Azja silna, ale niezbyt stabilna

07.10.2011
Inwestorzy z nadzieją spoglądają w stronę pędzącej Azji, jako na ostatnią spokojną przystań. Ta nadzieja może okazać się płonna. Cztery elementy powodują, że wirus kryzysu może dotrzeć wkrótce do Chin, a jeśli tak się stanie to szybko rozniesie się po innych gospodarkach w regionie.
(CC By-NC-ND PlanetObserver)

(CC By-NC-ND PlanetObserver)

(CC By-NC-ND PlanetObserver)

– Zeszłoroczny wzrost światowego PKB to w dużej mierze zasługa krajów azjatyckich. Jeśli będą prowadzić mądrą politykę, światowe zawirowania ich nie dotkną – przekonuje w jednym z sierpniowych numerów chińskiego „Dziennika Ludowego”, ekonomista Mei Xinyu.

Xinyu pracuje dla komunistycznego rządu, a dziennik, w którym publikuje to partyjna gadzinówka, więc możnaby podejrzewać, że powtarza ślepo oficjalną propagandę. Bardzo możliwe, choć statystyka jest po jego stronie. W ubiegłym roku, gdy gospodarki rozwiniętych państw świata wzrosły średnio o 3 proc., chińska zanotowała aż 10-procentowy skok.

Równie dobre samopoczucie, co Xinyu mają nie tylko zadowoleni ze stachanowskiego sukcesu politycy chińscy, lecz także rządy innych krajów azjatyckich. Kraje te radziły sobie równie dobrze, co Chiny. Według szacunków MFW PKB Indii wzrosło w 2010 r. o 10 proc., PKB pięciu głównych państw grupy ASEAN-u (Indonezja, Malezja, Filipiny, Singapur, Tajlandia) – średnio o prawie 7 proc., a nawet PKB dotąd ledwie zipiącej Japonii zanotowało prawie 4-procentowy skok.

Zachęcone takim obrotem spraw banki inwestycyjne HSBC, Citibank, czy Standard Chartered ogłosiły wzrost zaangażowania inwestycyjnego na rynkach azjatyckich. Dodatkową motywacją była antykapitalistyczna atmosfera w USA i Europie, która zrodziła dodatkowe i kosztowne regulacje sektora bankowego.

Czy rzeczywiście jednak w Azji jest tak pewnie? Nie do końca. Istnieją co najmniej 4 powody, które mogą sprawić, że Azja będzie mieć problemy. I to bez brania pod uwagę gospodarki Japonii, która jest tematem do osobnych rozważań.

1. Uzależnienie od eksportu

Główny przyczyna, dla której azjatyckie gospodarki rozwijają się w niezwykłym tempie jest prosta: podział pracy. Azjaci rozumieją tę jedną z najbardziej podstawowych teorii ekonomicznych i w zamian za importowane z Zachodu technologie i usługi oferują tanią siłę roboczą i bardziej podstawowe produkty. Z drugiej strony, ponieważ wciąż duży odsetek obywateli największych państw azjatyckich żyje poniżej granicy ubóstwa (czyli za ok. 90 dolarów rocznie), a większość populacji jest wciąż na dorobku i oszczędza każdy uciułany grosz (na przykład w Wietnamie stopa oszczędności to średnio ok. 25 proc. PKB, a dla porównaniu w USA ok. 5-6 proc.), Azja cierpi na niedostatek popytu wewnętrznego. W wypadku poważnego załamania na rynkach Europy, czy USA, takie państwa, jak Chiny, Indie, czy Wietnam tracą nabywców dla produkowanych u siebie towarów i usług.

Wtedy jedynym wyjściem będzie stymulowanie gospodarki za pomocą gromadzonych od lat rezerw i zwiększenie poziomu zadłużenia. W długim okresie będzie to więc zabójcze. Ten problem podkreślają noblista Paul Krugman, czy harvardzki ekonomista Kenneth Rogoff. Ten ostatni twierdzi już od dawna, że kryzys w Azji to tylko kwestia czasu. Już teraz dane mówiące o spowolnieniu wzrostu PKB (II kwartał 2011 r.) w krajach takich, jak Singapur, czy Tajwan świadczą o tym, że dzieje się coś złego. Niestety, na to, jak uniezależnić się do eksportu, a w biednych krajach uruchomić wewnętrzny popyt nie ma na razie pomysłu.

2. Niestabilne waluty

Kolejnym problemem państw Azji – powiązanym z kwestią eksportu i importu, bo wpływającym na ich dynamikę – są waluty. I tak na przykład bardzo podatna na wahania wartości jest indyjska rupia. Ot, choćby ostatnie pogorszenie nastrojów w strefie euro sprawiło, że inwestorzy znów przychylnie spojrzeli na dolara i przy okazji osłabili wobec niego rupię o ok. 10 proc.! Obecnie jeden dolar kosztuje ok. 48 rupii. Analitycy zwracają uwagę, że indyjska waluta traci wobec amerykańskiej regularnie już od wczesnych lat ’80, gdy za dolara płaciło się niecałe 10 rupii. Spada również jej siła nabywcza, co spowalnia wzrost realnych płac w Indiach. Skala negatywnych skutków jest jednak większa. Jeden z wielu przykładów: rozwijające się i potrzebujące paliw jak wody Indie muszą płacić coraz więcej za ropę, bo sprzedawcy ropy chcą w ten sposób od tego spadku wartości się ubezpieczyć. Podatne na wahania są również waluty pozostałych państw Azji – podatne są na nie tak bardzo, że zwykli ludzie wolą handlować często bitymi nieleganie (przede wszystkim wbrew woli banków centralnych) złotymi i srebrnymi monetami.

To, jak niepewne i wrażliwe na szoki są azjatyckie waluty pokazuje dobrze sytuacja, która miała miejsce w latach 1997-1998. Wtedy w Malezji, Indonezji, czy Korei Południowej wybuchł kryzys mimo ich bardzo dobrej sytuacji gospodarczej. Długo szukano wyjaśnienia tego fenomenu. Według niektórych teorii jedną z przyczyn nagłego kryzysu (obok przegrzania gospodarek) miał być atak spekulacyjny na malezyjską walutą przeprowadzony rzekomo przez m.in. Georga Sorosa. Ale ranga problemów pomniejszych systemów walutowych Azji nijak się ma do problemów, które ze swoją walutą mają Chiny.

3. Chińska bańka

Chiny celowo zaniżają wartość swojej waluty wobec dolara, by stymulować swój eksport. Ma to dramatyczny skutek uboczny: im więcej szef amerykańskiego banku centralnego Ben Bernanke wydrukuje dolarów, tym więcej juanów muszą wydrukować komuniści. W takiej sytuacji trudno uniknąć inflacji (w tym roku biła rekordy, przekraczając nawet 6 proc.), która z portfelami Chińczyków robi dokładnie to samo, co w wypadku portfeli Hindusów. Niestety, ilość pieniądza w obiegu jest siłą rzeczy tak duża, że zaburzona zostaje też akcja kredytowa chińskich banków. Kredyty inwestycyjne rozdawane są przede wszystkim firmom deweloperskim, które budują co popadnie i gdzie popadnie, nie zważając, czy znajdą nabywców na mieszkania i powierzchnie handlowo-biurowe. Szacuje się, że chociaż ceny nieruchomości w Chinach wzrosły od 2006 r. o ok. 60 proc., to paradoksalnie już na 64 mln nowych mieszkań może brakować chętnych!

Wymownym symbolem bańki na chińskim rynku nieruchomości jest największa na świecie galeria handlowa New South China Mall. Wybudowano ją w 2005 r. i prawie 99 proc. jej powierzchni wciąż czeka na zagospodarowanie.

Ogólnie rzecz biorąc wartość chińskich inwestycji to aż 46 proc. tamtejszego PKB. Na ten problem zwraca uwagę m.in. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i zdaje się, że nawet chiński rząd jest świadomy niebezpieczeństwa (inaczej nie zwiększałby wymogów kapitałowych dla banków, by ograniczyć kredytowe rozdawnictwo), ale – co z tego? Bańka pęcznieje, bo póki juan będzie osłabiany, pęcznieć musi. A co stanie się, gdy pęknie? USA i Europa nie tylko usłyszą huk, ale poczują również falę uderzeniową. Dzięki, a w tym wypadku raczej „przez” czyniącą z narodowych gospodarek naczynia połączone globalizację straty poniosą nie tylko ci inwestorzy, którzy weszli na azjatyckie giełdy oraz ci, którzy w Azji zaczęli budować. Cierpieć będą wszyscy. Dlaczego chińskie kłopoty miałyby mieć taką siłę rażenia? Chiny uchodzą za „motor rozwoju” niemal całej Azji i prawie każde azjatyckie państwo jest z ich gospodarką ściśle powiązane.

4. Niepewność polityczna

Ale inflacja, która jest problemem w zasadzie w całej Azji, ma poza przyczynami wewnętrznymi (polityka banków centralnych) również swoją przyczynę zewnętrzną. Mowa o niedoborach na rynku żywność. Zdaniem ekonomistów rynek ten jest bardzo mocno regulowany przez narodowe ustawodawstwa i obłożony mnóstwem podatków celnych a nawet ceł zaporowych, do tego dochodzi system subsydiów w UE i USA. W efekcie nie jest on zdolny do właściwego reagowania na zmiany popytu, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia – tak, jak w ostatnich latach – z nasileniem się klęsk żywiołowych.

Rosnące nominalnie płace Chińczyków, czy Hindusów sprawiają tymczasem, że rośnie również konsumpcja żywności, tak więc również jej ceny. W liczących 1,3 mld mieszkańców Chinach tylko w sierpniu wzrosły o 13 proc. w porównaniu z sierpniem 2010 r. Pokrzywdzeni zostają najbiedniejsi Azjaci, których przestaje być stać nawet na podstawowe produkty żywnościowe. Dla tych ludzi wydatki na żywność to nawet 40 proc. domowego budżetu.

To, że w takich okolicznościach łatwo o protesty, bunty i zamieszki udowadniają napięcia w krajach Afryki, według analityków spowodowane w dużej mierze właśnie rosnącymi cenami żywności. W Indiach dają o sobie już znać grupy neomarksistowskich radykałów wywołując co jakiś czas krwawe zamieszki, przede wszystkim w prowincji Kerala.

Natomiast to, jak wygląda sytuacja w Chinach opisał świetnie francuski publicysta ekonomiczny, politolog i filozof Guy Sorman w swojej książce „Rok Koguta”. Wynika z niej, że Partia Komunistyczna tak naprawdę nie wprowadziła w Państwie Środka wolnego rynku, a gospodarkę opartą na proinwestycyjnym interwencjonizmie i celowo tłumi rozwój wsi, promując nadmierny rozwój miast. Przy tym jednak mieszkańców wsi traktuje jak niewolników, których z pomocą jednego dekretu i siłą jest w stanie przesunąć z jednego miejsca kraju do drugiego, jeśli tylko uzna, że gdzieś którejś z faworyzowanych przez nią firm potrzeba osób do pracy. Standard życia rodzin robotników, które zostają na wsi nie rośnie i właśnie tam można spodziewać się punktu zapalnego ewentualnych zamieszek. Partia zakazała ostatnio nawet reklamy dóbr luksusowych, żeby bogactwo niewielu nie kuło tak bardzo w oczy ludzi najuboższych i niemających nic do stracenia.

Będzie dobrze?

Potencjalnych zagrożeń dla azjatyckich gospodarek jest dużo więcej. Mimo to analitycy Economist Intelligence Unit przewidują, że dynamika wzrostu PKB państw Azji spadnie w najbliższych latach tylko nieznacznie – w 2011 r. z przewidywanych wcześniej 6,8 proc. do 6, 7 proc. i w 2012 r. z 6,9 proc. do 6,5 proc. Zdaniem ekspertów EIU Azja będzie się rozwijać nieprzerwanie co najmniej do 2016 r. Dodają oni jednak w jednej z najnowszych analiz, że „istnieje niebezpieczeństwo, że gospodarki Azji doświadczą czegoś więcej niż tylko łagodnego odstępstwa od obecnego ponadstandardowego wzrostu.”

Azjatyccy politycy zapewniają, że robią wszystko, by kryzysom zapobiegać. Przedstawiciele 67 narodów Azji obradowali w maju tego roku o sposobach prewencji. Z wyników obrad byli – a jakże – zadowoleni! Główny argument zwolenników tezy o trwałym azjatyckim wzroście jest taki: nawet, jeśli będzie spowolnienie, to niewielkie, bo przecież te gospodarki są w stanie taniej zrobić niemal wszystko, czego – w trakcie ewentualnej recesji – nie będą w stanie dokonać gospodarki Zachodu. Będą kołem ratunkowym świata, a problemy z inflacją, czy walutami są zaś czysto techniczne

Wszystkich tych, którzy ośmielają się formułować naprawdę czarne scenariusze wyśmiewa m.in. Jim Rogers, znany amerykański inwestor, który zakładał z Georgem Sorosem słynny Quantum Fund:

– Zabawne, ze ludzie, którzy jeszcze 10 lat temu nie umieli przeliterować nazwy tego kraju, teraz uważają się za ekspertów – mówił w jednym z ostatnich wywiadów.

Weźmy jednak poprawkę na to, że Rogers sam zainwestował mnóstwo pieniędzy na azjatyckich giełdach. Po amerykańskich doświadczeniach 2008 r. na pewno dobrze wie, że przepowiadanie kryzysu może mieć cechy samospełniającej się przepowiedni. Woli nie ryzykować.

(Opr. DG)

(Opr. DG)

(Opr. DG)

(Opr. DG)

(Opr. DG)
pkb-azji
(Opr. DG)
inflacja-azji

Tagi


Artykuły powiązane