• Prof. Kazimierz Łaski

Trzeba uelastycznić kryteria z Maastricht

07.12.2009
Owszem - dane pokazują,  że UE wychodzi już z recesji, a z prognoz wynika, że czeka nas wzrost gospodarczy. Ale w wielu dziedzinach nadal mamy niedobre sygnały gospodarcze. Przede wszystkim wciąż wzrasta bezrobocie w Stanach Zjednoczonych i to niepokojące zjawisko każe ostrożnie podchodzić do wszelkich wiadomości o końcu kryzysu - mówi prof. Kazimierz Łaski w naszej debacie: Czy to już koniec kryzysu?

Prof. Kazimierz Łaski


Z przeprowadzeniem tak zwanej exit strategy, czyli planowej rezygnacji z antykryzysowych działań rządów i banków centralnych, nie można się spieszyć. Zbyt wczesne rezygnowanie z pchnięcia fiskalnego, jakie miało miejsce w trakcie kryzysu i dla przeciwdziałania jego skutkom, byłoby absolutnym nieporozumieniem. Warunek konieczny to zahamowanie wzrostu bezrobocia i spadku liczby miejsc pracy. Dopóki gospodarka traci miejsca pracy to jedno z dwojga – albo dochód narodowy spada i w takim razie to na pewno nie jest właściwy moment, by obwieszczać koniec kryzysu i rezygnować z kroków mających ożywić gospodarkę, albo też gospodarka idzie wprawdzie do góry, ale powoli, a wydajność pracy rośnie szybciej niż dochód narodowy i wówczas nadal brak fundamentów trwałego wzrostu.

Wzrost bezrobocia oznacza, że całkowity popyt w gospodarce jest ciągle jeszcze niewystarczający. A należy pamiętać, że exit strategy – niezależnie od tego, jakie konkretnie zaplanujemy kroki – oznacza, że dodatkowo zmniejszamy bodźce popytowe. Aby owa strategia wyjścia nie doprowadziła zatem do ponownego kryzysu, trzeba mieć pewność, że zmniejszanie popytu przez działania podjęte po stronie polityki fiskalnej jest kompensowane w całości albo – jeszcze lepiej – z nadwyżką, przez inne elementy. Przede wszystkim oczywiście przez inwestycje prywatne, bo to jest podstawowy lek na chorobę stagnacji i bezrobocia. Na razie brak wyraźnych sygnałów, które mogłyby świadczyć o tym, że inwestycje prywatne rosną.

Nie jestem przekonany, że przedsiębiorcy faktycznie już myślą w kategoriach wzrostu i inwestycji. W każdym razie nawet gdy zaczną już tak myśleć, to i tak zawsze musi minąć pewien czas pomiędzy zmianą nastawienia przedsiębiorców, między przyjęciem przez nich bardziej optymistycznych założeń co do dalszego przebiegu wypadków, a podjęciem decyzji o inwestowaniu i faktycznym przystąpieniem do inwestycji.

Z dwojga złego z całą pewnością lepiej, żeby doszło do wprowadzania exit strategy zbyt późno niż zbyt wcześnie. Zgodnie z zasadą  „to be on the safe side” – zawsze lepiej błądzić po bezpiecznej stronie. Nadmierne zwlekanie z rezygnacją z nadzwyczajnych działań antykryzysowych tak naprawdę oznacza tylko tyle, że trochę większy będzie deficyt budżetowy. Tymczasem zbyt wczesne rozpoczęcie dyscyplinowania finansów publicznych może mieć znacznie gorsze konsekwencje.

Warto tu pamiętać o doświadczeniach Wielkiego Kryzysu lat 30. Pokazały one, że wcale niekoniecznie musi być tak, że po spadkach potem automatycznie trwa już tylko poprawa. Wtedy, w latach 1929-1933, były nawroty. Było trochę lepiej, potem znowu gorzej i znowu lepiej… Aż nadszedł rok 1937, kiedy to przekonano ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina D. Roosvelta, że już najwyższy czas, by zrezygnować z niskich stóp procentowych i innych środków. I w ten sposób wepchnięto gospodarkę z powrotem w głęboki kryzys, który praktycznie zakończyła dopiero II wojna światowa i związany ze zbrojeniami rozwój zamówień przemysłowych. Tego błędu Roosvelta nie wolno nam teraz powtórzyć.

Warto dodać,  że exit strategy nie powinna oznaczać dążenia do jakichś wymyślonych celów. A takie właśnie, kompletnie wymyślone i niepoważne są, niestety, w zakresie stosunku długu publicznego do PKB kryteria z Maastricht. Oczywiście – ja się tu wypowiadam jako wolny strzelec, a rząd ma zobowiązania, które przyjęła na siebie Polska, wchodząc do Unii. Tym niemniej uważam, że rządy państw unijnych powinny teraz, mając doświadczenia kryzysowego czasu, poważnie zastanowić się nad tym brakiem elastyczności kryteriów z Maastricht. Romano Prodi, jeszcze jako przewodniczący Komisji Europejskiej, ale przecież także jako profesor ekonomii, powiedział, że jest „stupido” domagać się, by deficyt finansów publicznych nigdy, w żadnych warunkach, nie mógł przekroczyć 3 proc. PKB, a dług publiczny winien utrzymać się poniżej 60 proc. PKB. Bo przecież te 3 proc. i te 60 proc. nie ma żadnego teoretycznego uzasadnienia! Nie można się godzić z czymś, co jest głupie, tylko dlatego, że jest zapisane! Kryteria powinny zostać zmienione na takie, które mają uzasadnienie ekonomiczne. Ja proponuję takie kryterium: każdy kraj jest zobowiązany utrzymać stosunek długu do produktu krajowego brutto i nie pogarszać go, jeżeli jest w stanie bez trudności dokonywać refinansowania i lokowania nowych skryptów dłużnych na rynku wewnętrznym, bez uciekania się do rynku zagranicznego.

Dla tego utrzymania stosunku długu do PKB jest pewne uzasadnienie teoretyczne. Bo przecież  deficyt budżetowy to jest różnica pomiędzy inwestycjami państwowymi a oszczędnościami państwowymi. Tak to się definiuje w książkach. Jako państwo więcej inwestujemy niż oszczędzamy, ale przecież te inwestycje, które dziś podejmujemy, to są inwestycje dla nas, ale i dla naszych dzieci. Z drugiej strony my korzystamy z inwestycji, które zrobili nasi rodzice. Więc przekazanie następnemu pokoleniu tego istniejącego stosunku długu do dochodu narodowego jest utrzymaniem pewnego międzypokoleniowego kompromisu.

Prof. Kazimierz Łaski k.laski@aon.at (ur.1921 r.) – Ekonomista, po marcu 1968 r. wyrzucony z warszawskiej SGPiS (obecnie SGH), gdzie był profesorem. Od 1968 r. na emigracji w Austrii, najpierw jako profesor  uniwersytetu w Linzu, a następnie Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Studiów Porównawczych, którego był dyrektorem naukowym w latach 90. Jest zaliczany do grona najwybitniejszych austriackich publicystów. Uczeń i propagator najwybitniejszego polskiego ekonomisty Michała Kaleckiego. Autor wielu publikacji naukowych, ostatnio w Polsce ukazała się jego książka „Mity i rzeczywistość w polityce gospodarczej i w nauczaniu ekonomii”.


Tagi


Artykuły powiązane