Birma musi od zera zbudować gospodarkę

24.06.2012
Faza politycznych zmian w Birmie już nastąpiła. Kraj jest u progu drugiej fazy zmian – gospodarczych. Dla Noblistki Aung San Suu Kyi występującej ostatnio w Tajlandii i w Europie najważniejsze jest narodowe pojednaniu w kraju zamieszkałym przez 130 narodowości. Dla prezydenta Thein Seina, inicjatora obecnych przemian w Birmie - prywatyzacja i współpraca ze światem.
Aung San Suu Kyi przemawia w Westminster Hall (CC BY-NC UK Parliament)

Aung San Suu Kyi przemawia w Westminster Hall (CC BY-NC UK Parliament)

Aung San Suu Kyi przemawia w Westminster Hall (CC BY-NC UK Parliament)

Europa z wielką uwagą śledziła historyczną podróż po pięciu jej krajach (Szwajcaria, Norwegia, Irlandia, Wlk. Brytania i Francja) noblistki Aung San Suu Kyi, która po 24 latach (z których ponad 15 spędziła w areszcie domowym) mogła wreszcie opuścić granice Birmy.

Tuż przed długą podróżą do Europy udała się na kilka dni do Tajlandii, biorąc udział w azjatyckiej sesji Światowego Forum Gospodarczego, a także spotykając z przedstawicielami licznej birmańskiej diaspory. Niemal 2 mln Birmańczyków pracuje najczęściej „na czarno” w Tajlandii, a ponadto – jak się szacuje – 150 tys. osób przebywa tam w dziewięciu obozach dla uchodźców. Tym ostatnim dała nadzieję powrotu do kraju, a do całej diaspory miała jasne przesłanie: wracajcie, jesteście teraz państwu potrzebni.

Demokracja teraz, albo nie wiadomo kiedy

Z licznych publicznych wystąpień noblistki, w tym kilku o wielkim symbolicznym i historycznym wymiarze, wyłonił się zarys jej programu, wizja przyszłości Birmy, zwanej teraz oficjalnie Mjanmą. W wywiadzie udzielonym telewizji BBC przyznała, że „o ile będzie taka wola ludu”, to po następnych, ponoć w pełni demokratycznych już wyborach, planowanych na 2015 rok, gotowa jest objąć władzę. Tym samym znamy zarysy programu opozycji; tej opozycji, przypomnijmy, która w ostatnich wyborach uzupełniających do tamtejszego parlamentu – Hluttaw zdobyła aż 43 z 44 mandatów. To jednocześnie sygnał, kto teraz w Mjanmie sprawuje rząd dusz.

Jak na ikonę demokracji i walki o prawa człowieka przystało, Aung San Suu Kyi skupiła się na kwestiach społecznych i politycznych, nie uciekając od moralnych i systemu wartości. Od sprawa gospodarki też jednak nie uciekała.

Wydaje się, że kluczowy apel wygłosiła w nobliwej Westminster Hall, gdzie – co dotychczas było honorem tylko głów państw – wygłosiła mowę do obu izb brytyjskiego parlamentu. Powiedziała zebranym wyraźnie, że chwila jest osobliwa, bo Birma (ona posługuje się raczej tym terminem) po pięciu dekadach okrutnej dyktatury, właśnie teraz – z pomocą innych – może wejść na ścieżkę demokracji, Jeśli jednak tej pomocy, empatii i zrozumienia zabraknie, to na następną taką okazję – zagroziła – „być może trzeba będzie czekać następne kilka dekad”.

Zarówno w Sali Westminster, jak też podczas – wygłoszonej z 21-letnim opóźnieniem, w obecności norweskiej pary królewskiej – mowie akceptującej przyznanie jej Pokojowej Nagrody Nobla, Aung San Suu Kyi podkreślała, że „Birma jest jeszcze na początku drogi”, że – owszem – po latach beznadziei pojawiła się tam wreszcie nadzieja, ale nic jeszcze do końca nie jest przesądzone.

Ona, dumna Birmanka, o tym nie mówiła, ale i tak powszechnie wiadomo, że kraj jest gospodarczo zacofany i zdewastowany, że brak mu społeczeństwa obywatelskiego, wykształconych i wykwalifikowanych elit, dobrych fachowców, a także środków, kapitałów, kwalifikacji menedżerskich. Ten potencjalnie bogaty i zasobny kraj, to w chwili startu zapoczątkowanych teraz reform jeden wielki skansen (blisko 70 proc. ludności żyje z rolnictwa), nadal z kwalifikacją ONZ, która już w 1987 r. zaliczyła go do grona najsłabiej rozwiniętych państw świata.

Specyfika Mjanmy – i o tym już Aung San Suu Kyi głośno mówiła, a nawet mocno to eksponowała – polega na tym, że to kraj federacyjny, istna językowa wieża Babel (ponad 200 języków) i etniczny tygiel (ponad 130 narodów). Właśnie wtedy, gdy ona krążyła po Europie, na południowo-zachodnich krańcach kraju, na pograniczu z Bangladeszem, wybuchły walki o podłożu etnicznym. Mamy tam do czynienia z „azjatyckiem Darfurem”, jak go nazwałem w tomie „Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański”, czyli blisko milionową rzeszą Rohingya – muzułmanów o bengalskim pochodzeniu, bezpaństwowców, których nikt nie chce – ani Mjanma, ani Bangladesz. Więc oni, desperaci, od czasu do czasu wsiadają na tratwy i płyną przez morza aż ku Tajlandii i Malezji, albo – jak teraz – podnoszą głowę.

A podkreślmy, że to nie jedyny taki przypadek. Napięcia, a nawet walki, o podłożu etnicznym można nawet w tej chwili odnotować w państwach związkowych Kachin i Mon, a niespokojna jest też mniejszość Wa, na północy kraju, na pograniczu z Chinami. W ostatnich tygodniach coś niedobrego pod tym względem dzieje się również w największym państwie związkowym – Shan.

To kontekst, z którego w pełni zrozumiałe stają się, powracające w jej wypowiedziach apele noblistki o „narodowe pojednanie”. I dla niej i tym samym dla nas musi być jasne: Birma ma teraz swoją szansę, swoje window of opportunity, ale nie wykorzysta tej możliwości, jeśli:

po pierwsze – nie dojdzie tam do jakiejś umowy okrągłostołowej o charakterze politycznym i

po drugie, a jeszcze trudniejsze do zrealizowania – nie dojdzie do podobnej umowy z licznymi mniejszościami, posiadającymi własne rachunki krzywd i gorzkie wspomnienia z brutalnego traktowania przez poprzedni reżim.

Tylko spełnienie tych dwóch podstawowych, a jakże trudnych do realizacji, warunków może sprawić, że jeszcze większej mocy nabiorą apele Aung San Suu Kyi wygłoszone w Tajlandii i na Forum Davos: wracajcie, przyjeżdżajcie, pomagajcie, bo chwila jest osobliwa.

Druga faza reform – gospodarcza

Gdy wszyscy z mniejszą lub większa uwagą śledzili słowa Aungh San Suu Kyi, faktyczny inicjator ostatnich, bezprecedensowych zmian prezydent Thein Sein 19 czerwca wygłosił 40-minutowe „Orędzie do narodu”, transmitowane w całości w tamtejszej telewizji. Było to już czwarte jego programowe wystąpienie od chwili objęcia urzędu 30 marca 2011 roku. Ta wypowiedź była jednak zdecydowanie najmocniejsza w tonie i treści.

Prezydent dał do zrozumienia, że pierwsza faza zmian, „rewolucja polityczna”, jest już zakończona (bo przecież przywódczyni opozycji jest parlamentarzystką i jeździ po świecie). Teraz nadchodzi faza druga  – „rewolucji gospodarczej”, której poświęcił całe swe wystąpienie. Tak jak i w przypadku pierwszej tezy, sporo tu optymizmu „na wyrost”, ale – na zasadzie kontrapunktu – warto wiedzieć, co myślą o aktualnej sytuacji w kraju jej władze w Naypyidaw.

Prezydent Thein Sein jest optymistą. Zapowiedział, że do końca 2016 r. PKB kraju „ma wzrosnąć trzykrotnie” (sic!). Nawet uwzględniając niezwykle niski pułap startu, o czym już tu była wyżej mowa, jest to zdanie tytaniczne.

Jak osiągnąć ten niezwykle ambitny cel? Prezydent Republiki Związku Mjanma proponuje przede wszystkim – odejście od monopolu państwa (co w tamtejszych realiach czytaj: armii) i „prywatyzację”. Widać, że ma świadomość, że tym samym pojawia się furtka kolejnego uwłaszczenia (wojskowej) nomenklatury – i sporo uwagi poświęcił temu zagadnieniu.

