Francja broni się przed reformą rynku pracy

27.05.2016
3,5 mln bezrobotnych, nieelastyczny rynek pracy oraz rachityczny wzrost gospodarczy to bolączki Francji od kilku lat. Nadzieją lewicowego prezydenta François Hollande’a oraz prawicowej części lewicy jest nowy kodeks pracy. Na jego zmianę nie było jednak zgody w parlamencie.
Infografika OF/BR

Infografika OF/BR

Infografika OF/BR

W rządzonej przez lewicę Francji już po raz kolejny kluczowe dla gospodarki reformy muszą być wprowadzane z pominięciem parlamentu i przy głośnym sprzeciwie ulicy. Podzielona lewica debatuje na temat wartości. Tymczasem demonstracje we wszystkich większych miastach, strajki, niedobór paliwa na stacjach benzynowych, aresztowania i gaz łzawiący na ulicach to rzeczywistość, do której Francuzi już niemal przywykli.

Kodeks ma zrewolucjonizować i uelastycznić rynek pracy i pobudzić wzrost gospodarczy. Lewicowemu rządowi Manuela Vallsa zabrakło jednak około 40 głosów w parlamencie, aby wprowadzić zmiany na rynku pracy w tradycyjnym głosowaniu. W rządzącej Partii Socjalistycznej nie ma jedności. Lewica kłóci się z lewicą, oskarżając rząd o prawicowe reformy i zdradę ideałów.

Kluczowe reformy znów z pominięciem parlamentu

Znienawidzona przez młodzież, socjalistów, komunistów i wszystkie związki zawodowe we Francji minister Myriam el Khomri chce uelastycznienia rynku pracy. Do nowego projektu kodeksu deputowani zaproponowali jednak już ponad 5 tysięcy poprawek. Przypomina to batalię o liberalizujące kilka dziedzin gospodarki i sądownictwa prawo Emmanuela Macrona, młodego francuskiego ministra gospodarki, które zostało przeforsowane w zeszłym roku przez rząd z pomocą artykułu 49-3 konstytucji, który pozwala rządowi na stanowienie prawa z pominięciem głosowania w parlamencie „w sytuacji wyższej konieczności”.

Zarówno minister el Khomri, jak i premier Valls zapowiedzieli, że nie cofną się przed użyciem tego zapisu przy forsowaniu reformy rynku pracy. Tak też zrobili, przy miażdżącej dezaprobacie pozostałych członków swojej własnej partii socjalistycznej. Opozycja oraz związki zawodowe oskarżają rząd o brak legitymizacji społeczeństwa przy wprowadzaniu tak znaczących zmian.

Jakich liberalizujących zmian nie chcą tzw. socjaliści–frondowcy z Martine Aubry, deputowaną i byłą minister finansów, która uważa nowy kodeks pracy za „ekstremalnie niebezpieczny”? Nie chcą jej także związkowcy i cześć francuskiego społeczeństwa. Przede wszystkim możliwości zwolnień z pracy z przyczyn ekonomicznych. Obecnie francuskie firmy nie mogą zwalniać ludzi nawet w sytuacji poważnych problemów finansowych czy braku zamówień. Prawo pracy zabrania redukcji zatrudnienia zarówno małym firmom, jak i dużym globalnym korporacjom.

Pracodawcy problemy personalne zobowiązani są rozwiązywać nie w ramach firmy, ale w drodze negocjacji z administracją na szczeblu centralnym oraz ze związkami zawodowymi i trybunałem sędziów polubownych w sądzie pracy. Pracodawca nie ma również pewności, jak długo zobowiązany będzie do wypłaty odszkodowań i jak wysokie one będą. Te decyzje podejmowane są poza firmą.

Stąd niechęć pracodawców do zatrudniania pracowników na umowy bezterminowe, tzw. CDI 80 proc. zawieranych obecnie umów o pracę to kontrakty terminowe, tzw. CDD. W przypadku prostych prac podpisywane one są nawet na krócej niż miesiąc. Kodeks pracy daje ogromnie przywileje funkcjonariuszom państwowym oraz pracownikom ze stałymi umowami. Są oni praktycznie niezwalnialni nawet w przypadku rażących zaniedbań obowiązków służbowych.

Nocne protesty „na stojąco”

78 rannych policjantów, w tym kilku z poważnymi urazami głowy, ponad 270 interwencji sił porządkowych, zdemolowane banki i sklepy, aresztowania i akcje CRS, sił specjalnych przeznaczonych do rozpędzania zamieszek to bilans dwóch miesięcy tzw. Nuit débout (nocy na stojąco). To  anarchistyczno-lewicowe demonstracje studentów i licealistów, trwające nieprzerwanie od 31 marca.

Lewicowy rząd Manuel Vallsa popierany przez lewicowego prezydenta François Hollande’a (przy posiadanej większości parlamentarnej z dominującą Partą Socjalistyczną) zmaga się ponadto z organizowanymi co kilka tygodni przez związki zawodowe strajkami generalnymi w najważniejszych instytucjach publicznych. Kolejna wielka mobilizacja związkowców już pod koniec maja i na początku czerwca. Jednak już teraz na francuskich stacjach benzynowych brakuje paliwa.

Apel ministra gospodarki Emmanuela Macrona do blokujących francuskie rafinerie pozostaje na razie bez odzewu. Tymczasem w sześciu z ośmiu francuskich rafineriach strajki inicjowane przez związki zawodowe spowodowały blokadę dostaw paliw na stacje benzynowe oraz dla przemysłu, głównie w północno-zachodniej i południowo-wschodniej Francji.

Strajk został również przegłosowany w terminalu naftowym w Le Havre w Seine-Maritime (departament Nadmorska Sekwana w Normandii), do którego trafia 40 proc. importowanej do Francji ropy. W portach dokerzy blokują magazyny ropy naftowej, przede wszystkim w Donges, niedaleko Nantes (Loire-Atlantique) oraz w Fos-sur-Mer (Bouches -du-Rhône).

Według sekretarza stanu ds. transportu, Alaina Vidala około 20 proc. stacji, z 12 tys. ogółem, jest już zamkniętych. I choć blokady są skoncentrowane głównie w północnej i zachodniej Francji, nowe regiony dołączają do protestów. Fabien Privé, lokalny sekretarz generalny związku zawodowego CGT, jednego z najbardziej radykalnych we Francji, zapowiedział, że z platformy wiertniczej firmy Total nie wypłynie żadna kropla ropy, dopóki rząd nie wycofa się z reformy kodeksu pracy.

Koniec solidarności społecznej

Manifestacje studentów i licealistów porównywane do ruchów roku 68. trwają w Paryżu i kilkudziesięciu innych miastach Francji od 31 marca. Do najpoważniejszych konfliktów z policją dochodzi w Paryżu, Tuluzie, Nantes oraz w Strasburgu. Ruch nazwany Nuit débout, który można przetłumaczyć, jako „stojące noce”, nie jest jednak tylko buntem przeciw autorytetom, jak to miało było w roku 1968. Demonstranci wyrażający swoją wściekłość z powodu braku pracy i perspektyw życiowych, rzucają w policjantów płytami chodnikowymi.

Politycy lewicy przy jakichkolwiek próbach nawiązania dialogu z demonstrantami, zmuszani są do ucieczki niewybrednymi obelgami i rękoczynami. Młodzi nie przebierają w słowach. Ostatnio związany z francuskim majem 68’ Alain Finkielkraut, znany we Francji żydowski filozof o polskich korzeniach niekryjący lewicowych poglądów, został poturbowany i wyrzucony z paryskiego placu Republiki. Próbował tam rozmawiać z demonstrantami. Przywitano go określeniami „faszysta” i „zdrajca, a były to te delikatniejsze epitety.

Zszokowany Finkielkraut nie potrafił zrozumieć, czemu symboliczny plac Republiki, tradycyjne miejsce lewicowych demonstracji (te konserwatywne, o ile w ogóle się we Francji zdarzają, to maszerują aleją Champs-Élysées), pluralizmu i wolnej wymiany idei stał się miejscem, gdzie rządzi przemoc i agresja.

Jeszcze niedawno plac Republiki był miejscem solidarności i sprzeciwu wobec barbarzyństwa terroryzmu. Ponad milion protestujących zebrało się tu po atakach w klubie Bataclan i na stadionie Stade de France, a prawie rok wcześniej kilkadziesiąt tysięcy paryżan demonstrowało swoją jedność po atakach na redakcję satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo”. Cóż się zmieniło od tego czasu?

Miasteczka namiotowe ruchu Nuit débout organizowane są w trakcie trwania stanu wyjątkowego i obowiązującym zakazie zgromadzeń. Stan wyjątkowy wprowadzony został po atakach terrorystycznych 13 listopada 2015 r. w Paryżu, gdzie zginęło 130 osób. Demonstranci Nuit débout codziennie występują o oficjalne pozwolenie na organizowanie demonstracji i codziennie je otrzymują od merostwa.

– Młodzież jest święta, ma prawo do wyrażania swoich opinii i do buntu – kwitują sytuację francuscy politycy.

W podobnie niezręcznej sytuacji jest minister spraw wewnętrznych Bernard Cazeneuve, który uczula służby, aby żadnemu z demonstrantów nie spadł włos z głowy podczas utarczek z policją. Mógłby to być gwóźdź do trumny dla rządu i prezydenta, który wciąż liczy na reelekcję w wyborach prezydenckich 2017 roku, mimo, że sondaże wydają się przeczyć tym nadziejom.

Prezydent Hollande wierzy jednak nie tylko w horoskopy, w oparciu o które organizował swoją kampanię wyborczą, ale także w swojego premiera oraz artykuł 49-3 konstytucji V Republiki. – Nastroje muszą się poprawić w 2017 roku; bezrobocie musi spaść, a Francuzi muszą odczuć poprawę sytuacji gospodarczej. Inaczej wszystko będzie stracone – tak według prestiżowego lewicowego tygodnika „Le Nouveau Marianne” François Hollande ocenia swoje szanse w kolejnych wyborach prezydenckich.

Nuit débout i strajki ciągle jednak trwają. Jak na razie nie udało się załagodzić buntu młodzieży pospieszną obietnicą zalegalizowania marihuany. A silne francuskie związki zawodowe ani myślą zaakceptować nowy kodeks pracy autorstwa Myriam el Khomri. W Internecie petycja przeciw projektowi zebrała już ponad 1 mln podpisów.

>>warto przeczytać: Francja odrobiła lekcję z konkurencyjności

Autorka jest dziennikarzem ekonomicznym. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego oraz studiów podyplomowych w SGH, stypendystka DAAD na Uniwersytecie we Frankfurcie n. Menem. Mieszka we Francji.

 


Tagi


Artykuły powiązane