Autor: Aleksander Piński

Autor recenzji książek i przeglądów najnowszych badań ekonomicznych.

Merytokracja to przekręt

Merytokracja szkodzi. Miała otworzyć drogi awansu społecznego dla niezamożnych, a doprowadziła do tego, że bogaci znaleźli usprawiedliwienie dla  chciwości i egoizmu – wynika z książki prof. Daniela Markovitsa „The Meritocracy Trap”.

Merytokracja to przekręt

„Stworzyliśmy najbardziej efektywną merytokrację w historii… Ale problem z merytokracją jest taki, że wysysa ona całkowitą empatię ze społeczeństwa… W chwili kiedy pomyślisz, że to, iż dobrze ci się powodzi, wynika z twoich cnót, zaczynasz osądzać innych, wykazujesz się brakiem empatii, arogancją, głupotą – tymi wszystkimi cechami, które charakteryzują naszą klasę rządzącą” – zauważył Tucker Carlson, komentator polityczny z konserwatywnej amerykańskiej telewizji Fox News.

„Merytokracja to nic innego jak przekręt” – twierdzi profesor Markovits w publikacji (jej polski tytuł to „Pułapka merytokracji”). W jego opinii jest to mechanizm przenoszenia otrzymanych od rodziców korzyści na kolejne pokolenia. A dobrą metodą jest elitarna edukacja. Członkowie elit wydają fortunę, kupując edukacyjne fory dla swoich dzieci. Zapisują je do najlepszych prywatnych placówek albo przenoszą się do rejonów, gdzie są najlepsze szkoły publiczne, równolegle zapewniając im bogatą dietę zajęć pozalekcyjnych.

W tym samym czasie dzieci biedniejszych rodziców są na dole drabiny osiągnięć. Przytrzymują je tam kiepskie szkoły i generalnie brak możliwości rozwoju. Tak więc merytokracja w wersji, jaka obowiązuje w większości państw rozwiniętych, oznacza nagradzanie za miejsce na mecie, choć punkty startowe dla każdego były inne.

Dzieci biedniejszych rodziców są na dole drabiny osiągnięć. Przytrzymują je tam kiepskie szkoły.

Przez punkt startowy należy rozumieć dostęp do zasobów, pieniędzy na zapłacenie za korepetytorów czy zajęcia pozalekcyjne, ale także obecność wykształconych rodziców, którzy mają czas i chęć, by pracować nad rozwojem dziecka. „Merytokracja blokuje klasę średnią. Gdy przegrywa ona konkurencję o dochody i status, jest obwiniana za wynik, chociaż jest to konkurencja, którą tylko bogaci mogą wygrać” – zauważa autor.

Bez miejsca na innych

38 elitarnych amerykańskich uniwersytetów przyjmuje więcej studentów z 1 proc. najbogatszych rodzin niż z 60 proc. tych, których dochody są najniższe. Średni dochód rodziców studenta Uniwersytetu Harvarda to 450 tys. dolarów rocznie, czyli ok. 1,7 mln zł. Dlaczego zarobki rodziców są takie ważne? Autor podaje przykład Veritas Tutors firmy zajmującej się świadczeniem usług w zakresie udzielania korepetycji z przedmiotów akademickich. Średnia cena za godzinę prywatnych lekcji to 600 dolarów, czyli ok. 2300 zł. Przeciętne wydatki studenta w tej firmie na korepetycje to 5–15 tys. dolarów.

Idzie bicz na bogatych

W obecnych czasach słowo „merytokracja” ma pozytywne konotacje. Tymczasem wymyślił je brytyjski socjolog Michael Young w 1958 r., by ostrzec przed niebezpieczeństwami systemu społecznego opartego na takich właśnie zasadach. W tymże 1958 r. ukazała się książka Younga zatytułowana „The Rise of the Meritocracy” („Powstanie merytokracji”). Opisuje ona dystopijne społeczeństwo przyszłej Wielkiej Brytanii, w którym inteligencja i osiągnięcia stały się podstawą dzielenia ludzi i tworzenia klas.

W 2001 r. Young skomentował sytuację w ówczesnej Wielkiej Brytanii: „To dobrze, gdy pracę otrzymuje się na podstawie zasług. Ale źle, gdy ci »zasłużeni« zaczynają tworzyć własną klasę, bez miejsca w niej na inne osoby”. W swojej książce Young oponował przeciwko merytokracji, argumentując, że spowoduje ona gigantyczne nierówności dochodowe i majątkowe, których skutkiem będzie rewolucja i przemoc.

Moralne uzasadnienie

I tu dochodzimy do sedna merytokracji. Po co bogatym dyplomy elitarnych uczelni, praca w renomowanych instytucjach? Dlaczego nie postępują tak jak arystokracja jeszcze 150 lat temu, której członkowie szczycili się tym, że nie musieli ciężko pracować? Dlaczego po prostu nie dadzą swoim dzieciom pieniędzy?

Otóż według autora jednym z głównych powodów jest to, że zapewniając potomkom elitarne wykształcenie, dają im moralne uzasadnienie dla bogactwa, które posiadają. Nie muszą się nim dzielić, bo im się należy. A należy się im, bo są po prostu wybitni, utalentowani i pracowici (w domyśle: cała reszta ludzi taka nie jest i dlatego nie jest zamożna).

Bogaci zapewniając potomkom elitarne wykształcenie dają im moralne uzasadnienie dla bogactwa, które posiadają.

Tu nasuwa się scena z popularnej kreskówki „Madagaskar 2”. Jej bohater, słynny lemur Król Julian oznajmia osobie, która znalazła się tam, gdzie nie powinna: „Czy mógłbyś stąd wyjść, bo to jest biznesklasa? Naprawdę, to nic osobistego, po prostu jesteśmy od ciebie lepsi”.

To wynikające z merytokracji moralne uzasadnienie dla dużych nierówności majątkowych i dochodowych ma też w zarodku zdusić wszelkie pomysły na zmianę tego stanu rzeczy. Skoro bogaci są „utalentowani i pracowici” oraz zasłużyli na majątek, to jakim prawem można żądać od nich, by się tymi pieniędzmi podzielili?

Co ciekawe, stworzonemu przez współczesnych najbogatszych kultowi elitarnej edukacji towarzyszy kult ciężkiej pracy, a przynajmniej pracy, która sprawia wrażenie ciężkiej, bo w przypadku białych kołnierzyków trudno zmierzyć produktywność i zwykle posługuje się liczbą godzin spędzonych w biurze. Jeszcze w latach 40. w USA typowy pracownik z grupy 60 proc., którzy zarabiali najmniej, pracował tygodniowo o 4 godziny więcej niż typowy przedstawiciel 1 proc. najlepiej zarabiających. W 2010 r. to ci mniej zarabiający pracowali o 12 godzin mniej niż najlepiej uposażeni.

Pandemia pogłębia nierówności w USA

Taksówką na korepetycje

Publikacja profesora Markowitza dotyka ważnego problemu, dającego się zauważyć także w Polsce. Ostatnio rozmawiałem z kolegą, który pracuje w jednym z renomowanych warszawskich publicznych liceów. Opowiadał mi, jak to taksówkami przyjeżdżają do niego na korepetycje uczniowie prywatnej szkoły z Konstancina-Jeziorny (podwarszawskiej miejscowości, w której mieszka wiele znanych i zamożnych osób) z miesięcznym czesnym wynoszącym ok. 5 tys. zł za osobę.

Autor książki uważa, że rozwiązaniem problemu będzie po prostu zmniejszanie nierówności dochodowych i majątkowych. Im mniejsze będą te różnice, tym bardziej sprawiedliwy wynik merytokratycznej konkurencji.

Jest mało prawdopodobne byśmy osiągnęli idealną równość, tak więc warunki na starcie nigdy nie będą takie same. Nie warto zatem fetyszyzować merytokratycznej konkurencji, tym bardziej że wiele wskazuje na to, iż elitarna edukacja coraz częściej staje się sztuką dla sztuki, tzn. głównym celem nie jest zdobycie wiedzy, ale świadectwa ukończenia elitarnej szkoły.

Trochę brakuje mi rozwinięcia tego wątku w „The Meritocracy Trap”. Dlatego warto uzupełnić lekturę książki o „The Case Against Education: Why the Education System Is a Waste of Time and Money” Bryana Caplana (pozycja wydana w Polsce pod tytułem „Edukacja pod lupą”). Mimo to „The Meritocracy Trap” broni się ciekawą tezą, uzasadnioną interesującymi argumentami, dotyczącą bardzo ważnego tematu. Zdecydowanie polecam!

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane

Długofalowe skutki zamykania szkół

Kategoria: VoxEU
Badanie sugeruje, że zamykanie szkół i placówek świadczących opiekę nad dziećmi ma w dłuższym okresie znaczący negatywny wpływ na poziom kapitału ludzkiego i dobrobytu dotkniętych tym dzieci, a w szczególności dzieci z gospodarstw domowych o niższym statusie społeczno-ekonomicznym.
Długofalowe skutki zamykania szkół

Pandemia pogłębiła nierówności w wielu wymiarach

Kategoria: Analizy
Pandemia COVID-19 pogłębiła istniejące nierówności między grupami dochodowymi, sektorami gospodarki, regionami czy płciami – taki wniosek płynie z badań Stefanie Stantchevej, ekonomistki z Uniwersytetu Harvarda.
Pandemia pogłębiła nierówności w wielu wymiarach

Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach

Kategoria: Wskaźniki ekonomiczne
Zbyt mało jeszcze wiemy o prawdziwej skali nierówności dochodowych i majątkowych w Polsce. Zbyt mało polskich uczonych się tym interesuje i bada - przekonuje dr hab. Michał Brzeziński, ekonomista z Uniwersytetu Warszawskiego.
Zbyt mało wiemy o polskich nierównościach