• Dr Robert Scott

Ratunkiem dla euro jest rewaluacja azjatyckich walut

15.02.2010
Unia nie rozwiąże swoich problemów gospodarczych wewnętrznymi reformami. Bo główna przyczyna destabilizacji tkwi gdzie indziej: w manipulacji walutami, które są dziełem pięciu krajów azjatyckich. Doprowadziły one do nadmiernej realnej aprecjacji dolara i euro oraz zaniżenia wartości swoich walut. A więc w konsekwencji do nierównowagi w globalnej gospodarce. Jeśli Unia pomoże Stanom rozwiązać ten problem, poprawi też swoją sytuację wewnętrzną.
Copyright by RS

Copyright by RS

Copyright by RS

Grecki kryzys to najpoważniejszy problem Unii Europejskiej od czasu jej powstania.  Unia może próbować go rozwiązać samodzielnie albo szukając pomocy na zewnątrz. Jeśli zdecyduje się na pierwszy wariant, to doprowadzi do katastrofy gospodarczej swoich słabych członków. Dlaczego? Prezydent Unii Europejskiej w swym krótkim oświadczeniu, kończącym szczyt europejski, powtórzył, że  każda pomoc dla krajów zagrożonych zostanie obwarowana wieloma rygorystycznymi warunkami. I te warunki, moim zdaniem, są nie do przyjęcia dla Grecji – a tak naprawdę dla Unii, bo prowadzą do kolejnej recesji.

A zatem tylko drugi wariant, który zakłada rozwiązanie problemu nierównowagi i aprecjacji niektórych walut w skali globalnej, może przynieść oczekiwany rezultat.

W ślepej uliczce

Żeby zrozumieć, dlaczego nie da się rozwiązać problemu nadmiernego zadłużenia Unii wewnętrznymi tylko reformami, przypomnijmy, jakim to sposobem Grecy wpadli w tarapaty.

Wchodząc do unii walutowej, Grecja wymieniała drachmę na euro po zawyżonym kursie, zwłaszcza w stosunku do Niemiec. Dzięki temu greccy konsumenci mogli sobie pozwolić na zakup towarów i usług, na które wcześniej nie było ich stać. A rząd przy niskich stopach procentowych mógł bez obaw pożyczyć więcej na sfinansowanie deficytu budżetowego. Co skwapliwie wykorzystywał. W ten sposób grecki dług zaczął rosnąć w sposób niekontrolowany i wynosi obecnie 254 mld euro. Według prognoz Deutsche Bank do końca roku powiększy się o kolejne 64 mld. Kolejną konsekwencją zawyżonego kursu wejścia do euro jest ogromny deficyt bilansu obrotów bieżących, sięgający dziś 12,7 proc. PKB. To jeden z najwyższych deficytów handlowych w Europie.

Bez wykupu długów albo pomocy kredytowej nie da się uratować Grecji od bankructwa. Jednak nikt w Europie do tego zbytnio się nie pali. A w najmniejszym stopniu minister finansów Niemiec, który zapowiedział, że Grecy mogą wprawdzie  liczyć na współpracę jego kraju, ale tylko za  cenę podpoprządkowania się narzuconym z zewnątrz rygorom finansowym. Co oznacza: zmniejszenie deficytu budżetowego do 8,7 proc. w tym roku i do 3 proc. w ciągu trzech następnych lat, czyli w konsekwencji redukcję wydatków na ubezpieczenia społeczne, zdrowie, oświatę, obronę i administrację.  A dalej: konieczność podniesienia podatków i spadek płac.

A przecież 50 proc. PKB Grecji wytwarza sektor publiczny. Bo Grecja to kraj w Europie, który ma największe zatrudnienie w państwowym sektorze w stosunku do liczby ludności. A więc jeśli Grecja połknie haczyk i zacznie cięcia, to w ciągu trzech lat jej PKB zmniejszy się o 3-4 proc. Napływ środków z podatków także się zmniejszy, nawet jeśli zostaną one podniesione. Do tego rachunku trzeba dodać minimum 100 mld euro na obsługę długu. To prosta droga do recesji, a raczej, jak mówi ekonomista Marshall Auerback, do „paktu narodowego samobójstwa”.  A jednak taki wymóg stawiają Grecji niektóre państwa Unii przed udzieleniem pomocy.

Co ważne dla Unii – w tym rozwiązaniu tkwi pułapka. Jeśli Niemcy wykupią Grecję, to w kolejce może ustawić się Irlandia, która właśnie tnie swoje wydatki budżetowe. A następna będzie Portugalia. Potem Hiszpania, a ta jest już zbyt duża, by nawet Niemcy mogli ją wykupić. Hiszpania ma prawie 20-procentowe bezrobocie. Jej banki mają problem z przewartościowanymi nieruchomościami. A deficyt fiskalny sięga 10 proc. PKB. Dlaczego więc nie pozwolić Grecji pójść na dno?

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że nie trzeba się Grecją przejmować, bo wytwarza zaledwie 2, 7 proc. europejskiego PKB. Według ostatniego raportu Banku Rozliczeń Międzynarodowych z czerwca 2009 r., największymi wierzycielami Grecji są Francuzi, którzy mają do odebrania 86 mld euro, następnie Szwajcarzy – 60 mld, i Niemcy – 40 mld. A zatem to tylko nieco ponad 1 proc. PKB Niemiec, 3 proc. PKB Francji i 2,5 proc. PKB Szwajcarii. Dla Europy o wiele poważniejszy problem powinny stanowić długi Irlandii, Portugalii i Hiszpanii. Ale po analizie struktury greckiego długu wniosek jest jeden: to Grecja może zapoczątkować kolejny krach na rynku kredytowym Europy. Bo 254 mld euro niespłacalnego długu, rozlokowane w bankach trzech krajów, może doprowadzić do upadku tych banków. Natychmiastowe odpisanie tego długu z bilansów musiałoby zakończyć się załamaniem europejskiego systemu bankowego.

Podobną sytuację miały USA w latach 80. gdy okazało się, że dług trzech krajów Ameryki Łacińskiej jest niespłacalny. Ówczesny szef Fed Paul Volcker nakazał bardzo powolne, stopniowe odpisywanie tego długu. Proces trwał 9 lat. Wydaje się, że na takie samo rozwiązanie może zdecydować się Europejski Bank Centralny, jeśli po Grecji zaczną tonąć inne kraje.

Cały świat na huśtawce

To, co destabilizuje gospodarkę globalną, utrudnia przełamanie stagnacji, a słabsze kraje wkręca w spiralę długów, co może prowadzić do drugiej fali kryzysu – to pogłębiająca się od 10 lat nierównowaga gospodarek. W Europie z jednej strony mamy Niemcy z wielkimi nadwyżkami w wymianie handlowej (przeciętnie 5,5 proc. PKB w latach 2005-2012, jak zakłada Międzynarodowy Fundusz Walutowy), po drugiej – kraje z potężnymi deficytami handlowymi. Grecja – 10,3 proc. PKB; Portugalia – 9,9 proc.; Hiszpania – 6,9 proc.; Włochy –  2,7 proc. PKB.

Ale największym problemem dla gospodarki światowej jest nierównowaga między USA i Chinami. Deficyt handlu Stanów Zjednoczonych z Państwem Środka to 7 proc. PKB.

Skąd tak wielkie różnice? Jak wykazują w najnowszej pracy ekonomiści Peterson Institute William Cline i John Wiliamson, jest to skutek manipulowania walutą przez Chiny i 4 inne państwa azjatyckie: Hong-Kong (przed akcesją do Chin), Malezję, Tajwan i Singapur. Te kraje zgromadziły największą ilość zagranicznych papierów dłużnych, by obniżyć wartość swoich walut. Cline i Willamson twierdzą, że chiński yuan  jest niedowartościowany w stosunku do dolara 41 proc., a waluty pozostałtych 4 krajów od 25 do 32 proc. W oczywisty sposób ta sytuacja wpływa na euro. Tak duże niedowartościowanie yuana do dolara oznacza jednocześnie niedowartościowanie yuana w stosunku do euro. Rozwiązaniem tego problemu jest rewaluacja chińskiej waluty, co pomogłoby zwiększyć eksport krajów unijnych na Daleki Wschód.

Unia więc powinna współpracować ze Stanami Zjednoczonymi, by przekonać państwa azjatyckie do rewaluacji ich walut. Być może potrzebne będą jakieś sankcje handlowe. Jest to jednak klucz do przywrócenia równowagi walutowej w skali globalnej. A ta doprowadziłaby do zredukowania strukturalnej nierównowagi sald handlowych.

Silniejsza gospodarczo Unia dzięki ożywionemu eskpertowi na Daleki Wschód mogłaby udzielić bardziej skutecznej pomocy Grecji, Portugalii i Hiszpanii, by te stały się konkurencyjne. Ale jeśli Europa nie zdecyduje się na rozwiązanie problemu nierównowagi w skali globalnej, ten kryzys może skończyć się rozpadem strefy euro.

Dr Robert Scott – makroekonomista, jest doradcą ds. ekonomicznych Izby Reprezentantów Kongresu USA


Tagi


Artykuły powiązane