• Marek Chądzyński

Wybór mniejszego zła w finansach publicznych

17.11.2011
Budżetowe zaciskanie pasa zawsze ma negatywny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego. Zwłaszcza, gdy głównym sposobem równoważenia budżetu jest szukanie dodatkowych dochodów. A na taki zapewne wariant zdecyduje się polski rząd, bo lista wydatków do cięć, które dałyby szybki efekt, jest krótka.
Jacek Rostowski, minister finansów i premier Donald Tusk w czasie ostatniej kampanii. (CC By-ND PlatformaRP)

Jacek Rostowski, minister finansów i premier Donald Tusk w czasie ostatniej kampanii. (CC By-ND PlatformaRP)

Jacek Rostowski, minister finansów i premier Donald Tusk w czasie ostatniej kampanii. (CC By-ND PlatformaRP)

W prasie jest mnóstwo spekulacji na temat tego, co w piątkowym expose powie premier Donald Tusk. Rozmaite „źródła rządowe” wymieniają przede wszystkim cięcie ulg w PIT (głównie ulgi internetowej i prorodzinnej) wraz z likwidacją 50-proc. kosztów uzyskania niektórych przychodów, zwiększenie składki rentowej, czy podwyżkę podatków pośrednich (piszemy o nich szczegółowo w tekście Zmiany w podatkach najwcześniej za rok).

Każde z tych rozwiązań będzie miało negatywny wpływ na konsumpcję. Rząd staje więc przed wyborem mniejszego zła.

– Nie ma łatwych bezinwazyjnych decyzji. Chodzi tylko o to, czy ich wpływ na wzrost gospodarczy ujawni się szybko i od razu, czy raczej w dłuższym czasie – mówi Tomasz Kaczor, ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.

Podatkiem w oszczędności czy wydatki

Pierwsze pytanie, na jakie musi sobie odpowiedzieć premier i minister finansów brzmi: czy lepiej zwiększyć obciążenia bezpośrednio dochodów gospodarstw domowych, czy raczej ich wydatków. W tym pierwszym przypadku uderzenie w konsumpcję – przynajmniej w pierwszej fazie – może być stosunkowo łagodne. Zwłaszcza przy rozważanym przez rząd wariancie, czyli ograniczenia ulg podatkowych.

Efektywnie z ulgi prorodzinnej mogą skorzystać ci, którzy płacą najwyższy podatek. A więc osoby o stosunkowo wysokich dochodach. Pieniądze tej grupy podatników równie często jak w sklepowych kasach lądują na bankowych kontach. Oznacza to, że modyfikacja ulgi prorodzinnej raczej uderzyłaby w pierwszej kolejności w poziom oszczędności, niż w bieżącą konsumpcję.

– Takie transfery w systemie podatkowym, jak ulga internetowa, czy prorodzinna, są bezsensowne. Nie wiem, co miałaby wspierać ta pierwsza, skoro dziś nie ma większych problemów z dostępem do internetu. Ta druga z pewnością nie wspiera najbiedniejszych rodzin. Likwidacja obu w krótkim terminie pomogłaby zbilansować finanse publiczne – mówi Urszula Kryńska, ekonomistka Banku Millennium.

Jest jednak pewien problem: żeby zlikwidować ulgi z początkiem przyszłego roku Sejm, Senat i prezydent musieliby zmienić ustawę o PIT do końca listopada. Czyli w ciągu dwunastu dni od dnia expose zakładając, że obie izby parlamentu będą pracować bez wytchnienia nad gotowym już projektem. To mało prawdopodobny scenariusz.

Poza tym ekonomiści nie są wcale zgodni co do tego, że zwiększenie obciążeń dochodów pozwoliłoby uniknąć negatywnego wpływu na wzrost gospodarczy. Tomasz Kaczor zwraca uwagę, że o ile w krótkim czasie uderzenie w dochody nie musi się przełożyć na spadek konsumpcji, o tyle negatywny wpływ takiego ruchu w dłuższym terminie będzie już widoczny.

