Ordos, miasto – fatamorgana

13.05.2012
Gdzie leży najnowsze i najnowocześniejsze miasto na globie? I nie chodzi o Dubaj. Chińczycy odpowiedzą jednoznacznie: to Ordos, przez nich wymawiany Erduosi, bowiem chodzi o miejsce w Mongolii Wewnętrznej. Z mongolskiego należałoby tłumaczyć tę nazwę jako „pałace”, a precyzyjniej - jurty. I rzeczywiście – chodzi o pałace, tyle że położone na pustyni.

Ordos jest niemal w całości niezamieszkałe (CC BY-NC-ND AdamCohn)


Ten projekt zaczął być realizowany w 2001 roku. W roku 2005 rozpoczęto wielkie inwestycje. Zlokalizowano je w Kangbashi, 30 km od właściwego Ordos, poprzednio zaniedbanego, zapyziałego i skrajnie zanieczyszczonego ośrodka górnictwa węglowego (ponoć te złoża to aż 1/6 wszystkich chińskich zapasów tego surowca).

Efekty są zdumiewające – i to w każdym sensie tego słowa. Powstało miasto zaplanowane na 1,5 mln mieszkańców. Obok siebie, na piasku stoją wysokie wieżowce, jakby wprost przeniesione tutaj z Hongkongu. Mieszkania w każdym z nich kosztują od 70 do 100 tys. dolarów, niemało jak na ciągle rozwijające się Chiny. Ale obok stoją ustawione szeregowo rozległe wille, wewnątrz znakomicie urządzone. W nich cena za metr kwadratowy sięga 14 tys. dolarów. No, chyba że płaci się gotówką i na miejscu, wtedy upust może sięgnąć nawet 20 procent.

Szwarc, mydło i powidło

Budynki stoją, ale są puste, hula po nich wiatr z pustyni Gobi. Niemal nikt tu nie mieszka, poza służbami utrzymującymi porządek i firmami ochroniarskimi. Szacuje się, że do nabycia są tysiące mieszkań, które należałoby potraktować jako pustostany (w całych Chinach ponad 64 mln). Jak jest dokładnie, nikt nie wie, bo ani kostyczna urzędniczka Yang Hongyan będąca merem tego miasta, ani jej podwładni żadnych liczb nie ujawniają.

To bodaj największe na globie miasto-widmo, o czym można się przekonać naocznie -samoloty latają tam z kilku chińskich miast, w tym z Pekinu. Obok niezamieszkałych domów uderza gigantomania. Szerokie aleje – bez samochodów. W środku miasta, a raczej jednej wielkiej inwestycji, rozległy plac im. Czyngis Chana, co prawda bohatera Mongołów, ale przecież chińskiego cesarza, a na nim zarówno podobizna tego wojownika, jak też jego jeźdźców, no i stojących dęba nadnaturalnej wielkości koni, nieodłącznych bohaterów „cywilizacji stepu”.

Wielkie zaskoczenia dopiero przed nami. W Ordos pod koniec 2011 roku oddano do użytku gmach muzeum, z daleka przypominający wielki kartofel albo jakąś nieforemną grudę. Przygotowany przez głośnego w świecie architekta Ma Yasonga i jego firmę MAD, budynek ten nie ma bodaj ani jednej prostej ściany, same wypukłości, zagięcia i złamane perspektywy. Wszystko tu zdaje się przeczyć naszym wyobrażeniom o architekturze. Na razie muzeum może pochwalić się tylko tą unikatową architekturą, eksponatów z „cywilizacji stepu” czy historii Mongołów w nim za grosz. Stoi puste, podobnie jak całe miasto. Niedaleko stoi też pusta wielka hala koncertowa, w której, jak dotąd organizowano dwa, do trzech koncertów rocznie. Ponoć zapełni się za kilka miesięcy, bo właśnie w Ordos zaplanowano kolejne wybory Miss Uniwersum – i wtedy po raz pierwszy, być  może, usłyszy o nim cały świat.

Architekt Jiang Yuan w 2008 r. otrzymał zgodę na realizację projektu hotelu Hilton w tym mieście. Ma być okrągły, trzykondygnacjowy, przypominający wielki pierścień lub oponę. W środku basen i sztucznie utrzymywana zieleń, na zewnątrz – widok na prawdziwy step i pustynię. Czy to pomoże przyciągnąć turystów, których na razie tu niewielu? Na razie miastu nie dał rozgłosu ani tor do wyścigów samochodowych (mógłby być do Formuły I, ale ścigają się na nim, z rzadka, samochody słabszej mocy), ani – ponoć największy na świecie, jak zapewniają chińskie reklamówki – pokaz fontann na globie, nie mówiąc już o wielkich targach koni.

Z Ordos wiąże się jeszcze jeden, ważny projekt. W 2008 r. najbardziej znany w świecie chiński architekt, Ai Weiwei, związany ze szwajcarską firmą Herzog de Meuron, otrzymał akceptację swego projektu, by stu wybitnych architektów z 27 państw świata zaprojektowało tutaj, każdy według własnego pomysłu i uznania, sto willi, każda o powierzchni tysiąca metrów kwadratowych. Było to jednak nie tylko przed Olimpiadą w Pekinie, ale także wielkim trzęsieniem ziemi w Sichuanie, które sprawiło, że Ai Weiwei z architekta zamienił się w głośnego dysydenta. Projekt zaczął się więc opóźniać, jeszcze nie jest zakończony, jednakże umieszczone w Internecie makiety zdają się świadczyć, że mamy tu do czynienia z jednym wielkim eksperymentem architektonicznym na skalę globalną.

