Droga woda? Będzie droższa

04.09.2015
Ceny wody w Polsce, uwzględniając parytet siły nabywczej, są wyższe niż w wielu krajach UE. Niestety, w najbliższych latach wciąż będą rosnąć, m.in. przez powtarzające się w susze, ale i przez nadmiernie drogie, rozdmuchane inwestycje w infrastrukturę tej branży.

Infografika: Darek Gąszczyk


Ceny wody użytkowej (czyli tej z kranów) w Polsce są ściśle związane z opłatami za ścieki, które są przecież niczym innym niż zużytą wodą i dlatego owe opłaty nalicza się według wskazania wodomierza. Z cenami wody łączy je jednak przede wszystkim to, że zdecydowana większość przedsiębiorstw wodociągowych w Polsce to jednocześnie firmy kanalizacyjne, co zdradzają już same ich nazwy, których trzonem są często trzy słowa: „przedsiębiorstwo wodociągów i kanalizacji”. Trzeba o tym przypomnieć dlatego, że nasze spółki wodociągowo-kanalizacyjne w ostatnich latach inwestowały i wciąż muszą inwestować – w związku z wymogami unijnymi, a zaniedbania są ogromne – grube miliardy złotych w budowę i modernizację sieci kanalizacyjnych oraz oczyszczalni ścieków. Tylko w latach 2003-2013 przeznaczyły na ten cel aż 51 mld zł.

Na rozbudowę sieci wodociągowej i poprawienie jakości wody w kranach (uzdatnianie) wydały w tym okresie kolejne 20 mld zł. Za komuny setki miliony mieszkańców Polski nie miały dostępu do wodociągu, korzystając z przydomowych studni, z których woda często była złej jakości, nie spełniała norm. Pod tym względem – tak samo, jak w przypadku kanalizacji i oczyszczania ścieków – bardzo odstawaliśmy wtedy od Europy Zachodniej. W latach 90. budowano w naszym kraju dziesiątki nowych oczyszczalni i setki kilometrów nowych wodociągów oraz systemów kanalizacyjnych. W ostatnim ćwierćwieczu sama tylko sieć wodociągowa wydłużyła się aż trzykrotnie.

Inwestycje, szczególnie w kanalizację i oczyszczalnie ścieków, zwiększyły się jeszcze bardziej, gdy weszliśmy do UE. Bo wtedy okazało się, jak daleko nam jeszcze w tej materii do spełnienia unijnych norm. Bruksela przyznała nam na dostosowanie się do nich długi okres przejściowy: do końca 2015 r. W zeszłym roku szacowano, że w latach 2014-2015 musimy wydać na kanalizację i oczyszczalnie kilkanaście miliardów złotych. I na tym nie koniec inwestycji, bo musimy zmierzyć się jeszcze z problemem zagospodarowania osadów ściekowych (zgodnie z wymogami unijnymi od przyszłego roku nie będzie ich można wywozić na wysypiska odpadów) i ciągle za małym odsetkiem osób podłączonych do kanalizacji (w Polsce jest to 64 proc. ogółu mieszkańców, podczas gdy w Europie Zachodniej 95 proc. i więcej). Kolejne miliardy potrzebne są na modernizację i dalszą rozbudowę infrastruktury wodociągowej.

Problem w tym, że po pierwsze to bardzo droga infrastruktura, a im jej więcej, im jest nowsza, tym większe koszty amortyzacji. Po drugie koszty takich inwestycji muszą się przedsiębiorstwom wodociągowo-kanalizacyjnym zwrócić (przynajmniej w tej części, którą wykładają z własnej kieszeni, a nie z unijnej dotacji) i są rozkładane – doliczane do ceny wody i ścieków – na wszystkich ich klientów. A nie tylko tych, którzy bezpośrednio będą z tych inwestycji korzystać.

To jedna z głównych przyczyn, dla których opłaty za wodę i ścieki w Polsce tak znacząco wzrosły w ostatnich latach i co gorsza wciąż rosną. Według tegorocznego raportu firmy E&Y pt. „Bezcenna woda”, bazującego m.in. na danych Eurostatu, w latach 2000-2013 opłaty za wodę w Polsce wzrosły o 145 proc., a za ścieki aż o 220 proc. W całej UE było to odpowiednio: 71 i 66 proc., czyli dużo mniej. Mniejsze podwyżki były w zachodniej Europie (bo tam inwestowano w tę branżę mniej niż u nas), ale także w niektórych byłych krajach komunistycznych: w Czechach, Estonii i na Litwie. Szczególnie w przypadku ścieków, których odbiór zdrożał w Czechach w tym okresie o 149 proc., w Estonii – o 128 proc., a na Litwie „jedynie” o 87 proc.

Infografika: Darek Gąszczyk

Przez taki wzrost cen opłaty za wodę i ścieki w Polsce, przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej, są według danych firmy E&Y wyższe niż w większości krajów UE. Jak wynika z informacji Izby Gospodarczej Wodociągi Polskie już dziś wielu Polaków płaci rachunki za wodę i ścieki, z uwagi na ich wysokie ceny, z opóźnieniem lub wcale. W tym kontekście warto też przywołać ostatnie wydanie raportu pt. „Porównanie europejskich cen wody i ścieków”, wydawanego przez Bundesverband der Energie und Wasserwirtschaft (BDEW). Czyli Niemieckie Stowarzyszenie Branży Energetycznej i Wodociągowej. Jego autorzy wzięli pod uwagę Polskę, Niemcy, Francję, Holandię, Austrię oraz Wielką Brytanię bez Szkocji. Według tego raportu średnia opłata za wodę w naszym kraju, biorąc pod uwagę parytet siły nabywczej, wynosiła w 2012 r. 1,82 euro za metr sześcienny, a przeciętny roczny rachunek za wodę w przeliczeniu na osobę – 65 euro.

Dla porównania w Anglii i Walii było to 1,40 euro za m3 i 79 euro na osobę rocznie, w Holandii odpowiednio – 1,51 i 71 euro, w Austrii – 1,76 i 88 euro, we Francji – 1,86 i 104 euro, a w Niemczech – 1,94 i 87 euro (w każdym z tych krajów poza Polską ceny ścieków w latach 2007-2012 spadały lub przynajmniej nie rosły). Trzeba przy tym zaznaczyć, że Polacy – w przeliczeniu na jedną osobę – wciąż zużywają dużo mniej wody niż zachodni Europejczycy (np. o 50 proc. mniej niż Francuzi i Anglicy). Gdybyśmy zużywali jej tyle samo, to wtedy mielibyśmy większe rachunki za nią niż oni.

W przypadku ścieków wypadamy jeszcze gorzej, bo u nas płaci się za nie najwięcej w tej grupie państw. Przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej w 2012 r. w Polsce średnia opłata za ścieki wyniosła 2,93 euro za m3, w Anglii i Walii – 1,42 euro, we Francji – 1,74, w Holandii – 2,55, w Austrii – 2,62, a Niemczech – 2,80. Nasze przeciętne rachunki za ścieki, nawet nominalnie (bez uwzględnienia siły nabywczej), były wyższe niż we Francji, Anglii i porównywalne z holenderskimi.

Wysokie opłaty za wodę i ścieki nie wynikają u nas wyłącznie z tego, że w ostatnich dwóch dekadach musieliśmy nadrabiać zaniedbania z okresu PRL w tej branży i więcej inwestować w nią niż zachodnia Europa. Złożyło się na to jeszcze kilka innych czynników.

Po pierwsze w wielu przypadkach były to inwestycje przesadzone, zbyt duże w stosunku do potrzeb, przynajmniej w części nieuzasadnione ekonomicznie lub nie uwzględniające późniejszych, wysokich kosztów eksploatacji. Chodzi m.in. o przypadki budowy sieci kanalizacyjnych oraz wodociągowych na słabo zaludnionych terenach lub w wyludniających się miejscowościach. Według jednego z rozporządzeń ministra środowiska budowa kanalizacji ma uzasadnienie finansowe i techniczne tam, gdzie na kilometr sieci kanalizacyjnej będzie przypadać co najmniej 120 osób. Tymczasem według danych Ministerstwa Środowiska aż 64 proc. gmin błędnie wyznaczyło rejony, które spełniają ten wymóg. Błędnie znaczy w tym przypadku, że gminy wyznaczyły zbyt dużą powierzchnię takich rejonów.

Podobne zastrzeżenia można by mieć do wielu inwestycji związanych z ujęciami i stacjami uzdatniania wody oraz sieciami wodociągowymi. Pierwszy z brzegu ich przykład, z Wesołej – warszawskiej dzielnicy, w której mieszkam. W rozbudowie sieci wodociągowej w tejże dzielnicy MPWiK w Warszawie uwzględniło odludne drogi, przy których stoi po kilka domów, a także leśne, niezamieszkałe tereny, których właściciele chcą je przekształcić i sprzedać pod zabudowę. Więc wnioskowali o doprowadzenie do nich wodociągu. W całej Polsce takich inwestycji można znaleźć na pęczki.

Kolejna przyczyna to zbyt droga w niejednym przypadku realizacja inwestycji. Wynikająca m.in. z wciąż powszechnej w Polsce skłonności do „centralizacji”. W Warszawie przejawiła się ona w tym, że zamiast budowy kilku mniejszych, lokalnych oczyszczalni ścieków postawiono jedną zbiorczą, do tego na północno-wschodnim krańcu miasta. To pociągnęło za sobą konieczność budowy bardzo drogich tuneli pod dnem Wisły, w których umieszczono kolektory ściekowe prowadzące z lewobrzeżnej Warszawy. Teraz buduje się kolektory i przepompownie, które umożliwią transport ścieków z osiedli odległych nawet o 20 km. A im dłuższa trasa transportu ścieków do oczyszczalni, tym jest on droższy. Oznacza to więc również wyższe koszty eksploatacji.

Według przywoływanego raportu Niemieckiego Stowarzyszenia Branży Energetycznej i Wodociągowej (BDEW) wartość rzeczowa infrastruktury służącej do dostarczania wody i odbioru oraz oczyszczania ścieków (przy uwzględnieniu parytetu siły nabywczej) to w Polsce – w przeliczeniu na metr sieci wodociągowo-kanalizacyjnej – aż 300 euro, w Holandii – 90 euro, we Francji – 140 euro, w Austrii – 200 euro, w Niemczech – 220 euro, a Wielkiej Brytanii (bez Szkocji) – 328 euro.

Nie oznacza to jednak, że nasze wodociągi czy sieci kanalizacyjne są lepsze niż w tych krajach. Lepsza niż tam lub równie dobra jest ta część naszej infrastruktury, którą wybudowaliśmy w ostatnich latach. Wydawaliśmy na nią tyle, że firmom z tej branży brakowało już pieniędzy, żeby w odpowiednio szybkim tempie modernizować wcześniej powstałe oczyszczalnie i sieci wodno-kanalizacyjne. Potwierdzeniem tego faktu są dane na temat nieszczelności istniejących wodociągów i spowodowanych tym wycieków wody. W branży ten parametr, zwany „stratami wody”, zalicza się do kluczowych wskaźników jakości sieci wodociągowej i bezpieczeństwa dostaw. Tymczasem w Polsce sięga on aż 24 proc. (tyle wody „tracimy” podczas jej przesyłu z ujęć i stacji uzdatniania do odbiorców), podczas gdy w Niemczech jedynie 7 proc., w Holandii – 9 proc., a w Austrii – około 11 proc.

Są też tzw. czynniki obiektywne, niezależne od firm wodociągowo-kanalizacyjnych. Pierwszy to spadające w naszym kraju – w przeliczeniu na jednego mieszkańca – zużycie wody. Mimo że jest ono sporo niższe niż w krajach zachodniej Europy (o 50 proc. niższe niż we Francji i Anglii). Do tego spadku walnie przyczyniają się wysokie i wciąż rosnące u nas ceny wody. Dlaczego jej malejące zużycie może być powodem do zmartwienia? Bo im większe zużycie wody, tym niższe koszty jednostkowe jej pozyskania, uzdatniania i dostarczania odbiorcom. To jedna z przyczyn, dla których Anglicy czy Holendrzy mniejszą część swych pensji niż my przeznaczają na rachunek za wodę, ale i za ścieki. Kolejnym istotnym powodem jest mniejsza gęstość zaludnienia w Polsce niż w Anglii, Holandii czy Niemczech oraz wyższy u nas niż w tych krajach odsetek ludności wiejskiej. Bo to oznacza wyższe średnie koszty dociągnięcia wodociągu czy kanalizacji do jednego domu, a potem ich eksploatacji. To głównie przez mniejsze zaludnienie i wciąż dość duży odsetek ludności wiejskiej na jednego mieszkańca przypada u nas 8,7 metra wodociągu, podczas gdy w Niemczech, Holandii i Anglii – od 6,2 do 7,1 metra. Choć w owych państwach podłączonych jest do wodociągu od 97 do prawie 100 proc. mieszkańców, a w naszym kraju niecałe 90 proc., co oznacza, że sieci wodociągowych jeszcze u nas przybędzie.

Naszym słabym punktem, także przyczyniającym się do wysokich cen wody i ścieków, jest położenie geograficzne. Polskie rzeki wpływają do Bałtyku, który jest morzem małym, płytkim i prawie zamkniętym, przez co bardziej – niż np. Morze Śródziemne, nie wspominając o Atlantyku – zagrożonym zanieczyszczeniami trafiającymi do niego rzekami. Dlatego nasz kraj został w całości, tak samo jak Niemcy, zaliczony przez unijne dyrektywy do tzw. obszarów wrażliwych. W praktyce oznacza to, że wszystkie oczyszczalnie w Polsce muszą być wyposażone w trzystopniowy system oczyszczania ścieków. Czyli taki, który pozwala wyłapywać z nich także azot i fosfor, które to pierwiastki w nadmiernej ilości prowadzą do tzw. zakwitów rzek, jezior czy mórz, degradujących je i niszczących ich życie biologiczne, ale też groźnych dla ludzkiego zdrowia.

Można w tym przypadku mówić o naszym pechu, bo np. w przypadku Francji tylko 43 proc. jej powierzchni (w Wielkiej Brytanii to 67 proc.) jest zaliczonych do obszarów wrażliwych. Na pozostałej części terytorium może ona więc poprzestać na tańszych w budowie i eksploatacji oczyszczalniach dwustopniowych. Efekt jest taki, że Polska lepiej oczyszcza swe ścieki niż niektóre bogatsze od niej kraje Europy Zachodniej.

Ostatni niesprzyjający w naszym kraju niskim cenom wody i ścieków czynnik to fakt, że pod względem zasobów słodkiej wody w przeliczeniu na jednego mieszkańca Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w UE. Na jednego mieszkańca przypada u nas średnio ok. 1580 m3 takiej wody, podczas gdy średnia dla Europy to 4560 m3. Mimo to mało jej magazynujemy w zbiornikach wodnych, bo mamy ich za mało. Zatrzymujemy w nich tylko 6,5 proc. rocznego odpływu rzek (kilkakrotnie mniej niż w krajach zachodniej Europy), choć według Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej mogłoby to być nawet 15 proc.

Z tego powodu jesteśmy też bardziej narażeni na negatywne skutki susz, które zdarzały się u nas dotąd co kilka lat (to stała cecha naszego klimatu), ale mogą przytrafiać się nam coraz częściej i być bardziej dotkliwe. Ze względu na zmiany klimatyczne, skutkujące także większą częstotliwością tzw. ekstremalnych zjawisk pogodowych, w tym susz. Panująca obecnie w Polsce susza jest jedną z najcięższych w ostatnich dziesięcioleciach. W wielu miejscach stan wody w polskich rzekach jest najniższy, odkąd zaczęto jego mierzenie. W dziesiątkach polskich miejscowości przez suszę zaczęło brakować wody. Szczególnie dotknęło to korzystające z przydomowych ujęć rejony górskie, gdzie skaliste podłoże słabo zatrzymuje wodę z opadów deszczu. Taka sytuacja, niestety, najprawdopodobniej będzie się powtarzać w następnych latach, co też przełoży się na ceny wody. Nie tylko ze względu na konieczność budowania dodatkowych czy głębszych ujęć wody tam, gdzie jej zaczyna brakować. Przy upałach i niskim stanie wody w rzekach pobór wody i jej uzdatnianie są po prostu droższe. M.in. ze względu na mniejszą wydajność ujęć i większą ich awaryjność w takich warunkach, co dotyczy też stacji uzdatniania.

Co powinniśmy zrobić, żeby poprawić tę sytuację? Trzeba działań na wielu poziomach. E&Y w swym raporcie pt. „Bezcenna woda” zaleca konsolidację branży wodociągowo-kanalizacyjnej i wprowadzenie centralnego, rządowego regulatora cen wody i ścieków (na wzór np. Urzędu Regulacji Energetyki w branży energetycznej). Konsolidacja, bo ta branża jest w naszym kraju bardzo rozdrobniona, co zwiększa koszty operacyjne i utrudnia realizację większych, ponadgminnych inwestycji. Centralny regulator, gdyż obecnie w Polsce przedsiębiorstwa wodociągowo-kanalizacyjne mogą w zasadzie bez żadnych ograniczeń podnosić ceny wody i ścieków. Zmiany cen, uzasadniane wzrostem kosztów, powinny uzgadniać z samorządami gminnymi, ale mogą je wprowadzać nawet wtedy, gdy samorząd nie zaakceptuje proponowanej podwyżki. Według danych UOKiK z 2011 roku w ponad połowie zbadanych przez ten urząd gmin nowe stawki opłat za wodę i ścieki zostały wprowadzone mimo, że nie zatwierdził ich gminny samorząd. Według E&Y taka sytuacja prowadzi m.in. do nietrafionych inwestycji i przerostu kosztów w branży wodociągowo-kanalizacyjnej. Podobne rozwiązanie, dające wpływ administracji rządowej lub przynajmniej regionalnej na ceny wody i ścieków, funkcjonuje m.in. w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Austrii.

To jednak dotyka tylko jednego wymiaru naszych problemów z wodą. Trzeba bowiem też zadbać o to, żeby w przyszłości mniej dotykały nas susze. W tym celu powinniśmy nie tylko postawić na tzw. małą retencję wody czy inne proste formy magazynowania wody (w praktycznych i oszczędnych Niemczech przy wielu domach są beczki, do których „wyłapuje się” deszczówkę, służącą m.in. do podlewania ogródków). Ale także na większą ochronę terenów bagiennych i torfowisk – naturalnych magazynów wody. Takim magazynem jest też las, którego ściółka jest jak gąbka, zatrzymując kilkanaście razy więcej wody niż gleba łąkowa. Tymczasem pod względem wskaźnika lesistości (udziału lasów w powierzchni kraju) Polska jest wciąż poniżej średniej unijnej i wyprzedzają nas w tej materii nawet, o dziwo, Niemcy. Z drugiej strony mamy miliony hektarów nieużytków i tak słabych ziem rolnych, że w dzisiejszych realiach nie opłaca się na nich uprawa roli. Ale opłacałoby się posadzić tam las. Warto to robić szczególnie w górach, gdzie opadów jest więcej, a woda z deszczu spływa szybciej, co zwiększa też ryzyko powodzi.

Powinniśmy również zaprzestać „prostowania” koryt rzek, co, niestety, wciąż ma u nas miejsce, także z użyciem dotacji unijnych. W tak uregulowanej rzece woda spływa szybciej, co zwiększa też ryzyko powodzi. Jak więc możliwe, że ciągle do takich inwestycji u nas dochodzi? Hydrotechnicy mieli za PRL w Polsce dużo roboty i chcą sobie ją zapewnić także i dziś, przekonując niedouczonych decydentów, że „prostowanie” rzek jest pożyteczne.

Innymi słowy środków zaradczych nie brakuje. Musimy je tylko zacząć wykorzystywać.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test