Drugi najważniejszy cel, obok prywatyzacji, też jest jasny: wyjście na świat i ścisła z nim współpraca. Thein Sein zapowiedział, że już wkrótce pod obrady Hluttaw trafi zestaw nowych ustaw gospodarczych, w tym tak kluczowe, jak te dotyczące inwestowania oraz tworzenia nowych stref gospodarczych.

W ocenie prezydenta, podstawowe znaczenie we współpracy ze światem zewnętrznym będą miały takie dziedziny, jak oświata, energetyka, leśnictwo, opieka zdrowotna, finanse i telekomunikacja (kolejność – w ślad za jego wystąpieniem). To w tych właśnie sferach borykająca się z zacofaniem Mjanma liczy – jak powiedział – na „międzynarodowe granty, pomoc, pożyczki i techniczną ekspertyzę”. Dużo uwagi poświęcił też systemowi bankowemu, który – dodajmy od siebie – trzeba tam zbudować praktycznie od zera (właśnie wybiera się tam w tym celu specjalna delegacja Banku Światowego).

Jeszcze inne dziedziny, wymienione jako kluczowe, choć już nie w kontekście bezpośredniej współpracy z zagranicą, to plany rozwoju rolnictwa, projekty rozbudowy zasobów ludzkich oraz inwestycje uzależnione od specyfiki regionalnej.

Komu się uda?

Na echa wystąpienia prezydenta nie trzeba było długo czekać. Brytyjski premier Dawid Cameron, który w kwietniu był w  Birmie, podczas wspólnej konferencji prasowej z Aung San Suu Kyi w Londynie ogłosił, że – jako pierwszy przywódca Zachodu – zaprosił prezydenta Thein Seina do złożenia oficjalnej wizyty państwowej w Wielkiej Brytanii. Co znamienne, przyznał, że konsultował tę decyzję z noblistką, a ona – jak stwierdził – „nie miała nic przeciwko temu”. Nie trzeba być prorokiem, że przy dalszym rozwoju spraw w Mjanmie w tym kierunku jak obecnie, takich zaproszeń może być więcej (w maju w USA był birmański minister spraw zagranicznych).

Będzie więc więcej współpracy, nade wszystko gospodarczej, z Zachodem, a nie tylko z Azją, czy dominującymi dotąd na tym rynku Chinami. Symbolikę zmian podnosi fakt, iż Coca Cola, nieobecna w Birmie jako w jednym z nielicznych państw świata, właśnie ogłosiła, iż tam zamierza zainwestować.. Takich komunikatów należy wkrótce spodziewać się znacznie więcej.

W tym kontekście, otwierania się „birmańskiego Eldorado”, warto mieć na uwadze jeszcze dwa apele wygłoszone przez Aung San Suu Kyi, począwszy od Forum Davos. Po pierwsze, by ci wszyscy, mile teraz widziani, inwestorzy z zewnątrz kierowali się nie tylko własnym interesem i żądzą zysku, ale też mieli na względzie interesy zacofanej Birmy. I po drugie, by państwo to niechcący nie stało się poletkiem doświadczalnym, a być może nawet polem walki dwóch największych gospodarek świata – USA i Chin.

Nieliczni krytycy Aung San Suu Kyi, bo są i tacy, zarzucają jej najczęściej „idealizm”. Czy dwa powyższe apele należą właśnie do tej kategorii? O tym już wkrótce się przekonamy. Jedno jest niezmiernie ważne: kraj dotychczas zamknięty, odizolowany, zacofany, postanowił otworzyć swe wrota, zaprasza inwestorów z zewnątrz, chce reform i zmian. Chcą tego zarówno tamtejsze władze, jak i opozycja. A przecież chodzi o drugie, po Indonezji, największe państwo Azji Południowo-Wschodniej.

Czyżbyśmy mieli do czynienia z kolejnym „azjatyckim tygrysem”, jak już wieszczą niektórzy zapaleńcy? Przypomnijmy, na zakończenie, mądrą przestrogę Aung San Suu Kyi: „Birma jest jeszcze na samym początku drogi, nie do końca znanej i narysowanej”.

Bogdan Góralczyk


Tagi


Artykuły powiązane