Chiny znów w przebudowie

06.05.2015
Chiny przestały wmawiać światu, że są rynkiem wschodzącym. Podjęły się całkowitej przebudowy swojej gospodarki i myślenia o swojej roli na świecie. Od USA i Japonii nie dostaną tego, na czym im zależy – nowych technologii. My tutaj – w Europie i w Polsce – musimy zdecydować, czy chcemy skorzystać z ich ofert.

Przemianę ideologiczna w Chinach widać nawet po tym, że przywódcy partii zaczęła towarzyszyć żona. (CC By APEC 2013)


Gdy po rozpadzie ZSRR niemające alternatywy Chiny postawiły na kapitalizm i włączyły się w globalizację, Deng Xiaoping – wizjoner ich obecnych reform – w swoim politycznym testamencie nakazywał następcom: uważnie obserwujcie i chłodno analizujcie sytuację, nie odkrywając kart, a więc własnych możliwości i zamiarów, zabezpieczajcie nasze, chińskie interesy.

Szeroko rozbudowana, ujęta w 28 chińskich znakach strategia nakazująca chińskim liderom powściągliwość i zakazująca pretensji do bycia jedną z wiodących sił globalnych przez dwie dekady była objęta politycznym konsensusem: nikt jej nie podważał. Chiny świadomie ograniczały swoje zaangażowanie, gdzie tylko mogły, szermowały hasłem, że są „największym na świecie państwem rozwijającym się „, a więc sugerowały, że są na dorobku. A w istocie zbierały siły i czekały na okazję.

Koniec z powściągliwością

Ta przyszła po kryzysie w 2008 r., który zachwiał potęgą finansową i gospodarczą USA. Pozostały one wprawdzie jedynym supermocarstwem, ale ekonomicznie podminowanym, zmuszonym do układania się z innymi, począwszy… od Chin. A to dlatego, że te miały już w tym czasie na koncie bezprecedensowy sukces najdłuższego wysokiego wzrostu w dziejach ludzkości (9,8 proc. rocznie w latach 1978–2010). Dotychczasowy konsensus wokół strategii słabego zaangażowania odszedł do lamusa.

To już nie te same Chiny, co przed dwoma czy trzema dekadami. Musiały dla siebie znaleźć nowe „miejsce pod sklepieniem niebios”, jak to nazywa stara chińska tradycja. Rozpoczęła się – wiele razy już tu przeze mnie i przez innych autorów opisywana – wielka debata nad nowym chińskim modelem rozwojowym (Zhongguo moshi). Poprzednia strategia trzymania się w cieniu się załamała, a do głosu coraz częściej zaczęły dochodzić Chiny asertywne, pewne swego, działające z pozycji siły.

Kiedy natomiast na przełomie lat 2012 i 2013 do władzy doszedł dzisiejszy lider Xi Jinping, szybko udowodnił, że jest silną osobowością, a nadto wizjonerem równie kreatywnym jak rewolucyjno-romantyczny Mao Zedong i do szpiku kości pragmatyczny Deng Xiaoping. Jako głowa państwa, przywódca Partii i głównodowodzący armią Xi – jak dotąd – zdaje się łączyć romantyczne porywy Mao, uchwycone w pomyśle realizacji „chińskiego marzenia” (Chinese Dream), z konsekwencją i stanowczością Denga.

Pierwsze efekty już mamy. Wydane jesienią 2014 r. i dostępne już w wielu wersjach językowych „dzieła” Xi Jinpinga zatytułowane „Jak rządzić Chinami” cieszą się ogromnym wzięciem nie tylko w Chinach. Tamtejsze media podają, że sprzedano już ponad 4 mln egzemplarzy. Chyba nie kupili ich tylko członkowie ponad 80-mln. Komunistycznej Partii Chin…

Tę lekturę naprawdę warto poznać z dwóch kluczowych powodów. Po pierwsze Xi Jinping zdecydowanie wyrósł ponad zbiorowego cesarza, jakim jest dziś siedmioosobowy Stały Komitet Biura Politycznego KC KPCh. Po drugie w rządzeniu Państwem Środka przedstawia kolejne śmiałe wizje, częściowo zawarte już w tym tomie, choć najśmielsze przyszły dopiero po jego wydaniu, na przełomie lat 2014 i 2015.

Nowe wizje, nowe cele

Xi narysował nową strategię Chin, a następnie zaczął wypełniać ją treścią. Początkowo niejasne (poza wyraźnym antyamerykańskim ostrzem) „chińskie marzenie” gotowe zastąpić American Dream zostało w końcu zdefiniowane – i to aż na dwa sposoby. Jego esencją i treścią jest inne mocno teraz propagowane hasło „wielkiego renesansu chińskiego narodu”. Ten renesans to połączenie sił wszystkich Chińczyków, gdziekolwiek są, począwszy od tych, którzy są od Chin kontynentalnych oddzieleni morzem, czyli Tajwańczyków. Innymi słowy nie ma „chińskiego renesansu” bez pokojowego zjednoczenia z Tajwanem.

Drugie rozumienie „chińskiego marzenia” prezydent Xi przekuł w jeszcze inne hasło, a zarazem zadanie. To „dwa cele na stulecie”. Do 2021 r., a więc na stulecie istnienia KPCh, Chińczycy – którymi wreszcie po 2012 r. się zajęto; wcześniej ważne było tylko państwo – mają być „społeczeństwem umiarkowanego dobrobytu” (xiaokang shehui). Dlatego jego dochody na głowę mają wzrosnąć w okresie 2012–2020 o 100 proc. Także i z tego względu, że to konsumpcja i rynek wewnętrzny, a nie eksport, jak było dotąd, ma być siłą napędową gospodarki.

Drugi cel, trudniejszy w realizacji, to wielki renesans. Ten też dobrze byłoby osiągnąć do 2021 r., ale może być i tak, że ostatecznie dotrze się do niego dopiero w 2049 r., w stulecie Chińskiej Republiki Ludowej.

Tym samym punktem wyjścia nowej chińskiej strategii są dwa kluczowe założenia: nie będzie „wielkiego renesansu” bez reform wewnętrznych i wprowadzenia nowego modelu rozwojowego opartego na sile społeczeństwa, a nie tylko państwa (a przy tym na tzw. zielonej gospodarce, alternatywnych źródłach energii i innowacyjności) ani bez współudziału wszystkich Chińczyków, w tym także tych z Tajwanu.

Tymczasem pokojowe zjednoczenie z Tajwanem to nic innego niż geostrategiczna zagrywka. W wyniku takiego aktu przestajemy mówić o ChRL, komunistycznych czy ludowych Chinach, a pojawia się dyskurs o Wielkich Chinach. I to jest stawka, którą nam teraz Xi Jinping i inni mandaryni w Pekinie proponują.

Inwestycyjna ekspansja na lądach i oceanach

Już widać, że gdybyśmy na tym poprzestali, mamy do czynienia z innymi Chinami niż poprzednio, tym razem pewnymi swego, aktywnymi, asertywnymi i wychodzącymi z kolejnymi pomysłami o geostrategicznym znaczeniu. Obok „chińskiego marzenia” inne ulubione dzieci Xi Jinpinga to teraz nowe, wielkie inwestycje i nowe banki. Bierze się to częściowo z dużej inwencji, lecz także z nowych możliwości, a przede wszystkim… z konieczności. Startując pod koniec 1978 r. do reform, Chiny były biedne, zacofane, autarkiczne, bez żadnych rezerw. Na pierwszy bilion w postaci rezerw walutowych pracowały niemal trzy dekady. Sięgnęły poń w 2006 r., a dzisiaj mają ponad 4 bln dol… Trzeba szybko coś z tymi nadwyżkami zrobić, bo Chiny mają w rękach Czarnego Piotrusia. A co by się stało, gdyby dolara nagle zdewaluowano?

Dlatego nie powinno dziwić, że jesienią 2013 r. Xi Jinping wyszedł z dwiema kolejnymi wielkimi koncepcjami: budowy Ekonomicznego Pasa Jedwabnego Szlaku oraz Morskiego Jedwabnego Szlaku XXI w. To nic próba inwestycyjnego pójścia na Zachód, aż ku Europie, a zarazem – co jest prawdziwą nowością – wyjścia na oceany (bo Chiny były w dziejach tylko potęgą lądową).

Nie powinno więc dziwić, że liczna (jak zwykle) reprezentacja chińska na niedawnym katowickim Forum Gospodarczym na wszystkie sposoby promowała hasło „Jeden pas, jedna droga” (yi dai, yi lu). Robiła po prostu dokładnie to samo, co dzieje się u nich na scenie wewnętrznej.

Przewrót na miarę Kopernika

Dlaczego Chińczycy tak bardzo prą teraz nowymi jedwabnymi szlakami ku Europie? Bo potrzebują innowacji, czego nie kryją. U Amerykanów i Japończyków, co zrozumiałe, raczej wsparcia nie znajdą. Idą więc ku targanej turbulencjami Unii Europejskiej, szukając tutaj swej szansy.

Ale nie tylko Europa jest ich celem. Idą też szerszą ławą. Także z nowymi bankami. W 2014 roku powołano Bank Rozwoju BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA), a teraz na tapecie jest Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB) o kapitale początkowym rzędu 100 mld dolarów.

Na nowe jedwabne szlaki przeznaczono 40 mld dol. z podkreśleniem, że niemal suma ta niemal natychmiast może zostać podwojona. Podczas niedawnej wizyty prezydenta Xi Jinpinga w Pakistanie podpisano porozumienia na sumę 28 mld dol. (docelowo ma to być 46 mld dol.). Pierwsze podpisane porozumienie w ramach Morskiego Szlaku opiewa na sumę 10,5 mld dol. przeznaczone na budowę przez terytorium Tajlandii chińskiej szybkiej kolei (pomysł jest taki, by doprowadzić ją do Singapuru).

Przykłady można mnożyć. Często o nich słyszymy. Co tego wynika? Wiele. Na początku 2015 roku tygodnik „The Economist” wydał doroczny magazyn „The World in 2015”. Jeśli chodzi o Chiny, to przedstawił w nim dwa znamienne zestawienia w postaci wykresów. Z pierwszego wynika, że po raz pierwszy od zainicjowania reform chińskie inwestycje wychodzące na zewnątrz nie tylko przekroczą 100 mld dol., co już się stało, ale też będą wyższe od BIZ przychodzących do Chin z zewnątrz. Drugie natomiast dowodzi, że na podstawie kursu siły nabywczej (PPP) Chiny już dziś są największą gospodarką świata. Owszem, toczy się – i będzie się toczył – w tej sprawie zażarty spór miedzy specjalistami, bo kurs nominalny i PPP to nie to samo, a w dochodach na głowę mieszkańca Chiny są jeszcze bardzo daleko od podium. Nie o to chodzi. Z punktu widzenia chińskiej psyche, z tamtejszej perspektywy oba wymienione zjawiska mają wymiar przewrotu iście kopernikańskiego i tak je należy pojmować.

I co my na to?

My też powinniśmy wreszcie dostrzec istotę sprawy: Chiny wyrosły na drugą (trzecią, jeśli liczyć UE jako całość) gospodarkę świata i wielką potęgę finansową. Zmieniły strategię wewnętrzną i zewnętrzną, są coraz bardziej aktywne i widoczne. Ich obecność uległa też jakościowej zmianie: to już nie kraj, z którego pochodzą psujące się trampki, tracące kolor T-shirty czy plastikowe zabawki. To także ekspansja bankowa i kapitałowa, przede wszystkim skierowana obecnie ku Europie (poprzednio w Afryce i Azji chodziło o surowce, głównie energetyczne, dziś chodzi o nowe technologie i pomysły).

Co my – w Europie i w Warszawie – na to? Po pierwsze, jak widać, Chiny długoterminową strategię mają (wobec UE i wobec Polski, chociażby w formule 16+1), a my nie. To nasz wielki błąd i przeoczenie. Po drugie nie łudźmy się: nasze interesy będą sprzeczne. Chociażby w takim wymiarze, że Chinom chodzi o fuzje i przejęcia, a nam o inwestycje od postaw, tzw. greenfield. Po trzecie trzeba mieć jasność i wypracowany pogląd, czy z chińskich – hojnych – ofert chcemy skorzystać czy nie.

Ostatnio pojawiły się po naszej stronie pewne sygnały ożywienia. Polska podniosła rangę swego reprezentanta – koordynatora w mechanizmie 16+1 do rangi wiceministra. Włączyła się do grona 57 państw-założycieli AIIB. To dobrze, bo lepiej działać na zasadzie „nic o nas, bez nas”. Grzegorz Schetyna, minister spraw zagranicznych, ma się wkrótce wybrać do Chin. Oby tyko nie była to kolejna wizyta z cyklu „dyplomacji wycieczkowej”. Gdy Chińczycy teraz udają się gdziekolwiek z wizytą, podpisują nowe porozumienia, nierzadko na ogromne sumy. Zróbmy to może i my, nawet gdyby sumy miałyby być nieco mniejsze.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test