele. To jednak wyjątkowe sytuacje.

Z drugiej strony, trudno pewnie policzyć, jaką część zagranicznych spółek w strefach stanowią firmy, które może i mają zagranicznego właściciela, ale bazę produkcyjną wyłącznie lub w większości w Polsce. Wówczas większość profitów płynących z pomocy publicznej trafia pośrednio do polskich pracowników. Przykładem takiej spółki jest Steico AG – notowana na giełdzie grupa z siedzibą w Monachium założona przez Udo Schramka. Początkowo spółka zajmowała się wyłącznie importem artykułów z drewna. Pod koniec lat 90. XX w. właściciel kupił od załogi zakład płyt pilśniowych w Czarnkowie. W 2003 r. – po bankructwie założonej w 1951 r. fabryki płyt spilśnionych – kupił także zakład w Czarnej Wodzie. Dziś polskie fabryki to trzon spółki, która poza tym prowadzi jeszcze działalność produkcyjną we Francji. W polskich zakładach zatrudnia jednak łącznie 800 osób, a we francuskim – 80. Teraz planuje w Polsce inwestycje za 60 mln euro. Liczy na wejście do Pomorskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej z projektem produkcji LVL, tworzywa przypominającego sklejkę, za 189 mln zł.

Zagraniczne granty

O ile można uznać, że pomoc publiczna w specjalnych strefach ekonomicznych trafia w większości do polskich pracodawców i pracowników, to granty rządowe, które pojawiły się w Polsce w 2004 r., gdy ruszył system wsparcia dla inwestycji o dużym znaczeniu dla gospodarki, są zastrzeżone dla zagranicznych firm.

Co prawda przepisy nie zabraniają polskiej firmie ubiegać się o dotację, ale nikomu to się dotychczas nie udało. W 2012 r. międzyresortowy zespół ds. inwestycji zagranicznych zgodził się przyznać 1,4 mln zł grantu firmie Impel, która myślała o otwarciu zatrudniającego 360 osób centrum usług wspólnych, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Tymczasem niektórzy zagraniczni inwestorzy otrzymywali taką pomoc więcej niż raz. Bywali tacy, którzy gdy tylko kończyli jeden program, zaczynali nowy. Inni w jednym roku rozpoczynali dwa różne programy. Łącznie od 2004 r. rząd uchwalił około 75 programów, w których przyznał 2 mld zł grantów. Przedsiębiorcy obiecali 14,8 mld zł inwestycji i 46,6 tys. etatów.

 

(infografika Darek Gąszczyk)

(infografika Darek Gąszczyk)

 

Bruksela daje swoim

Polskie firmy na pewno bardziej niż zagraniczne skorzystały na unijnych programach, w których były przytłaczającą większością beneficjentów. To jednak naturalne dla każdego unijnego kraju, a po drugie: także zagraniczni inwestorzy skorzystali na tych dotacjach.

– Do inwestycji w Polsce przekonała nas dostępność wyspecjalizowanych pracowników, m.in. spawaczy, niższe koszty pracy, lecz również położenie geograficzne kraju. W Polsce obserwujemy stały rozwój rynku oraz dynamiczny rozwój stref ekonomicznych. Niebagatelną rolę pełni również wykorzystywanie funduszy europejskich. Te czynniki są dla nas bardzo wartościowe, ponieważ dobrze rokują na przyszłość. Dodatkowo zagraniczni inwestorzy są tutaj mile widziani i mogą liczyć na wsparcie ze strony polskich decydentów. Wierzyłem (i nadal jestem tego samego zdania), że Polska stanie się najlepszym krajem dla belgijskich inwestycji w Europie, dlatego też często zachęcam belgijskich inwestorów do zakładania biznesów w Polsce – mówi Jean-Charles Wibo, dyrektor generalny Vlassenroot, belgijskiej firmy, która zatrudnia w Polsce 500 osób.

W tym rozdaniu Bruksela w ogóle nie zgadza się na dotacje dla dużych firm, więc udział polskich spółek z sektora MSP jeszcze wzrośnie.

To nie procentowy udział wykorzystania zwolnień podatkowych w strefach czy łączna wartość otrzymanych grantów świadczy o tym, czy polski rząd jest propolski czy prozagraniczny. Eksperci wskazują na inny problem.

– O ile zagraniczni inwestorzy są jakoś traktowani, to polscy nie są przez rząd traktowani w żaden sposób. Brakuje polityki wobec polskich firm, które urosły na średnich lub dużych, wręcz globalnych graczy, jak Inglot, Selena czy Fakro. O ile o zagranicznych inwestorach się mówi, o tyle o rodzimych już nie. Nikt nie mówi, że są ważni, tworzą miejsca pracy i budują gospodarkę. Tymczasem Polska nie będzie silna, jeśli polski kapitał nie będzie silny – uważa Małgorzata Bonikowska z centrum analitycznego ThinkTank.

Firmom nie chodzi o granty.

– O wiele korzystniej niż pomoc na klimat inwestycyjny oraz konkurencyjność gospodarki wpływa przejrzystość jej reguł, prosty system podatkowy, elastyczny rynek pracy oraz nowoczesny system edukacji – uważa Stanisław Wasko, wiceprezes producenta opakowań Can-Pack.

– Potrzebny jest bardzo łatwy dostęp do finansowania inwestycji zagranicznych, czyli kredyty, poręczenia, które poza Polską są standardem. Oferta BGK to bardzo wstępny instrument. Dostęp do kapitału nie może się wiązać z obowiązkiem dostarczenia kilkudziesięciu papierków. Poza tym banki niechętnie podejmują ryzyko. Kapitał prywatny jest w Europie zbyt mało rozwinięty. W USA to kapitał prywatny finansuje przedsięwzięcia firm, w Europie są to wciąż banki. Gdy jest ryzyko, ale i szansa na innowacyjny projekt, banki nie dają finansowania – uważa Małgorzata Bonikowska.

Jej zdaniem polskim firmom znacznie trudniej konkurować na świecie, bo mają gorszą od rywali sytuację w swoim kraju.

– Ważne jest też to, jaką atencją otacza się firmy. Kultura anglosaska jest nastawiona na biznes. Od przedszkola człowiek jest mentalnie przygotowywany na samodzielność i uczony, że robienie biznesu jest rzeczą dobrą, a kiedy ktoś zbankrutuje, to nie ma w tym nic złego. U nas panuje kultura publiczno-państwowa, urzędniczo-inteligencko-naukowa, ale nie biznesowa – wytyka Małgorzata Bonikowska.

Polskim firmom trzeba życzyć biznesowej kultury w naszym kraju – wśród polityków, urzędników i obywateli. Bo dziś wszyscy wyżej wymienieni traktują je niesprawiedliwie.

OF