Białoruś nie zważa na sojusz z Rosją, gdy chodzi o zarobek

18.12.2014
Dla stosunków białorusko-rosyjskich najważniejsza będzie głębokość kryzysu, jaki dotknie Rosję w wyniku spadków cen ropy. Zanim Moskwa przestanie dotować Mińsk, Białoruś stara się wyszarpnąć dla siebie jak najwięcej, m.in. reeksportując zachodnią żywność do Rosji czy handlując z Ukrainą sprzętem i paliwami.

Aleksandr Łukaszenka, prezydent Białorusi. (By NC ND socialism expo)


  • Powiązane tematy:

Aleksandr Łukaszenka regularnie zapewnia, ze Białoruś jest najważniejszym sojusznikiem Rosji na terytorium proradzieckim. Kraje te od kilku lat pogłębiają integrację gospodarczą, budując m.in. Unię Celną, która od 2015 roku ma się przekształcić w Euroazjatycką Wspólnotę Gospodarczą. Twór w założeniu ma kopiować EWG, jednak proces integracji bardzo różni się od tego, czego doświadczyła Europa w latach 60. XX w. W rzeczywistości mamy do czynienia z Rosją jako hegemonem, który ma ogromne siły i środki, by narzucić swoją wolę satelitom.

Dotowana przez Rosję miliardami dolarów, tanimi surowcami energetycznymi, inwestycjami i kredytami Białoruś – chcąc nie chcąc – przystaje na tę integrację. Stosuje jednak bierny opór i najrozmaitsze sztuczki, by przy zawieraniu kolejnych umów wyrwać jak więcej dla siebie. Białoruski prezydent chyba nie ma złudzeń, że proponowana przez Rosjan integracja w dłuższej perspektywie nie przyniesie jego krajowi wielkich korzyści gospodarczych. Łukaszenka ryzykuje popsucie swoich relacji z Kremlem i wykorzystuje każdy kruczek prawny, by postawić na swoim i do tego zarobić.

Jabłka znikają, wracają granice

Podjęta pod koniec listopada decyzja Kremla o zakazie importu mięsa z Białorusi i de facto przywrócenie rosyjsko-białoruskiej granicy dla białoruskich przewoźników wstrząsnęły Łukaszenką, który publicznie skarżył się, że Rosjanie chcą „dać komuś nauczkę”.

– Nie jesteśmy szczeniakami, by nas tarmosić – mówił na spotkaniu z gubernatorem Petersburga.

Białoruś nie pozostała dłużna i na granicy z Rosją wprowadziła lotne kontrole celne, uderzając w zakładające zniesienie granic wewnętrznych zasady umowy o unii.

Nie można się dziwić wzburzeniu białoruskiego przywódcy, decyzja Rosjan niszczy bowiem ważny dla gospodarki jego kraju proceder. Chodzi o omijający rosyjskie embargo reeksport zachodniej żywności do Rosji.

Na celowniku rosyjskich służb sanitarnych znalazło się 10 białoruskich przedsiębiorstw wykorzystujących mięso importowane z zachodu. Rosyjska Agencja Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rosselchoznadzor) tradycyjnie (tak jak niegdyś w polskim mięsie) „znalazła” w białoruskich wyrobach „antybiotyki i niebezpieczne bakterie”. Rosjanie również wpadli na pomysł blokowania transportów żywności na swojej granicy, wprowadzając kontrole dla białoruskich przewoźników. Wszystko to, by zapobiec procederowi znikania na swoim terytorium ładunków – głównie polskich owoców lub warzyw.

Wypełnione polskimi jabłkami czy kapustą białoruskie ciężarówki miały według dokumentów zmierzać do Kazachstanu, jednak tuż po przekroczeniu rosyjskiej granicy były rozładowywane i wracały na Białoruś. Tam znowu napełniano je towarem i z tym samym kompletem dokumentów znów wysyłano w drogę… do Kazachstanu. O skali procederu świadczą dane rosyjskiej agencji, która w ciągu trzech październikowych dni zawróciła 19 transportów z polskimi i greckimi owocami o łącznej wadze 360 t.

Białoruś nie chce antysankcji

W sierpniu 2014 r. Białoruś i Kazachstan odmówiły przyłączenia się do wprowadzonych przez Rosję sankcji wobec zachodniej żywności. Rosja od początku miała problem w egzekwowaniu embarga, gdyż pomiędzy krajami Unii Celnej zrezygnowano z kontroli granicznych i celnych w imię swobody przemieszczania się towarów. Łukaszenka od razu zapowiedział, że Białoruś będzie importować z Europy żywność, jednak do Rosji będzie wysyłać „wyłącznie białoruską produkcję”. Uwagę internautów od razu przykuły doniesienia z rosyjskich sklepów, w których pojawiły się parmezan i krewetki „made in Belarus”. Wtedy białoruskie władze tłumaczyły się, że według prawa Unii Celnej mają prawo sprzedawać do Rosji „głęboko przetworzoną” przez siebie zachodnią żywność.

Łukaszenka postanowił jednak pójść o wiele dalej. Niespodziewanie pojawił się w materiale telewizyjnym, który pokazywał, jak razem z synem zbierał dorodne białoruskie arbuzy. Skoro można je było wyhodować pod Mińskiem, to kto udowodni, że te, które trafiały na eksport, nie pochodzą właśnie stamtąd, tylko przyjechały np. z Grecji? Rosjanie, którzy dotąd przymykali oczy na machinacje białoruskich władz, usztywnili stanowisko. Zdaniem białoruskiej ekonomistki Tacciany Manionak w imię realizacji swojej idei zbierania ziem poradzieckich Putin wcześniej wybaczał wiele Łukaszence. Na początku października Białoruś i Kazachstan ostatecznie podpisały jednak i ratyfikowały umowę o stworzeniu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej i najwidoczniej skończył się dla nich okres ochronny.

Rozpuszczalnikowe eldorado

Łukaszenka jest skazany na ekonomiczny sojusz z Rosją, ale stara się do maksimum wykorzystać każdy kruczek prawny, by wyrwać dodatkowe pieniądze.

W zawartej pod koniec 2010 r. umowie Białoruś zobowiązała się do odprowadzania od 2011 r. do rosyjskiego budżetu ceł eksportowych za sprzedane za granicę paliwa pochodzące z przetwórstwa rosyjskiej ropy. Wizja oddawania Rosji ogromnych sum (w 2013 r. było to 3,3 mld dol.) była jednak trudna do przyjęcia dla białoruskich władz. Biznesmeni zbliżeni do Łukaszenki wymyślili sprytny mechanizm. Zamiast paliw Białoruś nagle zaczęła masowo eksportować do UE rozpuszczalniki, za które według prawa Unii Celnej Rosja nie pobierała ceł. W efekcie w 2011 r. Białoruś wyeksportowała ponad dziewięć razy więcej rozpuszczalników niż rok wcześniej. Podobnie było w 2012 r., gdy z Białorusi do zachodniej Europy trafiło ponad 17 mln ton rozpuszczalników. Rosjanie oceniali wtedy straty swojego budżetu na 1–2 mld dol.

Okazało się, że według prawa Unii Celnej benzyna może zamienić się w „rozpuszczalnik” po dodaniu odpowiedniego składnika chemicznego. Istnienie tego procederu potwierdził nawet sam Łukaszenka, zapewniając, że operacja jest zgodna z prawem. Rosjanie jednak wkrótce wnieśli poprawki do prawa Unii Celnej i obłożyli rozpuszczalniki cłem eksportowym. Z dnia na dzień Białoruś zmniejszyła eksport rozpuszczalników prawie do zera. Rosjanie przestali zgłaszać pretensje i sprawa ucichła. Białoruscy eksperci uzasadniają umiarkowaną reakcję Rosjan procesem tworzenia unii. Putin pragnął jak najszybciej zakończyć negocjacje, więc po prostu przymknął oko na machinacje Białorusinów.

Nie minęły dwa lata, a trick powtórzono, choć na mniejszą skalę, tym razem zastępując rozpuszczalniki mieszankami bitumicznymi. W pierwszym półroczu 2014 r. Białoruś wyeksportowała prawie 0,5 mln t tych substancji, czyli 182 razy więcej niż w analogicznym okresie 2013 r., gdy eksport wyniósł jedynie 2,6 tys. t. Tym razem rosyjskie straty ocenia się najwyżej na 100 mln dol. Mając przed sobą ratyfikację przez Białoruś umowy o utworzeniu Unii Euroazjatyckiej, Rosjanie znowu nie zareagowali.

Białoruskiego prezydenta usprawiedliwia jednak fakt, że dążąc do stworzenia wspólnego rynku, Rosjanie jakoś nie godzili się, aby obejmował on również rynek surowców energetycznych. W efekcie prowadziłoby do sytuacji, że białoruskie firmy płaciłyby za energię więcej, co pogarszałoby ich konkurencyjność na wspólnym rynku. Pomysł z rozpuszczalnikami, choć kontrowersyjny, był jakąś formą przywracania sprawiedliwości we wzajemnych relacjach gospodarczych.

Przysługa za przysługę

W sierpniu 2013 r. Władysław Baumgertner, dyrektor rosyjskiej firmy Uralkalij – jednego z największych w świecie producentów nawozów potasowych, trafia z lotniska w Mińsku do aresztu. Dzieje się to zaraz po spotkaniu z białoruskim premierem, który specjalnie zaprosił go do Mińska, by „wyjaśnić rozbieżności”. Bezpośrednim powodem jest opuszczenie przez Uralkalij spółki BKK. Wspomniane konsorcjum, utworzone z białoruskim potentatem potasowym Biełaruskalij, kontrolowało 40 proc. światowego rynku potasu. Rosjanie oskarżyli Białoruś o sprzedawanie swojej produkcji poza strukturami spółki (Łukaszenka kilka miesięcy wcześniej podpisał pozwalający na to stosowny dekret). Tymczasem białoruski prezydent oskarżył Rosjan o to, że okradli białoruski budżet na 100 mln dol. i grali na obniżenie wartości białoruskiej firmy, by ją potem odkupić.

Wszyscy spodziewali się wielkiego skandalu, wiedząc jak histerycznie Rosja zachowuje się w przypadku aresztowania swoich obywateli. Dodatkowo białoruskie KGB zupełnie bezprawnie wybrało się na polowanie do Moskwy, by dopaść pozostałych dyrektorów Uralkaliju. Kreml jednak praktycznie nabrał wody w usta. Okazało się, że akcja białoruskich władz była w istocie na rękę związanym z Putinem oligarchom. Uralkalij znajdował się w rękach Sulejamana Kerimowa, biznesmena kojarzonego z byłym prezydentem Dmitrijem Miedwiediewem. Putin, który rok wcześniej wrócił na prezydencki fotel, ograniczał właśnie wpływy byłego prezydenta w gospodarce, a Łukaszenka doskonale wpisał się w kremlowskie intrygi.

Dodatkowo wyszło na jaw, że ma on w szeregach rosyjskich elit potężnego lobbystę – Igora Sieczina, szefa Rosniefti. Rosyjska firma jest bowiem współwłaścicielem rafinerii w Mozyrzu. Ostatnią rzeczą, do jakiej by dopuścił, było poświęcenie interesów na Białorusi w imię rozgrywek na Kremlu. Gdy w odpowiedzi na areszt Baumgertnera Transnieft zapowiedział możliwość ograniczenia dostaw ropy naftowej ropociągami na Białoruś, Sieczin natychmiast zapowiedział, że przewiezie surowiec koleją. Pomysł sankcji umarł śmiercią naturalną.

Na koniec Kerimow został zmuszony do sprzedania swoich udziałów w Urakaliju Michaiłowi Prochorowowi, oligarsze związanemu z Putinem. Baumgertnera wypuszczono do Moskwy, dokąd przekazano śledztwo. Sprawa się rozmyła, a Łukaszenka upiekł dwie pieczenie – wygnał ze spółki Rosjan, którzy ostrzyli sobie zęby na Biełaruskalij, a przy okazji oddał przysługę ważnym ludziom w rosyjskiej elicie. Nie został ukarany za to, jak potraktował rosyjskie przedsiębiorstwo.

Sojusznik „kijowskiej junty”

Nie zważając na napięte stosunki rosyjsko-ukraińskie, Białoruś stara się od samego początku wyciągnąć jak największe korzyści gospodarcze ze współpracy z Ukrainą. Łukaszenka zupełnie się z tym nie kryje. W dniu Święta Jedności Białorusko-Rosyjskiej udał się do Lotniczych Zakładów Remontowych w Baranowiczach, gdzie wygłosił pochwałę ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, który zresztą inwestuje na Białorusi. Firma Motor-Sicz z Zaporoża dysponuje bowiem pakietem kontrolnym Lotniczych Zakładów Remontowych w Orszy. Działo się to na samym początku zbrojnego konfliktu na wschodzie Ukrainy. Białoruś – wojskowy sojusznik Rosji –chciała jednocześnie rozwijać współpracę z przemysłem zbrojeniowym „wrogiej” Ukrainy.

Łukaszenka wymyślił sobie, że skoro Petro Poroszenko, prezydent Ukrainy, wydał dekret zabraniający sektorowi zbrojeniowemu współpracy z rosyjskimi firmami, Białoruś stanie się centrum naprawczym rosyjskich samolotów i śmigłowców wykorzystujących ukraińskie części zamienne. 16 lipca 2014 r. ostrzegł nawet ukraińskie władze, by nie ingerowały w proces produkcyjny orszańskiej fabryki.

Paliwa płyną nieprzerwanie

W sierpniu białoruski prezydent obiecał Poroszence, że nie przerwie dostaw paliwa na Ukrainę. W oficjalnym oświadczeniu pokreślił, że „Białoruś rozumie wagę tej kwestii, szczególnie biorąc pod uwagę kampanię żniwną, i dlatego okaże wsparcie Ukrainie i zapewni dostawy produktów naftowych, nie zważając na zapotrzebowanie wewnętrzne”. Wyprodukowane z rosyjskiej ropy białoruskie paliwo oprócz kombajnów napędza jednak również ukraińskie czołgi. Dla uzależnionej od importu paliw Ukrainy stabilność dostaw podczas działań wojennych była dużą przysługą (Ukraińcy importują 75-80 proc. paliw, w 60 proc. z Białorusi).

Obaj prezydenci lubią wymieniać się gospodarczymi przysługami. Miesiąc wcześniej Ukraina zakupiła dla jednostek swojej armii i Gwardii Narodowej kilkadziesiąt ciężarówek wyprodukowanych przez Mińską Fabrykę Samochodów. Zakupu dokonano bez przetargu. Borykająca się z problemami w zbycie swoich produktów fabryka otrzymała po prostu podarunek od ukraińskich władz, a ukraińska armia będzie zwalczać separatystów i rosyjskie wojska w Donbasie przy pomocy białoruskiego sprzętu.

Decydująca w stosunkach białorusko-rosyjskich będzie głębokość kryzysu, jaki dotknie Rosję w wyniku spadków cen ropy. W sytuacji silnego zintegrowania ich gospodarek Białoruś może spodziewać się recesji u siebie. Kłopoty budżetowe mogą doprowadzić do wstrzymania przez Rosję dotacji dla Mińska. Putin stwierdził wiosną 2014 r., że w ciągu ostatnich czterech lat Białoruś otrzymała w wyniku zniżek na surowce energetyczne 35 mld dol. To około 16 proc. białoruskiego PKB. Dane te potwierdzili eksperci Instytutu Gospodarki Białoruskiej Akademii Nauk. Co gorsza, w 2015 r. Białoruś będzie musiała zwrócić swoim pożyczkodawcom 4 mld dol. kredytu. I wtedy okaże się, że Białorusini zapłacą za rosyjski Krym i Donbas.

Artykuły powiązane


Tagi

Popularne artykuły