– Zmniejszenie dochodów do dyspozycji będzie się przekładać na popyt, choć oczywiście są rozwiązania, których negatywny efekt byłby widoczny od razu. Na przykład zmiana zasad waloryzacji emerytur i rent, albo ograniczenie jakichś świadczeń społecznych. Pieniądze z tych źródeł mają tę cechę, że niemal od razu przekładają się na popyt konsumpcyjny. Jeśli ich nie będzie – nie będzie popytu – mówi.

To może wyższy VAT

Stosunkowo szybko na spadek popytu może się też przełożyć wzrost składki rentowej, zwłaszcza wtedy, gdy zostanie podwyższona część płacona przez pracownika. O ile likwidacja ulg zabolałaby z opóźnieniem (efekt widoczny byłby dopiero przy rocznym rozliczeniu PIT), o tyle wyższa składka zmniejszy pensję netto od razu.

Według Tomasza Kaczora rząd z pewnością nie ograniczy się do szukania dodatkowych wpływów budżetowych w podatkach dochodowych i raczej zastosuje system mieszany, w którym znajdzie się też miejsce na wzrost podatków pośrednich. Tym bardziej, że rządowi się spieszy, musi ograniczyć deficyt finansów publicznych do 3 proc. PKB już w przyszłym roku, bo do tego się zobowiązał wobec Komisji Europejskiej. A wzrost obciążeń w PIT nastąpi zapewne najwcześniej od początku 2013 roku. Ekonomista sądzi zatem, że bardziej prawdopodobny jest wzrost stawek VAT i akcyzy. Tym bardziej, że – jego zdaniem – opodatkowanie wydatków konsumentów wcale nie musi od razu uderzyć w wielkość popytu i konsumpcji.

– Przed nami prawdopodobnie spowolnienie koniunktury. Nawet jeśli rząd zafunduje firmom podwyżkę VAT to wcale nie ma pewności, że przedsiębiorcy przerzucą to od razu na konsumentów. W obawie przed spadkiem popytu mogą chcieć utrzymać stare ceny. Być może więc uderzenie w konsumpcję z tej strony będzie łagodniejsze – mówi.

Urszula Kryńska uważa, że kolejna podwyżka VAT to nie byłby dobry pomysł, skoro polska gospodarka cały czas ma problem z wysoką inflacją, a wydarzenia za granicą sprawiły, że tempo rozwoju zaczyna wyraźnie maleć.

– Wielkość podatków pośrednich ma wpływ na wydatki, a to one przekładają się na wzrost gospodarczy. Wyższy VAT zapłacą wszyscy, nie tylko ci najlepiej uposażeni. Zmniejszenie wydatków konsumpcyjnych to ostatnia rzecz, jakiej w tej chwili potrzebujemy – mówi.

Rynek patrzy

Ekonomiści są zdania, że przy intensywnym szukaniu pieniędzy na przyszły rok rząd nie powinien zapomnieć o rozwiązaniach, których efekty byłyby widoczne w dłuższym czasie. Mowa oczywiście o uporządkowaniu KRUS, którego dotowanie kosztuje rocznie budżet kilkanaście miliardów złotych i likwidacji przywilejów emerytalnych służb mundurowych.

– To nie będzie miało wpływu na budżet w najbliższym czasie, ale przyczyni się do zbilansowania sektora finansów w średnim i długim okresie. Dla rynków finansowych ma to duże znaczenie, a jest bardzo ważne, żeby nie stracić ich zaufania – mówi Urszula Kryńska.

– Ich nie interesuje tylko dzisiejsza sytuacja budżetu, ale też perspektywy. Dziś emitowane obligacje będzie się spłacać za 5 -10 lat. Efekt nie musi być natychmiastowy w gotówce, ale musi być pewny – dodaje Tomasz Kaczor.


Tagi


Artykuły powiązane