Zgubiony kompas

Ordos skupia w sobie, niczym w soczewce, niezwykłą wprost ilość przesłań i informacji. Przede wszystkim jest dowodem chińskiego rozmachu, gigantomanii, ale też rozbuchanej ekstrawagancji. Na pomysł wpadły władze centralne, naturalnie zyskując entuzjazm władz lokalnych, cieszących się, że przyjdą tu wielkie pieniądze, przez co nie będą musiały się rozliczać z częstych wypadków w kopalniach. Projekty Ai Weiweia czy budowy Hiltona formalnie wspiera i sponsoruje firma hydroelektryczna Jiang Yuan, mianująca się „prywatną”. Faktycznie wiadomo, że władze sponsorują tego typu firmy wielkimi sumami, rzędu 7,5 do 10 mld juanów (1,2-1,5 mld dolarów).

Efekt jest  taki, że Ordos nie jest wcale przypadkiem odosobnionym. Na fali deweloperskiego szaleństwa władze w Pekinie chwaliły się tym, że oddają dziesięć nowych miast w ciągu roku. Część z nich, jak położone na południu kraju Zheng Zhou, czy Chenggong, to podobne miasta-widma. Przy czym Zheng Zhou ma jeszcze na dodatek ponoć największy na świecie mall handlowy, też pusty, w którym gdzieniegdzie można odnaleźć tylko sprzątaczki.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że skoro w Ordos domy i mieszkania stoją puste, to nie mają właścicieli. Ależ mają. Zdecydowana większość tych pustostanów ma właścicieli. Większość uznawała, że zakup nieruchomości, nawet na pustyni, to najlepsza lokata kapitału, ucieczka przed presją inflacyjną, a na dodatek bezpieczna. A to dlatego, że  – mimo nacisku niektórych środowisk – w Chinach nie ma, jak dotąd, podatku ani od nieruchomości, ani od transakcji na rynku deweloperskim. Toteż władze miasta chwalą się tym, że dochody jego mieszkańców są najwyższe w Chinach i przekraczają rocznie 16 tys. dolarów per capita. Podają też, że ilość transakcji sprzedaży mieszkań stale rosła – od sumy 100 mln dolarów w roku 2004, do 2,4 mld dolarów w roku 2010. Dopiero ostatnio ta tendencja się zatrzymała.

Chiny wreszcie zrozumiały, że kreowana odgórnie, nakręcająca koniunkturę i wzrost bańka na rynku deweloperskim jest bliska wybuchu. Nagle ceny nieruchomości w największych miastach mocno, o 30 proc. i więcej, zaczęły spadać. A do Ordos i innych nowoczesnych dzielnic na obrzeżach miast lub innych miast-widm, przestali napływać nowi klienci. Pewien etap w rozwoju Chin najwyraźniej się kończy. Mija epoka sięgania po wzrost gospodarczy za wszelka cenę, bez zważania na skutki uboczne.

Patrick Chovanec, wykładający od 2008 r. na renomowanym, stołecznym Uniwersytecie Qinghua (kiedyś politechnice, dzisiaj bardziej szkole zarządzania), który stał się głośny na arenie międzynarodowej atakując władze chińskie za niewłaściwe – jego zdaniem – lokowanie środków z głośnego „pakietu stymulującego” chiński rynek wewnętrzny, wprowadzonego pod koniec 2008 r. w odpowiedzi na kryzys na światowych rynkach (przypomnijmy, że chodziło o sumę rzędu 586 mld dolarów) już od dawna przepowiada, że „idzie koniec”, bańka na rozbuchanym do niebotycznych rozmiarów chińskim ryku nieruchomości w końcu pęknie.

Komfort czy już bańka

Rozpoczęła się – i słusznie – debata, czy Chiny po bezprecedensowej fazie wysokiego, 10-proc. wzrostu będą w stanie zafundować sobie – i światu – miękkie lądowanie, czy w miarę bezboleśnie dokończą rozpoczęte projekty, jak te w Ordos, no i czy będą w stanie należycie z nich korzystać. To delikatny moment w chińskim procesie transformacji, bo już nawet najwyższe władze uświadomiły sobie, że epoka oparta na formule „wzrost nade wszystko” właśnie się skończyła. Z ilości trzeba przejść na jakość, bowiem rozwarstwienie społeczeństwa przekroczyło wszelkie miary, a ekstrawagancja niektórych pomysłów już dawno wyszła poza granice zdrowego rozsądku, z którego to rzekomo pragmatyczne chińskie kierownictwo było dotychczas znane.

Na tym ostrym wirażu władze, dotychczas korzystające pełnymi garściami z ogromnych rezerw, taniej siły roboczej i symbiozy z państwowymi bankami, łatwo udzielającymi kredytów, najwyraźniej straciły busolę – i jedność. Największa od wydarzeń na Placu Tiananmen wiosną 1989 r. afera wokół mera Chongqingu Bo Xilaia dowodzi, iż na samych szczytach władzy doszło do ostrych kontrowersji na temat tego co dalej robić z Chinami, które jakże często mają oblicze dokładnie takie, jak Ordos: wielkiego placu z niedokończonymi budowami lub też pustostanami, czy obiektami zbudowanymi, ale niewykorzystanymi. Nawet taki kolos jak Chiny nie może sobie na dłuższą metę  na inwestycyjne szaleństwa pozwolić.

Skończyła się epoka wzrostu opartego na niekontrolowanych inwestycjach. Problem w tym, że ani kierownictwo państwa, ani eksperci nie są w stanie jasno powiedzieć, co ma nastąpić w zamian. Trwają zaciekłe spory, dobrze widoczne w chińskim Internecie. Ale zgody czy konsensu nadal nie ma.

Ambasador Bogdan Góralczyk


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test