Chińczykom trzeba pozwolić na głoszenie herezji

24.04.2012
Dziś w USA ukazuje się książka: "Jak Chiny stały się państwem kapitalistycznym?", której autorami są najstarszy żyjący noblista z ekonomii, 101-letni Ronald Coase i Chińczyk wykładający w USA dr Ning Wang. Zapowiedź publikacji sprawiła, że spór o to, czy Chiny rzeczywiście są krajem wolnorynkowym, wybuchł ponownie. Dr Ning Wang w rozmowie broni twierdzeń zawartych w książce.

Najstarszy żyjący laureat Nobla z ekonomii, 101-letni Ronald Coase (CC BY-NC-ND k-ideas)


Obserwator Finansowy: Zderegulowany i sprywatyzowany kapitalistyczny Zachód przeżywa kryzys, a Chiny – gospodarka, w której państwo wciąż wieloma rzeczami steruje – prą do przodu. Wniosek: trzecia droga działa! To dobra diagnoza?

Prof. Ning Wang: Błędna. Porównywanie Chin z innymi wiodącymi gospodarkami świata jest bezcelowe, bo to nie jest tak, że na Zachodzie mamy czysty kapitalizm, który nie działa, a w Chinach trzecią drogę, która się świetnie sprawdza. Chińska gospodarka ewoluuje w stronę gospodarki całkowicie rynkowej od gospodarki całkowicie sterowanej. To jest proces, niezakończony jeszcze, oni się nie zatrzymali na drodze do wolnego rynku. W erze Mao, do 1976 r., chiński rząd kontrolował wszystko, chińska gospodarka była w ruinie i była znacznie biedniejsza niż państwa sąsiednie. Przez kolejne lata, gdy zaczęto wprowadzać stopniowe liberalne reformy, ponownie uwolnione siły rynkowe pozwoliły Chinom na szybki wzrost. Gdyby Pekin nie odpuścił i nie poluzował kontroli, żadnego wzrostu by nie było. To jest oczywista obserwacja, którą niewiadomo czemu niektórzy ignorują.

Z drugiej strony pojawia się argument, że chiński rząd skutecznie przyśpiesza rynek, że umie go odpowiednio ukierunkować i stąd tak duży postęp w tak krótkim czasie. Może bez długofalowych rządowych strategii rozwój przebiegałby wolniej?

Nie ulega kwestii, że chiński rząd miał swój udział w transformacji gospodarczej. Jaki? Umożliwił ją po prostu. Nauczył się w końcu, że socjalistyczny eksperyment, bez sił rynku, bez prywatnej przedsiębiorczości się nie sprawdza, że nie da się centralnie zarządzać nowoczesną gospodarką. Nauczył się też, że nie należy wierzyć w żaden wielki odgórny projekt, ale uczyć się i szukać dobrych rozwiązań na podstawie obserwacji tego, jak gospodarka funkcjonuje realnie.

Tym, co różni Chiny od innych państw, które przeszły transformację gospodarczą nie jest to, że Chiny wprowadzały swoje reformy stopniowo, a pozostali zastosowali terapię szokową. Chodzi raczej o to, że Chiny wybrały podejście eksperymentalne, sprawdzanie różnych rozwiązań, a pozostali po prostu uwierzyli, że wolny rynek można stworzyć odgórnym zarządzeniem. U nich wolny rynek się wykluwa, gdzie indziej został zadekretowany.

Czyli w Chinach kapitalizm wdrożono skuteczniej i lepiej niż np. w Polsce?

Aż tak daleko bym nie szedł. Ogólnie rzecz biorąc, każde państwo ma – jeśli chodzi o gospodarkę – ważne funkcje do spełnienia. Powinno chronić otwarty rynek dla dóbr i usług i równie otwarty rynek dla idei. Przez ostatnie 35 lat rynek dóbr i usług faktycznie w Chinach powstał i to pomimo obecności państwowych monopoli w dziedzinach takich, jak energia bankowość, transport, czy edukacja. Niestety, największą wadą chińskiego kapitalizmu jest brak wolnej przestrzeni dla konkurujących ze sobą idei.

Ma pan na myśli brak wolności słowa?

Wolność słowa, czy wolność prasy to rzecz oczywista, bez niej żadne nowe rynkowe idee nie ujrzą światła dziennego. Ale ta wolność to nie koniec. Co prawda w przypadku Chin, rząd jest najbardziej zauważalną barierą dla rozwoju nowych idei, ale inne czynniki są równie szkodliwe. Chodzi o pewne skostniałe nastawienie intelektualne społeczeństwa. Przykładowo: choć marksizm został już dawno zdyskredytowany, wielu chińczyków wciąż jest przekonanych, że można raz na zawsze ustalić, co jest słuszne i prawdziwe. Takie podejście uniemożliwia rozwinięcie konkurencji na polu idei. Ludzie muszą wykształcić w sobie świadomość, że nie istnieje ostateczna prawda.

Czyli, że ludzie muszą mieć świadomość, że mogą głosić herezje?

Tak, jeżeli nie pozwala się na herezje, nie ma sensu debatować, bo nie ma o czym, nie ma sensu wymyślać nowych idei, bo przecież już ustaliliśmy, co jest dobre. Tymczasem rynek wymaga debaty, platformy dla krytycyzmu, dopiero w ten sposób można zbliżyć się do prawdy, a nie dzięki odgórnym założeniom, co tą prawdą ma być. Dopiero w momencie, gdy idee mogą się zderzać, można opracować skuteczny sposób pokojowego rozwiązania różnych problemów.

Więc dopóki w Chinach rynek nie jest w pełni wolny, czyli póki nie ma tam wolnej wymiany poglądów, stanowią zagrożenie dla pokoju?

Nie sądzę, że one stanowią zagrożenie dla świata. Są już z nim zbyt mocno złączone w procesie globalizacji. Gospodarka to nie gra o sumie zerowej, w której ktoś przegrywa, a ktoś wygrywa, więc nie należy się od Chin odcinać, czy się ich bać. Wręcz przeciwnie, otwarcie się na Chiny, czyli jedną piątą światowej populacji, pokazanie im, na czym polega wolność idei, sprawi, że staną się wreszcie naprawdę innowacyjne, ich politycy zaczną w skuteczny i cywilizowany sposób radzić sobie z wewnętrznymi problemami, a ich firmy wymyślać przełomowe produkty. Wszyscy na tym zyskamy. To będzie dla nas błogosławieństwo.

Mimo wszystko często słyszy się argument, że Chiny bogacą się kosztem Zachodu. Np. subsydiują swój eksport i w ten sposób wyniszczają nasz przemysł.

To jest twierdzenie popularne wśród niektórych polityków i pseudoekspertów. Nie sądzę, by jakikolwiek zawodowy ekonomista brał to na serio.

Naprawdę trudno jest sformułować wiarygodne naukowy dowód, że subsydiowany eksport może napędzać gospodarkę danego kraju. Rządowe zapomogi szkodzą gospodarce. W ogóle uważam, że w ekonomii nie ma miejsca na retorykę wojenną. Zniszczą, odbiorą, pokonają… Gospodarka to nie jest turniej gladiatorów!

Narodowe gospodarki konkurują ze sobą nie wyniszczając się nawzajem, a świadcząc coraz lepsze usługi i produkując coraz lepsze towary. Nie jest więc też tak, że Chińczycy niszczą nasz przemysł. Może ich koszty pracy są niskie, ale za to inne koszty produkcji są u nich wyższe niż gdzie indziej. Ot, choćby mają bardzo duże problemy w znalezieniu menedżerów średniego szczebla. W Chinach nie ma ich zbyt wielu. Trzeba też pamiętać, że w wyniku bardzo niedoskonałego prawa chińskie firmy mnóstwo pieniędzy wydają na ochronę praw własności, egzekwowanie umów, czy zabezpieczanie pożyczek – to znacząco zmniejsza konkurencyjność, którą zyskują dzięki taniej sile roboczej.

Nie jest tak, że Chiny rosną, bo zastosowały w odpowiednim czasie odpowiednio duży pakiet fiskalny do pobudzenia gospodarki? Już szykowało się im załamanie, a tu nagle rząd zrobił swoje i znów wprowadził kraj na drogę postępu. Może jednak w całej tej gadaninie o trzeciej drodze jest ziarno prawdy?

Nie ma. Od wybuchu kryzysu finansowego swój renesans przeżywa ekonomia keynesistowska. Niemal wszystkie kraje stosowały różnego typu fiskalne bodźce. Chiny nie są tu wyjątkiem. Wielu Chińczyków uświadamia sobie, że to właśnie pompowanie pieniędzy w gospodarkę przez rząd naraża ją na ryzyko. Dlaczego? Bo Chiny zbaczają w ten sposób z drogi ku wolnemu rynkowi, który podniósł je z gruzów. Większość pieniędzy z pakietów antykryzysowych trafia przecież wprost do państwowych monopoli, umacniając ich pozycje, skłaniając je do pogoni za rentą, czyli do uzyskania nadmiernej protekcji rządowej i tworząc przestrzeń dla korupcji.

Czy w związku z tym Chiny zagrożone są kryzysem?

Chiny to wciąż bardzo biedny kraj, a to wróży im… dobrze. Bo mają potencjał. Pomiędzy PKB per capita Chin, a krajów rozwiniętych jest przepaść. W 2010 r. w Chinach wynosiło ono 4,4 tys. dolarów, gdy w USA było to 47 tys., w Wielkiej Brytanii 36 tys., Francji 39 tys., a Polsce 12,3, tys. W Chinach wciąż jest więc olbrzymia przestrzeń dla wzrostu produktywności. Sądzę, że dzięki temu najbliższe dekady upłyną im pod znakiem gwałtownego wzrostu. Jednak Chiny, jak każda inna gospodarka, będą miały swoje wzloty i upadki.

Do upadków przyczyni się właśnie brak rynku dla idei, w efekcie brak innowacji. Proszę zauważyć, że chińska rewolucja przemysłowa nie jest choćby w ułamku tak innowacyjna, jak brytyjska rewolucja przemysłowa w XVIII w., czy amerykańska w XIX w. To jest naprawdę dziwne – w zglobalizowanej gospodarce przecież właśnie wiedza i wynikająca z niej innowacja stały się najcenniejszym towarem.

A może realnym zagrożeniem dla Chin jest odżycie siły prawdziwych komunistów. Jak pan ocenia, czy ostali się jeszcze ideowcy w partii, czy już mamy tylko samych pragmatyków?

Chiny nie są i nie będą już komunistyczne. Partia komunistyczna to partia władzy, dbająca o swoje interesy, a nie o czystość ideologii. Oczywiście są w Chinach jeszcze ludzie ideowi, ale to nieliczący się margines. Tak czy owak, sądzę że sami Chińczycy nauczyli się wystarczająco dużo na swoich błędach, że nie dadzą się znów zwieść komunistycznej ułudzie.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Dr Ning Wang wykłada na Arizona State University, publikuje. Wychował się w Chinach, studiował na Uniwersytecie Pekińskim i Chicagowskim. Zajmuje się przede wszystkim relacjami pomiędzy prawem, polityką, gospodarką i społeczeństwem. Opublikował kilka książek, m.in.: „Kultura i Umysł”, „Budowanie ekonomii rynkowej: transformacja instytucjonalna rybołówstwa słodkowodnego w społeczności chińskiej”.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły