Budujemy elitarną sieć w środowisku akademickim

13.08.2013
Mówiliśmy naukowcom, którzy przyjeżdżali na staże, żeby nie spodziewali się czerwonych dywanów po powrocie. Niektórym w Polsce nie w smak, że będą głośno mówić, że postępowanie rektorów, czy dyrektorów instytutów jest hamulcem w rozwoju polskiej nauki i innowacyjności. Pierwsza rzecz jaką mogą zrobić przełożeni, to nie przeszkadzać – mówi prof. Piotr Moncarz na półmetku program Top 500 Innovators.

(CC By jonny goldstein)


Obserwator Finansowy: Top 500 Innovators, którego najważniejszym celem jest przekazanie wyróżniającym się polskim naukowcom wiedzy o metodach współpracy świata nauki z biznesem i komercjalizacji wyników badań naukowych stosowanych przez najlepsze pod tym względem uczelnie na świecie, właśnie zbliża się do półmetka. Na staże wyjechało już 240 naukowców spośród planowanych 500. Czy możemy mówić już o pierwszych efektach programu?

Piotr Moncarz: Chyba najlepszą odpowiedzią na to pytanie jest niedawna decyzja rządu o podwyższeniu limitów zamówień publicznych dla uczelni i instytutów naukowych, która ma ułatwić prowadzenie prac badawczych. To w znacznej mierze zasługa środowiska uczestników programu Top 500 Innovators, którzy zorganizowali lobbing na rzecz zmiany prawa zamówień publicznych. To przykład najlepiej obrazujący zdolność tej grupy do samoorganizacji, jej aktywność i skuteczność. Zorganizowany niedawno pierwszy zjazd absolwentów programu Top 500 Innovators pokazał energię i determinację tych ludzi. To wszystko wskazuje, że udało się scementować nową społeczność, która będzie miała coraz większy wpływ na przekształcanie środowiska akademickiego.

Ta energia rzeczywiście rzuca się w oczy, ale widoczna jest też jednak frustracja niektórych uczestników programu twierdzących, że udział w programie jest pretekstem do tłamszenia ich inicjatyw.

Byłbym zdziwiony, gdyby tak nie było. Mówiliśmy naukowcom, którzy przyjeżdżali na staże na Uniwersytet Stanforda i Berkeley, żeby nie spodziewali się czerwonych dywanów po powrocie. Niektórym osobom w Polsce nie będzie w smak to, że uczestnicy programu będą krytycznie oceniać otaczającą rzeczywistość, a nawet głośno mówić, że postępowanie dziekanów, rektorów, czy dyrektorów instytutów nie tylko nie pomaga rozwojowi polskiej nauki i innowacyjności ale jest ich hamulcem. Wierzę jednak, że ta obronna postawa po jakimś czasie ustąpi gotowości do współpracy i wprowadzania potrzebnych zmian. Pierwsza rzecz jaką mogą zrobić przełożeni uczestników programu Top 500 Innovators, to przynajmniej im nie przeszkadzać, a z czasem może zaczną im pomagać.

Pojawiają się też wątpliwości, czy tej awangardowej grupie zmian w polskiej nauce wystarczy energii do przełamania oporu materii. Czy nie obawia się Pan, że stare skutecznie obroni się przed nowym?

Twórcy programu w ministerstwie nauki i współpracujący z nim przedstawiciele uniwersytetów Stanforda oraz Berkeley od początku byli świadomi, że organizujemy coś w rodzaju obozu przygotowań olimpijskich, po którym jedni dojdą do największych osiągnięć, a inni nawet wycofają się z nauki. Jesteśmy realistami i wiemy, że nie wszyscy uczestnicy programu Top 500 Innovators pozostaną w środowisku naukowym, a także nie wszyscy, którzy zdecydują się odejść z nauki założą polskie odpowiedniki Hewletta Packarda lub Skype’a. Niemniej trzon tej grupy pozostanie na uczelniach i będzie pracować nad radykalną zmianą świata nauki. Bez niej nie poprawimy tak druzgocących i wstydliwych dla Polski rankingów innowacyjności.

Czy ta nowa społeczność rzeczywiście może się stać się katalizatorem radykalnej poprawy innowacyjności naszego kraju?

Bardzo mocno w to wierzę. To są ludzie o niesamowitej dynamice. Wielu z nich zgłosiło chęć uczestnictwa w programie wbrew swoim szefom. Niektórzy wzięli bezpłatny urlop, żeby pojechać na staż, bo ktoś usiłował ich od tego odwieść. Połączenie ich determinacji z wiedzą, którą zdobyli na Stanfordzie i w Berkeley to recepta na pewny sukces. Wierzę, że to środowisko jest na to skazane.

Może w takim należałoby zorganizować kolejną edycję programu powiększając grono liderów zmian w polskiej nauce do tysiąca osób, czy może jeszcze większej liczby?

Niewątpliwie gdybyśmy całe polskie środowisko naukowe wysłali do Doliny Krzemowej to szansa na szybkie zmiany byłaby większa, ale to jest oczywiście nierealne ze względów logistycznych i oczywiście finansowych. Spodziewam się, że to grono 500 osób przyciągnie nowych sympatyków i szybko się rozrośnie. Oni zmienią podstawy myślenia o nauce w Polsce.

Z obiektywnymi ograniczeniami nie ma co dyskutować, ale może istnieje możliwość, żeby społeczność uczestników programu Top 500 Innovators, czerpiących wiedzę bezpośrednio z najlepszych źródeł, była jednak liczniejsza od tej założonej na początku pięćsetki?

Polskie środowisko naukowe obejmuje około 100 tys. osób. Jeśli zawęzimy je do najbardziej aktywnej grupy wiekowej, a ponadto do dziedzin ścisłych, wówczas to około 500 osób. To jest już dosyć pokaźna grupa. Obawiam się, że jej znaczące zwielokrotnienie jest mało realne. Może dałoby się ją podwoić. Bardziej wierzę w stymulowanie organicznego rozrostu środowiska Top 500 Innovators, przyciągającego do swojego grona naukowców, którzy nie wyjechali na staż za ocean.

Warto wspomagać tę pięćsetkę jako grupę oddziałującą na całą naukę polską. Gdyby każdy z uczestników programu przyjął ambitny cel wprowadzenia do tej grupy pięciu naukowców w ciągu dwóch, trzech lat, wówczas mielibyśmy 3 tys. osób myślących podobnie i blisko współpracujących ze sobą. Oczywiście konieczne jest podtrzymywanie tej grupy i pobudzanie jej do działania, choć poziom zaangażowania tych ludzi już teraz jest imponujący.

Czy uważa Pan, że w połowie programu należałoby wprowadzić do niego znaczące zmiany?

Staż każdej kolejnej 40-osobowej grupy jest nieco inny. Wprowadzamy zmiany w reakcji na potrzeby poszczególnych grup, ale niezmiennie koncentrujemy się na miękkich elementach wykształcenia – budujemy doświadczenie pracy zespołowej w grupie multidyscyplinarnej, przekazujemy wiedzę na temat określania własności intelektualnej i jej ochrony, uczymy planowania strategicznego procesów i ich egzekucji.

To chyba drobne korekty, a jeśli chodzi o zmiany bardziej zasadnicze?

Dobrze byłoby wprowadzić więcej elementów budowania powiązań między uczestnikami programu z Doliną Krzemową. Takie kontakty powstawały do tej pory, ale pozostawiliśmy to inwencji uczestników. Wydaje mi się, że ten proces mógłby mieć charakter systemowy i zaplanowany, tak aby każdy uczestnik wracał do Polski z portfelem około 30 kontaktów do przedstawicieli firm z Doliny Krzemowej. Chciałbym żeby środowisko top 500 Innovators stworzyło największą i najbardziej efektywną sieć powiązań Polski z Doliną Krzemową.

W tej chwili wiadomo już, że ponad połowa uczestników programu odbyła lub odbędzie staże na dwóch uczelniach – Uniwersytecie Stanforda i Berkeley. Na świecie jest pewnie jeszcze co najmniej kilka uczelni, których doświadczenia warto byłoby poznać i wykorzystać. Czy ten program można by rozprzestrzenić?

Berkeley i Stanford są częścią ekosystemu Doliny Krzemowej. To jest unikalna kultura, ale byłoby dobrze gdyby pojawiły się uczelnie spoza tego specyficznego kręgu. Dołączenie innych uczelni, jak na przykład Cambridge byłoby dobrym pociągnięciem. Cambridge ma jednak tę cechę, że jest blisko Polski, a nam zależy na oderwaniu uczestników programu od macierzystych środowisk. Staramy się wywołać w nich szok, który otworzy ich na coś zupełnie nowego. Inne uczelnie muszą być jednak zainteresowane współpracą z Polską i stworzyć stosowny program staży dla naszych naukowców. Pracownicy Stanforda mocno się napracowali, żeby stworzyć program dobrze dostosowany do potrzeb polskich naukowców.

To co zrobiliśmy wspólnie z Ministerstwem Nauki było eksperymentem na skalę światową. W takim formacie strategicznym chyba nikt tego jeszcze nie zrobił. Od jakiegoś czasu odbieram pytania z państw europejskich, czy nawet Malezji lub Chin, które chciałyby powielić program Top 500 Innonvators. To świadczyłoby, że stworzyliśmy nową wartość.

Wspomniał Pan o potrzebie wyrwania młodych polskich naukowców z dobrze znanego im otoczenia i wywołania szoku. Czy zatem nie należałoby pomyśleć o uruchomieniu staży na czołowych uczelniach izraelskich i koreańskich? W końcu to te państwa mają największe osiągnięcia w pobudzaniu innowacyjności w ostatnich dziesięcioleciach.

W przypadku Korei bariery kulturowe mogłyby być zbyt silne i zbyt długi czas trzeba byłoby poświęcić na ich pokonywanie. Pomysł z uczelniami izraelskimi może być ciekawy, ale uważam, że powinniśmy pozostać przy stażach na uczelniach z pierwszej dziesiątki listy szanghajskiej [lista najlepszych na świecie uczelni, w której ostatniej edycji w pierwszej dziesiątce poza uczelniami amerykańskimi znalazły się tylko Cambridge i Oxford – przyp. autora]. Nie zapominajmy, że ten program ma stworzyć elitarną sieć w środowisku akademickim. Jeśli ci ludzie mają być elitą, to muszą mieć poczucie, że wszyscy są na zbliżonym poziomie przygotowania.

Powszechnie powtarzana jest opinia, że to środowiska naukowe w Polsce nie jest przygotowane do współpracy ze światem gospodarki i Top 500 Innovators miał stworzyć grupę naukowców rozumiejących potrzeby biznesu, ale czy taka diagnoza jest pełna? Czy polskie firmy potrafią współpracować z nauką i w ogóle wiedzą, że świat akademicki może być dla nich wartościowym partnerem?

Top 500 Innovators w pierwotnych założeniach miał być adresowany do środowisk gospodarczych i chwała ministerstwu nauki, że uruchomiło ono ten program w świecie akademickim. Jeśli po stronie gospodarczej, w tym również ministerstwa gospodarki, nie będzie partnerów do rozmów to absolwenci programu Top 500 Innovators nie będą mieli odbiorcy swojej oferty. Wówczas będą oni musieli stworzyć we własnym gronie także tę część biznesową, czyli sieć zalążkowych firm tworzonych często jeszcze na uczelniach i stopniowo ją rozwijać. To jest możliwe, ale byłoby wielką stratą, bo ta grupa powinna się zająć przede wszystkim przebudową środowiska akademickiego i badawczego.

Stworzenie programu dla przedsiębiorców, które byłoby lustrzanym odbiciem Top500 Innovators, choćby dla grupy 100-osobowej, byłoby bardzo pożądane. Z 1,5 mln przedsiębiorstw zarejestrowanych w Polsce bez trudu można wyłowić grupę, która mogłaby aktywnie wpływać na całe środowisko biznesowe i byłaby partnerem dla naukowców, którzy odbyli staże w Berkeley i na Uniwersytecie Stanforda. To mógłby być wstęp do innego mojego marzenia, a mianowicie staży dla najbardziej obiecujących pracowników z polskich firm, którzy byliby wysyłani do firm amerykańskich. Dzięki temu nie tylko zrozumieliby oni amerykańskiego ducha kreatywności, ale też zdobyliby doświadczenia z pracy w firmie i stworzyliby sieć kontaktów z przedsiębiorstwami amerykańskimi.

Nawet najlepiej rozumiejący się biznes i nauka niewiele wspólnie zdziałają, jeśli nie będą dysponować pieniędzmi na sfinansowanie nowatorskich pomysłów wypracowywanych wspólnie przez te dwie współpracujące ze sobą grupy. Czy trzeci element tej układanki, czyli sektor finansowy potrafi w sposób właściwy zareagować na pojawiające się w naszym kraju możliwości rozwoju innowacyjnych produktów i usług?

Tu widzę pewien problem. Problem nie w tym, czy przedstawicielom sektora finansowego przydałoby zdobycie dodatkowej wiedzy na temat finansowania innowacji, bo to zdecydowanie byłoby wskazane. Finansiści to środowisko niezwykle agresywnie walczące o swoją pozycję i oderwanie dostatecznie licznej grupy od bieżących obowiązków na stosunkowo długi czas byłoby wyzwaniem. Gdyby jednak organizacje zrzeszające firmy z sektora finansowego wyłoniły grono finansistów oddelegowanych na takie szkolenie, to ze stworzeniem odpowiedniego programu nie byłoby problemu. Mielibyśmy wówczas komplet elementów, które stworzyły Dolinę Krzemową.

Czy według pana Polska posiada politykę innowacyjną?

Przede mną leży opracowanie „Jak awansować w lidze światowej? Raport o konkurencyjności gospodarki,zainspirowane przez prezydenta, a napisane przez zespół pod kierownictwem prof. Jerzego Hausnera. To jest czarna księga nieudolności managementu politycznego Polski. Wszyscy wiemy, że powodów do chluby z tego, co się stało w ostatnich latach w Polsce jest moc, ale musimy jednocześnie przyznać, że Polska jest w ogonie rankingów innowacyjności i nie jest konkurencyjna. Nasz kraj i jego regiony nie stworzyły swojej platformy konkurencyjności. Dość szybko udało się stworzyć „Dolinę Lotniczą” w województwie podkarpackim, ale inne regiony, w tym nasycony przemysłem Śląsk, czekają na podobne inicjatywy.

Wiele regionów, które dysponują wielkim potencjałem nie ma swojej marki. Ponadto w tym raporcie zabrakło jednej rzeczy, która mnie złości. Może to jest rodzaj mojej fobii, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego w tak solidnym opracowaniu nie znalazło się ani jedno słowo na temat wykorzystania tak cennego zasobu, w który Polska niezwykle intensywnie inwestowała przez ostatnie 250 lat, a mianowicie diaspory. To jest 15 mln ludzi, z których znaczna część ma niezwykle bogate doświadczenia i kontakty i jest gotowa wspomóc nimi Polskę. To, że potencjał emigrantów i ich potomków pozostaje niezauważony, nawet przez tak szacowne grono, pokazuje jak głębokich zmian potrzebujemy.

Rozmawiał Artur Burak

Prof. Piotr Moncarz jest wykładowcą amerykańskiego Uniwersytetu Stanforda. Jest dyrektorem akademickim programu Top 500 Innovators, a także współzałożycielem i przewodniczącym US-Polish Trade Council – organizacji wspierającej współpracę pomiędzy USA i Polską. Był członkiem rady Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, należy również do Polskiej Akademii Nauk i Rosyjskiej Akademii Nauk Technicznych.

OF


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test