Wojenki raczej, niż wojny walutowe

07.02.2013
Światowe wojny walutowe już się toczą, uważają jedni ekonomiści. Inni przeciwnie - że nic wielkiego się nie dzieje, ot zwykła manipulacja kursami. Jakkolwiek by było - polska gospodarka nie powinna na tym mocno ucierpieć. Jeżeli uznać, że kursy walut są w świecie w ostatnich miesiącach faktycznie manipulowane, to Polska na tym nie traci.
(infografika DG/CC BY-SA by BenjaminThompson)

(infografika DG/CC BY-SA by BenjaminThompson)

(infografika DG/CC BY-SA by BenjaminThompson)

FED drukuje na potęgę i dolar słabnie, Japonia zapowiedziała wielkie ilościowe luzowanie, by obniżyć wartość jena, kraje wschodzące – ostatnio Korea – nakładają ograniczenia transferu kapitału. W ostatni wtorek za „stabilizowaniem” euro, czytaj: psuciem jego kursu opowiedział się prezydent Francji Francois Hollande, skrytykowany zresztą szybko przez partnerów w Unii Europejskiej. Czy to już wojna?

Marc Chandler, z banku inwestycyjnego Brown Brothers Harriman, pisze w Obserwatorze finansowym: „Rzeczywista wojna walutowa jest mało prawdopodobna. Ostatnie konflikty miały głównie charakter retoryczny i nie wydaje się, żeby istotnie różniły się od tego, co działo się wcześniej w epoce zmiennych kursów walutowych”.

Natomiast Mohamed El Erian z giganta asset management PIMCO ostrzega: „W nauce można znaleźć mnóstwo dowodów na to, że postawy typu „zubożyć swojego sąsiada” prowadzą koniec końców do efektów szkodliwych dla wszystkich zainteresowanych. Istnieje ryzyko, że zjawisko to doprowadzi do powszechnych zaburzeń, gdyż coraz trudniejsze wyzwania wewnętrzne w poszczególnych państwach podsycają napięcia regionalne”.

A lewicowiec Matthew O’Brien w The Atlantic pisze z kolei, że wojny walutowe są dobre, bo prowadzą do druku pieniądza, a – jego zdaniem – pieniądza na świecie brakuje.

Za a nawet przeciw

Oczywiście punkt siedzenia (oraz strategia i pozycja inwestycyjna firmy) może określać punkt widzenia. Spróbujmy zatem najpierw uporządkować pole walutowej bitwy, a potem zastanowić się, jakie może ona mieć znaczenie dla Polski.

Faktem jest, że wojny walutowe mogą, jak każdy konflikt, eskalować i w tym przypadku prowadzić do protekcjonizmu, najpierw dotyczącego transferu kapitału, a potem handlowego. Były szef banku centralnego Izraela Jacob Frenkel powiedział, „w świecie, w którym panuje zasada oko za oko jest wielu niewidomych”.

Jak pisze James Rickards, autor książki „Wojny walutowe”, „celowa dewaluacja jednej waluty, mająca na celu pobudzenie eksportu, oddziałuje negatywnie na importerów, którzy zmniejszają wielkość zamówień i bezpośrednio spowalniają gospodarkę partnerów zagranicznych. I choć zagranica dysponuje większą siłą nabywczą, staje się realnie biedniejsza”.

Krzysztof Rybiński z Akademii Vistula przywołuje doświadczenie historyczne: „Dlaczego recesja w latach 30. XX w. przerodziła się w wielką depresję? Bo rządy krajów, które przeżywały recesję, w introwertycznym szale zaczęły wprowadzać bariery w handlu międzynarodowym i w ciągu trzech lat wolumen światowego handlu spadł o dwie trzecie”.

Wreszcie Robert Murphy z Mises Institute zwraca uwagę, że dewaluacja dolara, która np. sprzyjałaby amerykańskim rolnikom, błyskawicznie podbiłaby rynkową cenę pszenicy zubażając amerykańskich konsumentów na dwa sposoby – przez wyższy poziom ceny tego surowca i droższy import dóbr konsumpcyjnych. W efekcie prowadziłaby jedynie do transferu dochodów od konsumentów do eksporterów.

Z kolei zwolennicy wojen walutowych powołują się na ten sam przykład Wielkiej Depresji. Barry Eichengreen pokazał bowiem już wiele lat temu, że im wcześniej jakiś kraj odszedł od parytetu złota i zdewaluował walutę, tym wcześniej wyszedł wówczas z recesji.

(infografika Darek Gąszczyk)

(infografika Darek Gąszczyk)

Menzie Chinn z Uniwersytetu Wisconsin rozumuje tak: Jeśli ekspansywna polityka monetarna prowadzi do deprecjacji w kraju A, to kraj B musi też prowadzić taką politykę. Wtedy kurs wraca do kursu równowagi rynkowej, ale inflacja jest wyższa, co ułatwia dostosowanie płacowe (tam gdzie konieczne) i prowadzi do ograniczenia wskaźników zadłużenia.

Wielcy się biją, Polska korzysta

Dla Polski najistotniejsze jest w tej chwili umacnianie się euro w stosunku do innych walut, co pogarsza efektywność polskiego eksportu poza Unię, zakładając z grubsza stały kurs złotego do euro.

Kursy-walut

(infografiki: Darek Gąszczyk)

W ciągu ostatniego półrocza złoty osłabił się nieco do euro, ale z grubsza był stabilny, kiedy euro wzmocniło się do dolara z 1,20 dolara za euro do 1,35. Aktualny kurs złotego do euro, wahający się na ogół w przedziale 4,05-4.15 zł jest korzystny dla eksporterów, o czym można przeczytać w ostatnim, styczniowym raporcie NBP na temat kondycji przedsiębiorstw (kurs opłacalności eksportu wynosi 3,8-3,9 zł za euro). Również w stosunku do rubla złoty jest w miarę stabilny, a nawet nieco osłabia się, co jest korzystne dla dynamicznie rozwijającego się polskiego eksportu na Wschód. Natomiast import rozliczany jest w dolarach, więc mocniejszy złoty ułatwia pokrycie rachunków za ropę i gaz.

Przy stabilnym kursie wobec euro i mocniejszym złotym wobec dolara zadłużenie walutowe Polski łatwiej spłacać, podobnie jak kredyty w dolarach. Dodajmy też, że jako jeden z pierwszych na wojnę walutową poszedł szwajcarski bank centralny utrzymując od września 2011 roku sztucznie niski kurs franka – 1,2 franka za euro. To z kolei ułatwia spłatę kredytów hipotecznych we frankach. Wygląda zatem, że mamy nawet pewne zyski ze światowych manipulacji walutowych.

Na razie Europejski Bank Centralny nie jest zaniepokojony mocniejszym euro i z wielkich graczy walutowych zachowuje się najspokojniej. Strefa euro, która od 2005 r. do połowy 2011 r. miała deficyt na rachunku obrotów bieżących, w ubiegłym roku wypracowała nadwyżkę. Niemcy mają nadal wysoką nadwyżkę handlową i płatniczą, a ich eksporterzy kurs do 1,5 dolara za euro (aktualnie 1,36) uważają za opłacalny. Mocne euro utrudnia jednak równoważenie gospodarek południowej Europy, które nie mogą się wygrzebać z głębokiej recesji.

Mimo światowego wzrostu apetytu na ryzyko, w Polsce nie obserwujemy też gwałtownego przyrostu rezerw walutowych. W ciągu ostatniego roku wzrosły one z 75,7 do 82,5 mld euro i z 97,9 mld do 108,9 mld dolarów, czyli o ok.10 procent, mniej niż w innych krajach borykających się z napływem kapitału zagranicznego i/lub mających wysoką nadwyżkę eksportową.

Dla Josepha Gagnona z Peterson Institute kraje, które mają dodatni rachunek obrotów bieżących i wysokie stany walut (aktywów) zagranicznych netto (większe niż 6-miesięczny import) oraz zwiększyły ich poziom w relacji do produktu krajowego w ostatniej dekadzie, są manipulatorami walutowymi. Najwięksi manipulatorzy na liście Gagnona to kraje Azji Południowo-Wschodniej, a także Chiny, Japonia, Izrael, Szwajcaria oraz eksporterzy ropy. Polski w tym gronie nie ma, gdyż mamy deficyt na rachunku obrotów bieżących.

Pewne zagrożenia dla Polski są gdzie indziej. Wojny i manipulacje walutowe mogą oznaczać wzrost zmienności kursów na świecie, co powiększa niepewność i zniechęca do inwestycji.

– Należy też liczyć się z większą zmiennością złotego wobec innych walut, poza euro – twierdzi prof. SGH i były członek Rady Polityki Pieniężnej, Dariusz Rosati. Po czym dodaje: – W sumie jednak oczekuję systematycznego wzmocnienia złotego w średnim okresie.

Polsce mogłoby zaszkodzić też przekształcenie się wojen walutowych w wojny handlowe i wzrost protekcjonizmu. Polska kierując większość eksportu do państw Unii jest jednak w miarę bezpieczna.

– Bariery handlowe nie wzrosną, bo mamy WTO, bariery kapitałowe też nie, bo mamy Traktaty UE i OECD, ale pojawiają się nowe formy protekcjonizmu, jak presja na krajowe firmy, aby nie przenosiły się do innych krajów i takie jak publiczne kampanie na rzecz kupowania produktów narodowych firm. Z tym trzeba walczyć na forum Unii – pisze w odpowiedzi na pytania OF Dariusz Rosati.

Po trzecie wreszcie wojny walutowe i wzrost apetytu na ryzyko u inwestorów mogą przyspieszyć napływ kapitału do Polski i nadmiernie umocnić kurs złotego (większość prognoz makroekonomicznych przewiduje jego wzmocnienie pod koniec tego roku). Na mapie ryzyka walutowego Polska – według Citibank – znajduje się jednak w grupie krajów o rosnącym ryzyku i wyższym niż przeciętne, co będzie powstrzymywało spekulacyjny napływ kapitału.

Indeks-ryzyka-krajów-Citibanku

(infografiki: Darek Gąszczyk)

Podsumowując Andrzej Sławiński, profesor w SGH, szef Instytutu Ekonomicznego NBP, mówi tak: „Termin wojny walutowe jest przesadzony. Nie obserwujemy powrotu do praktyk protekcjonistycznych, a określanie prób zapobiegnięcia przez niektóre kraje nadmiernej aprecjacji ich walut jako wojny walutowe jest przesadą, zwłaszcza, że wiadomo od dawna o ograniczonej skuteczności interwencji walutowych (…) Politykę kursową Chin przedstawiano jako „wojenną”, ale teraz już nie, gdy okazało się jak szybko stopniała ich nadwyżka handlowa”.

Ze statystyki Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) wynika, że realne efektywne kursy walutowe (REER) są podobne jak średnio w 2010, a tam gdzie różnią się, skala odchyleń jest niewielka.

(infograf. DG/CC BY-SA BenjaminThompson)

(infograf. DG/CC BY-SA BenjaminThompson)

Japonia osiągnęła dewaluację jena w ciągu ostatnich miesięcy o ok. 7 proc., ale nadal jen jest mocniejszy niż 4 lata temu. Polska ma kurs o ok. 2 proc. korzystniejszy dla eksporterów niż średnio w 2010 roku, Stany Zjednoczone o 4,5 procent, Niemcy i strefa euro o 3-4 procent. To niewiele. W wielu przypadkach w ostatnim czasie nastąpił powrót do bardziej racjonalnych kursów ze znacznie wyższych poziomów niedowartościowana lub nadwartościowana. Brazylia, której REER wynosił w lipcu 2011 r. już ponad 110, sprowadziła reala do poziomu sprzed czterech lat. Szwajcaria drukując franka doprowadziła jego REER z poziomu 120 w sierpniu 2011 r. do 104 aktualnie.

– Określenie wojny walutowe nie ma w przypadku Polski – moim zdaniem – uzasadnienia, co ilustruje długookresowa stabilność realnego efektywnego kursu walutowego – mówi prof. Sławiński. – To, co się naprawdę istotnego dzieje, to zmiana stanowiska MFW wobec możliwości nakładania ograniczeń na przepływy kapitału krótkoterminowego – kontynuuje Sławiński. – Wcześniej Fundusz był za pełną swobodą przepływów kapitałowych, ponieważ oczekiwano, że przyniesie to takie same korzyści, jak liberalizacja handlu. W rzeczywistości jednak liberalizacja przepływów kapitału krótkoterminowego bywała też siłą destabilizującą. Sądzę jednak, że ograniczenia dotyczące krótkoterminowych przepływów kapitałowych będą tylko selektywne.

Faktycznie, Brazylia już zaczyna uchylać ograniczenia w przepływie kapitałów. Tak więc usłyszymy jeszcze trochę huku, ale raczej z fajerwerków odpalanych przez polityków, niż naprawdę wytoczonych ciężkich dział. W istocie bowiem banki centralne i rządy nadal mają znaczne możliwości oddziaływania na kursy walutowe, bez rujnowania zasad wolnego rynku i przepływu kapitałów.

OF

(infografika Darek Gąszczyk)
Indeks-produkcji-przemysłowej
Kursy-walut
Kursy-walut
Indeks-ryzyka-krajów-Citibanku
Indeks-ryzyka-krajów-Citibanku
(infograf. DG/CC BY-SA BenjaminThompson)
Realne-efektywne-kursy-walutowe

Tagi


Artykuły powiązane