Profesor oburzonych atakuje rynek

26.01.2013
Logika rynkowa niszczy wyższe wartość i zagarnia coraz więcej dóbr, do których wszyscy powinni mieć dostęp na równych, niezależnych od statusu materialnego zasadach – przekonuje w książce „Czego nie można kupić za pieniądze” filozof Michael Sandel.
Michael Sandel, Czego nie można kupić za pieniądze, wydawnictwo Kurhaus Publishing.

Michael Sandel, Czego nie można kupić za pieniądze, wydawnictwo Kurhaus Publishing.

Michael Sandel, Czego nie można kupić za pieniądze, wydawnictwo Kurhaus Publishing.

Już sam tytuł książki – „Czego nie można kupić za pieniądze” – sugeruje, że Michael Sandel nie należy do piewców wolnego rynku. Nie jest on co prawda socjalistą, nie głosi potrzeby uspołecznienia środków produkcji, ale dzieli z socjalistami przekonanie, że handel i pieniądz są moralnie skażone. W każdym razie stoją dość nisko w etycznej hierarchii ludzkich aktywności. Sandel jest przekonany, że istnieją takiego rodzaju dobra i usługi, które z pieniędzmi i z rynkiem w ogóle powinny mieć jak najmniej wspólnego.

Warto rozpocząć lekturę książki Sandela ze świadomością, że nie jest napisana przez filozofa, który z czysto naukowej ciekawości rozbiera jakiś koncept na czynniki pierwsze, a potem wskazuje na jego braki, czy niekonsekwencje. Nie. Sandel stawia tezy natury ideologiczno-moralnej i za radą Karola Marksa „nie opisuje świata, ale chce go zmieniać”.

Sandel to filozof zaangażowany, opowiadający się po konkretnej stronie sporu o rynek i kapitalizm, to taki amerykański Slavoj Žižek, tyle, że w wersji light.

Kupiony toast

Sandel zaczyna od diagnozy: rynku jest zbyt dużo, pojawił się w takich sferach życia, które jeszcze 30 lat temu były od niego wolne. Początek lat ’80, czas dojścia do władzy Ronalda Reagana, uwolnienia rynków, zwłaszcza finansowych, czas ogólnej deregulacji i obniżania podatków to dla Sandela symboliczny okres, w którym się zaczęło wszystko, co złe w obecnej gospodarce i co w efekcie doprowadziło do obecnego kryzysu.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy rynek rzeczywiście dokonał inwazji na nasze życie, Sandel oferuje pokaźny zbiór dowodów. Ale nie statystyk, które pokazywałyby ten trend, czy wyników regularnych badań naukowych, a raczej zbiór anegdot.

Linie lotnicze Air New Zeland płacą chętnym za golenie głów i umieszczanie na nich tatuażu z reklamującym je sloganem. Za 500 tys. dol. można (w pewnym sensie) kupić kartę stałego pobytu w USA. W coraz większej liczbie amerykańskich szkół wprowadza się programy płacenia uczniom za dobre stopnie. Lobbyści wynajmują ludzi, by ci stali za nich w kolejce na obrady amerykańskiego Kongresu, na co nie stać zwykłych obywateli. Za opłatą coraz częściej można przeskoczyć kolejkę do lekarza. Władze sprzedają prawa do nazw obiektów użyteczności publicznej.

Sandel przyznaje, że płatna usługa medyczna (czy w podatkach, czy bezpośrednio) to coś, co można zaakceptować, ale nie jest już w porządku możliwość wykupienia prawa do przeskoczenia kolejki w poczekalni, choćby przez wynajęcie własnego lekarza rodzinnego dostępnego 24 godziny na dobę.

„Rynek i kolejki to dwa różne sposoby alokacji dóbr. Zasada „kto pierwszy, ten lepszy” pachnie egalitaryzmem, każe ignorować wypchane portfele”, pisze Sandel, dając jednocześnie sygnał, że i on jest egalitarystą.

Przeskakiwanie kolejki to zdaniem Sandela zjawisko coraz bardziej powszechne, a najgorsze w nim to, że jest społecznie niesprawiedliwe: im więcej można kupić, a mniej „wystać w kolejce”, tym bardziej uprzywilejowani są bogaci.

Sandel jednak rzadko daje w książce wyraz swojemu oburzeniu na rynek wprost. Stara się przytaczać argumenty osób, które się z nim nie zgadzają, nadając tym samym swoim wywodom pozory obiektywizmu. Demaskują go jednak słowa, których w kontekście działania rynku bardzo często używa. Rynek „korumpuje”, „niszczy”, „przekupuje”. Te mocne, pejoratywne określenia nie pozostawiają wątpliwości, co o rynku sądzi Sandel.

Twierdzi, przyznajmy niezbyt odkrywczo, że istnieje świat dóbr materialnych i usług całkowicie wyłączonych z logiki pieniądza, dzięki nim współżycie z innymi jest nie tylko znośne, lecz po prostu lepsze i szlachetniejsze. Są to ogólnodostępne usługi i dobra publiczne, pewne społeczne rytuały (od wspomnianego „stania w kolejce”, po wznoszenie toastu weselnego), wartości takie jak miłość, przyjaźń, koleżeństwo, instytucje społeczne takie, jak małżeństwo, czy nasze własne ciała.

Gdy w to wszystko zaprzęgamy rynek, magia opada, rytuały nie spełniają już swojej funkcji. Normy wyższe i wyższe wartości są przez rynkowy mechanizm psute.

„Przypuśćmy, że na Twoim ślubie drużba wygłasza tak rozczulający toast, że aż łzy napływają Ci do oczu. Dowiadujesz się później, że nie napisał go sam, ale kupił przez Internet. Jakbyś się czuł?”, pyta Sandel w przekonaniu, że Czytelnik byłby co najmniej rozczarowany, a może nawet oburzony. Kupił? Sam nie wymyślił? Nie szanuje mnie!

Sandel z dezaprobatą przytacza także przykład wizyty papieża w USA. Msze miały się odbyć na stadionach, liczba miejsc była więc ograniczona, dystrybucją darmowych biletów zajęły się diecezje i parafie. Popyt przewyższył ich liczbę, pojawiły się koniki sprzedający bilety nawet po 200 dol. Płatny wstęp na mszę? Kościół potępił tę praktykę, a Sandelowi nie podoba się ona w równej mierze, co fakt, że koniki handlują również biletami na koncerty Bruce’a Springsteena. To też niemoralne.

Pomieszanie pojęć

Rzeczywiście w takich i analogicznych sytuacjach następuje zgrzyt, ale pozwolę sobie na polemikę z profesorem Sandelem. Czy naprawdę chodzi o to, że normy niższe zastępują normy wyższe? Być może chodzi tu raczej o to, że nagle zderzają się ze sobą różne porządki, których nie sposób umiejscowić na jednej skali etycznej.

Homogeniczna hierarchia ludzkich zachowań, której istnienie zakłada Sandel, w ogóle nie istnieje. Dlaczego? Ponieważ różnego typu przejawy ludzkiej aktywności łączy jedynie określnik „ludzka”, a wszystko inne dzieli. Przyjaźń jest tak samo ludzka, jak to, że dwie osoby chcą sobie coś sprzedać, ale przyjaźń przez swą istotę nie może podlegać transakcji kupna-sprzedaży. To rozumie nawet Sandel. Nie ma jednak racji, twierdząc, że świat podaży i popytu jest czymś gorszym niż świat przyjaźni i miłości. Nie. Jest on czymś innym. Dlatego ich wartościowanie jest pozbawione sensu.

Rynek nie może „niszczyć” wyższych wartości, bo nie jest w stanie uderzyć w ich istotę. Jedyny proces destrukcji na rynku to opisana przez wybitnego, austriackiego ekonomistę Josepha Schumpetera twórcza destrukcja, zjawisko dotyczące dynamicznych zmian rynkowych.

Ale zarzutów wobec Sandela jest więcej. Najważniejszy: dziwne jest jego nawoływanie, by rynek wrócił tam, skąd przyszedł, czyli do gospodarki, wycofał się ze sfery publicznej, towarzyskiej, czy kulturalnej, a ekonomiści zamiast zajmować się, jak choćby profesor Gary Becker, badaniem fenomenu małżeństwa i rozwodów, znów zajęli się przede wszystkim badaniem inflacji, bezrobocia i wzrostu PKB.

Ten emanujący z każdego zdania książki Sandela apel jest dziwny, bo ta „ekspansja” rynku i ekonomii, czy też atak myślenia ekonomicznego na niewinne dobra nierynkowe ma miejsce właśnie przez ludzi takich, jak Sandel – popierających zwiększenie roli państwa w gospodarce.

Już wyjaśniam, o co mi chodzi. Otóż czystą imaginacją jest, że w porównaniu do okresu sprzed 30 lat, mamy na świecie więcej wolnego rynku. Jest to prawdą w gospodarkach, które przeszły transformację ustrojową, np. w Polsce, ale jeśli chodzi o zachód Europy i USA – nie.

O ile w wyniku lobbingu część regulacji rynkowych rzeczywiście tam zniesiono, to w zamian stworzono znacznie więcej innych. W tym czasie zdążyło się także do gargantuicznych rozmiarów rozrosnąć państwo opiekuńcze, zagarniając kolejne połacie przestrzeni, która wcześniej funkcjonowała w formule rynkowej. W Stanach Zjednoczonych ten proces postępuje, a najlepszym dowodem jest reforma służby zdrowia, reforma finansów, czy podniesienie podatków najbogatszym.

Innymi słowy: to nie rynek wdziera się w niepowołane miejsca, to etatyzm infekuje rynek, a wiele z dóbr, które Sandel uznaje za „nierynkowe” są w istocie swojej właśnie rynkowe, jak na przykład szybki dostęp do opieki zdrowotnej. Zaś fakt, który Sandela szczególnie denerwuje, czyli eksperymentowanie z wdrażaniem rynkowych mechanizmów w usługi publiczne, co rzeczywiście często wypada dość kontrowersyjnie, to także nie wina wolnego rynku, a „inżynierów społecznych”.

Jak zmierzyć „chcenie”

Sandel miesza też pojęcia, np. gdy twierdzi, że „z punktu z punktu widzenia ekonomisty długie kolejki po towar (…) oznaczają, że system rynkowy nie był w stanie dostosować podaży i popytu”. Przecież w warunkach gospodarki rynkowej, jeśli ktoś stoi w kolejce do kasy, to nie dlatego, że nie ma dla niego towaru. Podaż i popyt są dostosowane. Kolejka wynika z dużego zainteresowania danymi produktami, a nie z faktu, że stojący w niej boją się, że dla nich już nie starczy towaru. Pomiędzy problemem podaży i popytu, a długością kolejki mocny związek występuje jedynie w gospodarce centralnie sterowanej, czyli tzw. gospodarce niedoboru.

Podobnym niezrozumieniem (a może manipulacją?) wykazuje się Sandel, omawiając przykład handlu biletami na msze papieskie. Sandel opisuje to zjawisko w taki sposób, jakby konik ograniczał ludziom dostęp do sakramentu, który powinien być ogólnodostępny. Ale przecież konik nie sprzedaje biletu na dostęp do mszy w ogóle, a na możliwość oglądania papieża. Sandel myli się więc, co do przedmiotu transakcji. Gdy spojrzymy na sprawę w ten sposób, nie jest już tak oburzająca, prawda?

Sandel zaoponowałby, że to oznacza zgodę na sytuację, w której papieża, koncert, czy spektakl oglądają nie ci, którzy najbardziej tego chcą, a ci, którzy mają więcej pieniędzy. Zgoda, ale czy Sandel oferuje w zamian jakąś obiektywną, niepodważalną miarę „chcenia”? Poza egalitarnym odstaniem swojego w kolejce i zasadą „kto pierwszy, ten lepszy”? Jeśli nie, to pieniądze są najlepszą, choć niedoskonałą miarą chcenia. Ekonomista Greg Mankiw, podobno przyjaciel Sandela, lubi przytaczać taki żart: Idzie ulica dwóch ekonomistów. Widzą ulicznego skrzypka.

– Zawsze chciałem umieć grać – mówi pierwszy z nich.

– Nie chciałeś – odpowiada drugi.

Może śmieszy on tylko ekonomistów, ale świetnie tłumaczy, że gdyby to „chcenie gry na skrzypcach” było prawdziwe, ekonomista zrobiłby wszystko, by je zrealizować. Nie zrobił zaś nic, więc nie chce.

Profesor Michael Sandel został okrzyknięty profesorem oburzonych. Podobnie, jak owymi „oburzonymi”, kierują nim wzniosłe emocje, którym jednak nadaje wymiar absolutnych norm moralnych. Jak na znanego filozofa, którego wykłady wypełniają po brzegi aule Harvardu, zbyt często nie zauważa jakościowych różnic pomiędzy kazusami, które omawia, wrzuca je do jednego worka po to tylko, by potwierdzić swoją wcześniej założoną tezę.

Nie znaczy to, że książki Sandela nie warto czytać. Jest interesująca po pierwsze jako żywy dowód, że rację mieli ekonomiści i filozofowie, Friedrich August von Hayek i Robert Nozick, gdy przekonywali, że uniwersyteccy intelektualiści z zasady są antyrynkowi.

Po drugie, jako poważne zadanie dla intelektualnych saperów. Sandel w swojej książce podłożył bardzo dużo min, przez które uwiedziony stylem argumentacji Czytelnik może wyrobić sobie na temat rynku błędne przekonania. Sam musi te miny wytropić i rozbroić.



Artykuły powiązane