Ekonomiczne powody braku biletów na Metallikę

06.12.2017
Istnieją poważne ekonomiczne powody, dlaczego organizatorzy zaniżają ceny biletów na koncerty i spektakle; kiedy rodzice mogą wybierać szkoły dla swoich dzieci, wcale nie wybierają tych, które najlepiej uczą – to wnioski z najnowszych ekonomicznych prac naukowych.


Kiedy w marcu 2017 roku organizator koncertu zespołu Metallica w Krakowie rozpoczął sprzedaż biletów, okazało się, że wszystkie zostały wyprzedane w ciągu kilku minut i wielu chętnych odeszło z kwitkiem. To ewidentnie oznacza, że bilety były zbyt tanie. Dlaczego zatem organizator nie podniósł cen, by zrównoważyć podaż z popytem?

Otóż takie postępowanie jest powszechne wśród organizatorów koncertów na całym świecie i jest jedną z nierozwiązanych zagadek z ekonomicznego Archiwum X. Próbę znalezienia satysfakcjonującego wyjaśnienia tego fenomenu podjęli Aditya Bhave i Eric Budish w pracy „Primary-Market Auctions for Event Tickets: Eliminating the Rents of Bob the Broker?” (Aukcje na bilety na rynku pierwotnym: eliminując zyski koników).

Autorzy rozpoczynają analizę od zacytowania zdobywcy Nagrody Nobla z ekonomii Gary’ego Beckera, który w 1991 roku powiedział: ”Kilka dekad temu poprosiłem moich studentów na Uniwersytecie Columbia, by napisali pracę będącą próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego odnoszące sukcesy teatry na Broadwayu nie podnoszą cen tak bardzo, jak by mogły. Zamiast tego racjonują bilety na pożądane spektakle. Nie dostałem odpowiedzi, która w pełni wyjaśniałaby ten fenomen, i ciągle nie mogę się nadziwić, dlaczego on istnieje”.

Co ciekawe, praktyka zaniżania cen biletów przez organizatorów masowych imprez jest bardzo stara. Autorzy podają przykład z 1868 roku, kiedy bilety na publiczne czytanie przez Charlesa Dickensa jego powieści „A Christmas Carol” („Wigilijna opowieść”) sprzedały się w pół dnia. Miały oficjalną cenę 2 dol., a koniki liczyły sobie za nie nawet 20 dol. (pewna gazeta podała, że chłopcu, który stał w kolejce, ktoś zapłacił 30 dol. w złocie za  odstąpienie miejsca).

Z ekonomicznego punktu widzenia zaniżanie cen biletów nie ma sensu. Organizator traci pieniądze, które przejmują spekulanci. Ci ostatni są bardzo dobrze zorganizowani. Większość sprzedaży biletów odbywa się obecnie przez internet. Koniki muszą więc tworzyć oprogramowanie, które automatycznie kupuje bilety.

Z ostatnich szacunków wynika, że średnio ok. 20 proc. biletów w USA jest przejmowanych przez koników (choć zdarza się, że jest to i 90 proc.) i sprzedawanych na rynku wtórnym. Przynosi to im ok. 10-15 mld dol. rocznie. Co ciekawe, organizatorzy koncertów niedawno podjęli próbę sprzedawana biletów po cenie rynkowej. Problem polegał na tym, że cena rynkowa na występ danego artysty ciągle się zmienia. Jedyny sposób jej dokładnego ustalenia to wystawienie biletów na aukcję.

I faktycznie. W 2003 roku firma Ticketmaster przeprowadziła wiele aukcji, ale sprzedawała w ten sposób tylko część biletów na każdy koncert. Naukowcy przeanalizowali te dane i okazało się, że aukcje powodowały średni wzrost przychodów o 100 proc. i praktycznie eliminowały spekulantów z rynku. Jedyna wada tego rozwiązania była taka, że niektórzy nabywcy płacili za bilety więcej, niż było to konieczne, by wygrać aukcję. Zdaniem naukowców problem ten można rozwiązać, wprowadzając pewne obostrzenia.

Powstaje jednak pytanie: skoro organizatorzy koncertów i zapewne sami artyści korzystają na aukcjach, dlaczego nikt ich nie stosuje (na przykład latem 2017 roku Ticketmaster nie zorganizował ani jednej aukcji na sprzedaż biletów). W opinii autorów głównym powodem jest prostota sprzedaży po ustalonych cenach. Znaczenie ma także to, że organizatorzy zaczęli wykorzystywać zgromadzone dane o cenach biletów, by ich cena lepiej odzwierciedlała ich rynkową wartość.

I tak na przykład bilety na bardzo popularny musical na Broadwayu „Hamilton” zaczynały się od 10 dolarów, a kończyły na 895 dolarach (ta najwyższa cena została wyznaczona po obserwacji cen, po jakich wystawiano te bilety na rynku wtórnym). Organizator wprowadził jednak zakaz odsprzedaży dla tych najtańszych biletów. Jest to możliwe, ponieważ można na przykład przypisać bilet do nazwiska kupującego i żądać wylegitymowania się przy wejściu (ten sposób jest stosowany także przez wielu polskich organizatorów koncertów).

Ta praktyka jest jednak stosunkowo rzadka na świecie. O tym dlaczego nie cieszy się popularnością, świadczy przypadek Letniej Olimpiady w Londynie w 2012 roku. Tam duże partie biletów otrzymali sponsorzy, których przedstawiciele często nie mogli się pojawić i duże partie widowni świeciły pustkami. Nie wyglądało dobrze i nie świadczyło dobrze o organizatorach. Ale ten problem jest z pewnością do rozwiązania, bo poradziły sobie z nim linie lotnicze. Im można zwrócić bilety, których nie można sprzedać na rynku wtórnym, ponosząc przy tym opłaty manipulacyjne.

Atila Abdulkadiroglu, Parag A. Pathak, Jonathan Schellenberg i Christopher R. Walters przygotowali pracę „Do Parents Value School Effectiveness?” (Czy rodzice cenią efektywność szkoły?). Analizują w niej efektywność systemu wyboru szkół w Nowym Jorku, w którym co roku 90 tys. nastolatków wybiera jedno z 400 liceów. Wskazują oni na specjalnym formularzu maksymalnie dwanaście szkół uszeregowanych od tych, do których chcieliby się dostać w pierwszej kolejnej, aż do szkoły ostatniego wyboru.

Autorzy postanowili sprawdzić, czy istnieje zależność między efektywnością szkoły a jej popularnością wśród uczniów. W tym celu wyszukali uczniów o zbliżonych cechach – rasie, płci, miejscu zamieszkania, podobnych wynikach testów – którzy dostali się do różnych szkół. Następnie sprawdzili, jakie wyniki ci prawie identyczni uczniowie mieli na koniec liceum. Jeżeli różnica była zauważalna, można było wnioskować, że jedna szkoła uczy lepiej do drugiej.

Z analizy wynikało, że rodzice i uczniowie wybierali szkoły z dużą liczbą dobrych uczniów. Zwykle takich uczniów jest więcej w bardziej efektywnych szkołach. Ale nie zawsze. Co więcej, jeżeli rodzice mieli do wyboru dwie szkoły mające tak samo dużo zdolnych uczniów, ale jedna z nich była bardziej efektywna w nauczaniu, to wcale nie wybierali takiej szkoły częściej.

To oznacza, że możliwość wyboru szkoły wcale nie sprawia, iż „nagradzane” są dobrze uczące szkoły, a „karane” źle uczące. Rodzice decydują się raczej na umieszczenie dzieci w towarzystwie najlepiej radzących się rówieśników. Co więcej, w tym systemie „karane” są szkoły, które przyjmują dużo słabszych uczniów, nawet jeżeli w wyniku procesu nauczania dzieci takie notują duży postęp.

Jeżeli wyniki tego badania zostaną potwierdzone, będzie to oznaczać, że legendarny wolnorynkowy ekonomista i laureat Nagrody Nobla z ekonomii Milton Freedman, który już w 1955 roku proponował wprowadzenie swobodnego wyboru szkół przez rodziców jako sposobu na poprawienie jakości nauczania, mylił się.

Z drugiej strony z badania wynika, że w lepiej uczących szkołach jest zwykle więcej uczniów, którzy osiągają dobre rezultaty, a więc trudno odmówić decyzji rodziców racjonalności. Z pewnością trudniej jest bowiem dostać wiarygodne dane o efektywności nauczania, niż popatrzeć na jej absolwentów. Poza tym chyba każdy się zgodzi z tym, że o sukcesie zawodowym nie decydują jedynie umiejętności i stopnie, ale także kontakty. A nabyte w szkole znajomości mogą istotnie przyczynić się do sukcesu w życiu.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły