Inżynierowie ekonomii uśmiercają euro

25.06.2016
W Unii jest wielu przeciwników euro. Większość z nich nie wie, co mówi, bo nie ma o sprawie pojęcia. W Polsce mamy dwóch takich, którzy chcieliby posłać euro na strych historii. Wiedzą, co piszą, ale moim zdaniem błądzą. Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk radzą, żeby pierwsi porzucili euro Niemcy.


Swoje racje wykładają w książce „Paradoks euro”. Tytuł brzmi neutralnie, ale podtytuł jest już jednoznaczny – „Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty”. Trzeba zaznaczyć, że treść jest solidna, rzeczowa i ciekawa, a wywód pełny, bo autorzy nie zatrzymują się na dniu hipotetycznej rezygnacji z europejskiej waluty, lecz zarysowują szkic tego, co mogłoby być potem. Książka jest też uczciwa, bo nie unika się w niej przedstawiania argumentów przeczących głównej tezie. Nie jest to wszakże uczciwość bezgraniczna, bo dobrze strzeżoną granicą są zdecydowane przekonania autorów. Tyle oceny za poziom, styl i erudycję – oceny bardzo  wysokiej.

Stefan Kawalec i Ernest Pytlarczyk starają się dowieść, że ustanowienie wspólnej waluty europejskiej było od początku pomysłem złym, więc czas zakończyć to nie tylko nieudane, ale wręcz szkodliwe przedsięwzięcie. Twierdzą, że bez euro Europie wiodłoby się lepiej, ponieważ państwa posługujące się wspólną walutą miałyby na czas kryzysów finansowych i tumultów ekonomicznych narzędzie obrony przed ich skutkami. Narzędziem tym miałaby być dewaluacja własnej waluty narodowej, która poprawia (na krótki czas – przyp. JC) zachwianą konkurencyjność gospodarki.

Państwa strefy euro pozbawiły się własnych walut narodowych, więc gdy dochodzi do kłopotów z kosztami za wysokimi względem zagranicznych konkurentów, to albo muszą czekać, że jakoś się to wszystko samo ułoży za czas nienazbyt długi, albo muszą dokonać dostosowania, posługując się wewnętrzną dewaluacja. Wewnętrzna dewaluacja to eufemizm opisujący ręczne zmniejszanie bezwzględnego poziomu płac w gospodarce, która cofa się lub zdąża wprawdzie do przodu, ale tempem co najwyżej żółwim.

Dodać tu wypada na marginesie, że koszty takiego (i każdego innego dostosowania) ponosi nie jakaś tam gospodarka albo mityczne państwo, ale ludzie liczeni w milionach. Nie ma oczywiście nic zdrożnego w tym, że koszty te lądują na barkach obywateli, bo w gruncie rzeczy sami są sobie winni, jako że nie wiedzą i nie chcą się dowiedzieć, co dobre dla gospodarki i ich własnej pomyślności, a na dodatek najczęściej wybierają do rządzenia podobnych sobie w tej niewiedzy.

Autorzy twierdzą z pełnym przekonaniem, że w państwie z własną walutą narodową uniwersalnym kluczem do wyjść awaryjnych na wypadek pogorszenia się konkurencyjności jest odgórne zarządzenie dewaluacji, tj. sztuczne (w odróżnieniu od rynkowej deprecjacji) obniżenie wartości pieniądza w relacji do innych walut. Pogorszenie konkurencyjności jest zazwyczaj skutkiem oddziaływania splotu czynników zewnętrznych, na które nie mamy istotnego wpływu, i wewnętrznych, czyli naszych własnych błędów i zaniechań.

Dewaluacja może na krótko przywrócić pozycję konkurencyjną gospodarki, ale nie usuwa przyczyn jej pierwotnego pogorszenia

Problem w tym, że dewaluacja to żaden klucz, a niechby i wytrych, nawet jeśli piszą o nim w każdym podręczniku ekonomii. Dewaluacja może na krótko przywrócić pozycję konkurencyjną gospodarki, ale nie usuwa przyczyn jej pierwotnego pogorszenia, chyba że jakimś cudem zewnętrzne czynniki degradujące naszą konkurencyjność ulegają błyskawicznie powrotowi do status quo ante.

Autorzy zaniechali podania plastycznego przykładu. Będzie im to poczytane za dobry uczynek, ponieważ w ten sposób wykluczyli z grona swych potencjalnych popleczników tę zdecydowaną większość ludzi, którzy nie zaliczyli choćby jednego semestru wykładów akademickich z podstaw ekonomii. Kto zaś nie rozumie osi wywodu, ten zapewne nie podejmie wszetecznej propozycji uśmiercenia euro jeszcze w jego dziecięctwie. I to jest ten właśnie ich pożyteczny uczynek.

Wyjaśnię jednak (a niech tam), czego brakuje, na przykładzie najważniejszym, bo będącym clou tezy promowanej w „Paradoksie euro”. Kraj, który z własnej winy lub z powodów zewnętrznych dopuścił do napompowania kosztów ponoszonych w gospodarce, uzyskuje z eksportu jednostki czegoś na przykład 100 dolarów. Ponieważ kurs jego waluty – dajmy na to szeląga – wynosi 4 za jednego dolara (lub jeden szeląg = 25 centów), przedsiębiorca eksporter ma z tego przychód w wysokości 400 szelągów. Jest to mało, bo koszty, w tym koszty importu surowców i podzespołów, wynoszą aż 395 szelągów.

Przedsiębiorca ledwo dycha w kryzysie kosztowym, bo zysk brutto (5 szelągów) zjada mu podatek, a jego klient już narzeka, że kupuje u niego stanowczo za drogo, więc szuka innego źródła dostaw. W tej sytuacji wystarczy zarządzić dewaluację, żeby z dnia na dzień szeląg potaniał w wyrazie dolarowym. Nowy kurs po dewaluacji wynosi 5 szelągów za jednego dolara (lub jeden szeląg to 20 centów). Eksporter otrzymuje zatem za jednostkę owego czegoś aż 500 szelągów, więc zaczyna się mieć wręcz znakomicie. Ponieważ nie zmienia to jednak nic po stronie jego klienta importera, który jak płacił, tak płaci 100 dolarów, to po to aby go ugłaskać i zatrzymać, można obniżyć mu cenę do 95 dolarów. Po dewaluacji i obniżce ceny eksporter otrzymuje 475 szelągów i jest to nadal istotnie więcej niż przedtem, gdy gospodarka, a razem z nią on, była w kryzysie, zażegnanym niemal od ręki w tak prosty sposób.

Wracając do potoczyście opisanej tezy autorów – olbrzymie możliwości naprawcze dewaluacji waluty własnej zniknęły, gdy główne i część pobocznych państw Unii przyjęły wspólną walutę. Mimo swego negatywnego stanowiska Kawalec i Pytlarczyk wymieniają korzyści z euro, takie jak zanik ryzyka kursowego w obrotach wewnątrz strefy, obniżenie kosztów transakcyjnych i stabilizacja polityki monetarnej. „Uczciwie” piszą o ryzyku nadużywania dewaluacji poświęcając mu cały jeden (dwustronicowy) rozdział, w którym problem ten zajmuje (szybko policzyłem) „aż” 20 wierszy tekstu.

Tu dopowiem zatem za autorów, że poza tym, że dostęp do narzędzia dewaluacji tworzy pokusę rezygnacji z trudnych reform, że mechanizm działa bardzo krótko, że bez usunięcia takich czy innych przyczyn zanikania konkurencyjności międzynarodowej, powtarzany, prowadzi do ekonomicznego i finansowego absurdu, że jest tak prosty, że aż prostacki, że nie uwzględnia procesów zachodzących u partnerów gospodarczych i politycznych, że staje się nieskuteczny w sytuacji globalizacji gospodarki, kiedy działają mechanizmy uniwersalne, a partykularne stają się nieskuteczne i tak dalej.

Przewija się w książce dość zgrabne porównanie dewaluacji z przerzutką rowerową, która ułatwia jazdę w trudnym terenie podgórskim. Ja przedstawię porównanie z republiką bananową, która w odpowiedzi na światowy zjazd cenowy na rynku bananów zarządza dewaluację i znowu czuje się dobrze, wierząc, że dzięki tej i kolejnym dewaluacjom przeistoczy się wkrótce w królestwo, a może nawet cesarstwo bananów.

Przez pół, a nawet więcej książki autorzy pomstują na euro, które pozbawiło kilka krajów (na własne życzenie) możliwości manipulacji walutowych i którym pozostała w arsenale wyłącznie tzw. polityka deflacyjna, znana także jako wewnętrzna dewaluacja. Przypomnijmy, że chodzi w niej o przywrócenie międzynarodowej konkurencyjności na drodze obniżenia poziomu wynagrodzeń i cen, bo dewaluacji przeprowadzić nie sposób. Tę zarządzić może jedynie Europejski Bank Centralny odpowiedzialny za całą strefę euro, a więc także za państwa, które kłopotów z konkurencyjnością nie mają.

W tym pomstowaniu Kawalec z Pytlarczykiem są jak chirurdzy skupieni wyłącznie na polu operacyjnym, którzy nie wiedzą nawet, czy pacjent na stole to pan czy pani. Przebierają paluszkami, byle coś naciąć, coś wyciąć, podwiązać, co było do podwiązania i hop – pan albo pani z łóżka na nóżki do hali, gdzie tłuką, nie bardzo wiedząc po co, kolejne stosy produktu krajowego brutto.

Kiedyś winna była obrona standardu złota, a dziś winne jest euro. Gdyby nie ono, to Grecy, Hiszpanie, Portugalczycy i parę innych nacji żyliby sobie szczęśliwie, a może nawet i bogato, bo mogliby dewaluować, ile wlezie, a tak muszą szkodować na bezrobociu, pensjach i emeryturach. Taka jest przerysowywana (bo to recenzja na kilkadziesiąt wierszy, a nie inna książka w odpowiedzi) kwintesencja wywodu i tezy autorów. Zaliczyłbym ich po tej książce do korpusu inżynierów ekonomii dzielnie radzących sobie ze śrubkami, mutrami i innym żelastwem (hardware), ale bez wiedzy, co takiego konstruują. Pojawi się nierównowaga, to się ją naprostuje dźwigienką, więc bardzo niedobrze, gdy zbraknie dźwigienki.

Nie przekonam zapewne Stefana Kawalca i Ernesta Pytlarczyka do swoich racji, ale zawsze uważałem, że jak się nabroi, to trzeba pocierpieć, a jak kto pocierpi raz i drugi, to i broić będzie potem rzadziej. Gdy kto się rozhulał za pożyczone na niby półdarmo, naprzejadał na wyprzódki, nakupował smartfonów, gdy stać go było tylko na telefon na korbkę, gdy kto nabudował lotnisk i autostrad na dzikich polach, gdzie nawet wiatr czuje się samotnie – ten ocknąć się musi w końcu. Austerity, dewaluacja wewnętrzna, zacieśnienie fiskalne, polityka deflacyjna i jak ją tam zwą jeszcze inaczej to nie zmora, lecz konieczność, tym słuszniejsza, że prowadzi z zasmrodzonych kanałów portowych na schludniejsze wody.

Lat temu dwadzieścia z okładem paru yuppies po Harvardzie rysowało mi schematy nowych, cudownych narzędzi finansowych, które uczynią świat, a przy okazji nasz interes niesłychanie zasobnym. Oni i tysiące im podobnych inżynierów finansowych natworzyło tych cudownych instrumentów setki i tysiące, wciągając świat Zachodu w stuletni kryzys (stuletni jak stuletnia woda powodziowa). Z wywodów składających się na „Paradoks euro” wynika bezpośrednio, że da się cos takiego zaklajstrować i połączyć na sznurki, ale to nie takie proste, bo w Europie przeszkadza to nikomu niepotrzebne euro, które trzeba jak najszybciej przekazać do lamusa.
Zgadzam się z krytycznym podejściem do praktyki funkcjonowania waluty europejskiej, bo nie sposób mieć inne zdanie. Zgadzam się, że proces odbył się na łapu capu i jakoś to będzie, zgadzam się z dziesiątkami krytycznych opinii, ale nie zgadzam się, że najlepszy sposób naprawienia błędów to kontrolowane rozwiązanie strefy euro. Jest to rozwiązanie wyłącznie teoretyczne, bo waluty upadają dopiero wtedy, gdy nie ma już innego wyjścia, a gospodarka światowa nie dzieje się w laboratorium działającym w kontrolowanych warunkach.

Pomysł, żeby pierwsze wycofały się Niemcy, bo u nich nie wywoła to paniki, ponieważ nowa marka byłaby zapewne silniejsza od dzisiejszego euro, jest zgrabny, ale wyłącznie w kategoriach seminaryjno-akademickich. W praktyce musiałoby to być mniej więcej tak, że Niemcy rozbijają swoim srebrnym młoteczkiem fajansowym (bo nie porcelanowym – tu zgoda) dzbanuszek wyobrażający strefę euro i czynią to tak zgrabnie, że urywają jedynie dziubek, ucho i kawałek naczynia. Reszta biesiadników ponalewa sobie jeszcze jakiś czas z tej skorupy, a potem już wszyscy wyrzucą ją na śmietnik. Jakoś tego nie widzę tak wyraźnie jak autorzy, ale mniejsza o to.

Powiem jeszcze raz, jeśli nie było to powiedziane dość wyraźnie. Nie euro wywołało kryzys i nie euro jest odpowiedzialne za skutki nierozsądnego posługiwania się tą walutą przez europejskich południowców i przez Francuzów, którzy ciągle sądzą, że oni są za duzi i za ważni, żeby przestrzegać kryteria z Maastricht. Nie chodzi też o to, by hodować sztuczną konkurencyjność międzynarodową, bo chodzi o konkurencyjność prawdziwą, nie dmuchaną. Nie o taką, że po nowym kursie nasze jabłka będą się sprzedawały na całym szerokim świecie, ale o to, żebyśmy wyszli w końcu z pól, sadów, warsztatów i fabryczek.

Nie euro jest przeszkodą w tym dziele ani u nas, ani w Europie, ale puste głowy polityków i ich wyborców. Niech więc Kawalec z Pytlarczykiem przestaną bawić się alembikiem i przejdą od destylacji prostej do ambitniejszych zadań, bo potencjał ku temu mają wcale znaczny.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły