Czas dużych rezerw siły roboczej w rolnictwie już za nami

23.09.2019
O wolne zasoby siły roboczej w rolnictwie do rejestrowanej pracy w innych sektorach będzie trudno. Przepływowi pracowników do firm nie sprzyja ani demografia, ani system instytucjonalno-prawny, a duża część szacowanej rezerwy pracuje, ale w szarej strefie – mówi dr hab. Monika Stanny, dyrektor IRWiR PAN.

Prof. Monika Stanny (fot. archiwum)


ObserwatorFinansowy.pl: Sytuacja na polskim rynku pracy, w perspektywie ostatnich 30 lat, jest wyjątkowo dobra z punktu widzenia pracowników. Jednak dla pracodawców oznacza to duże problemy ze znalezieniem rąk do pracy. Tak wysoki popyt na pracę zaspokajała w ostatnich latach m.in. imigracja z Ukrainy, jednak w poszukiwaniu dodatkowych rezerw wielu ekspertów i instytucji patrzy na rolnictwo. Jak duże zasoby siły roboczej są jeszcze do uruchomienia na wsi?

Dr hab. Monika Stanny: Wieś to nie tylko rolnictwo. Mieszkańcy wsi najchętniej migrują do miast, ale i ludność odchodzi z rolnictwa – albo do pracy pozarolniczej, albo do niezarobkowych źródeł utrzymania. Mamy już za sobą okres, kiedy to rezerwy siły roboczej zarówno na wsi, jak i w rolnictwie, były duże. Obecna ich wielkość jest trudna do określenia, bowiem zależy od wielu procesów społeczno-gospodarczych, w tym z jednej strony od atrakcyjności miejskiego rynku pracy, a z drugiej od ograniczania zachęt do kontynuacji lub prowadzenia małego gospodarstwa rolnego.

Skąd taka opinia?

Zacznijmy od tego, że mamy bardzo słabą statystykę na temat struktury społeczno-zawodowej na wsi. To są dane, które uzyskujemy wyłącznie na podstawie spisów powszechnych. Nie jest oczywiście tak, że nie wiemy nic. Dzisiejsza statystyka może estymować niektóre zjawiska, ale dzieje się to na wysokim poziomie ogólności – w skali całego kraju, czasami w podziale na województwa. To zaś niewiele mówi nam co się dzieje w podziale na miasto i wieś, czy w skali lokalnej – gminy, powiatu.

Dodatkowo sam podział miasto-wieś jest także ogólny, bo czym innym jest strefa podmiejska, a czym innym wieś peryferyjna, czyli taka np. na styku granic subregionalnych, wojewódzkich, gdzie struktura demograficzna jest bardzo niekorzystna. Statystyka w tym zakresie jest mierna, więc wszystko co wiemy, polega na szacunkach.

Ostatni spis powszechny został przeprowadzony w 2011 r., a kolejny odbędzie się w 2021 r. Wtedy będziemy wiedzieć więcej?

Pozostaje mieć nadzieję, że tak. W 1996 r. został przeprowadzony bardzo dobry Powszechny Spis Rolny. Zbadano wówczas, po raz pierwszy w powojennej Polsce, bezrobocie ukryte, czyli stopę zbędności w rolnictwie. Zadano mniej więcej takie pytanie – z ilu osób w indywidualnym gospodarstwie rolnym mógłby zrezygnować gospodarz, by wydajność w gospodarstwie się nie zmniejszyła? Wynik pokazał, że takich zbędnych osób było 880 tys.

A jak to się zmieniało w kolejnych spisach?

W kolejnych spisach już o to nie pytano. Badania realizowane metodą pełnego powszechnego spisu wychodzą już z praktyki. To bardzo drogie badanie, bo trzeba trafić do każdego gospodarstwa domowego czy rolnego w kraju. Ostatni taki pełny spis odbył się 2002 r. Przyszły spis ma być realizowany podobną metodą co w 2011 r., najpierw jest spis internetowy, potem część danych zostaje „zassana” z różnych baz danych instytucji publicznych, a później na próbie 30-proc. w każdym powiecie – nawet nie gminie – pojawiają się rachmistrze. Przyjęcie takiej metody spowodowało, że dane ze spisu z 2011 r. są zagregowane tylko na poziomie powiatu. To oznacza, że właściwie od 2002 r. nie wiemy np. ile jest ludności w gminie z jakim wykształceniem, czy ile osób utrzymuje się z pracy w rolnictwie, poza rolnictwem lub z niezarobkowego źródła utrzymania.

Co w takim razie wiemy?

Najpełniejsze są dane dotyczące bieżącej ewidencji ludności. Od okresu powojennego liczba ludności na wsi utrzymuje się na poziomie ok. 15 mln. To bardzo ciekawe, bo generalnie na świecie zmniejsza się zarówno udział ludności wiejskiej w ogólnej populacji, jak i sama jej liczba. Natomiast w Polsce udział się zmniejszał – po wojnie na wsi mieszkało ok. 70 proc. ludności, a obecnie jest to 40 proc. – ale bezwzględna liczba mieszkańców wsi jest mniej więcej stała.

Polska dwóch prędkości

Działo się tak, gdyż na wsi współczynnik urodzeń, choć przez cały PRL był wyższy niż w mieście, to był całkowicie konsumowany przez migracje – można rzec, że cała nadwyżka urodzeniowa na wsi przenosiła się do miast. Po 1989 roku mobilność mieszkańców wsi się zmniejszała, aż do 2000 roku, kiedy to zanotowano dodatnie saldo migracji na wieś. Utrzymuje się ono przez ostatnie 20 lat. Jednocześnie stale wskazuje się na proces depopulacji obszarów wiejskich.

Czy to nie sprzeczność?

Ten pozorny paradoks depopulacji obszarów wiejskich z dodatnim przyrostem rzeczywistym na wsi wynika z tego, że obserwujemy nakładanie się dwóch tendencji demograficznych o różnych konsekwencjach w układzie gmin. Z jednej strony jest stałe wyludnianie się z gmin peryferyjnych, często subregionalnych, o niższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego. Z drugiej, w wiejskich strefach podmiejskich następuje znaczny napływ ludności. Jest to miejsce gdzie spotykają się dwa strumienie migracyjne. Pierwszy z nich to strumień zamożnych migrantów z miasta, którzy osiedlają się w bezpośrednim sąsiedztwie granicy miejskiej. Drugi strumień stanowią migranci z wyludniających się stref peryferyjnych, którzy migrują w nieco dalszy pierścień gmin podmiejskich, gdzie koszty życia (m.in. zakupu lub wynajmu nieruchomości) są niższe. Procesy te niosą duże wyzwania dla samorządów lokalnych, zarówno tych koncentrujących ludność, jak i tych wyludniających się. Determinują bowiem wielkość wpływów podatków dochodowych do budżetów lokalnych, które finansują infrastrukturę i świadczenie usług publicznych, w szczególności z zakresu opieki zdrowotnej.

W kierunkach migracji dominuje strumień wieś-miasto, który wskazuje na emigracyjny charakter głównie obszarów popegeerowskich i tzw. ściany wschodniej. Tam zasoby pracy są znacznie wypłukane z najbardziej przedsiębiorczych jednostek i wciąż drenowane.

Czyli ludzie wyjeżdżają z miast i wsi peryferyjnych i migrują w pobliże miast. Jak to wpływa na demografię obszarów wiejskich?

Jesteśmy obecnie w ciekawym momencie pod względem demograficznym. Odsetek ludności w wieku produkcyjnym na wsi – ale tak samo jest w skali całej Polski – jest najwyższy w historii. Jednocześnie zaczyna być więcej ludności w wieku poprodukcyjnym niż przedprodukcyjnym. W wieku produkcyjnym spotykają się dwa wyże demograficzne – powojenny z lat 50. i jego echo – z lat 80. Ale ten powojenny wyż zaczyna „schodzić” z rynku pracy, a obecne pokolenie nie będzie miało już tyle dzieci co ich rodzice.

Demograficznie zasoby siły roboczej mamy, ale społecznie one wymagają bardzo dużych nakładów na zmianę nie tylko kwalifikacji, ale często postaw życiowych. Innymi kwalifikacjami odznaczają się rolnicy, którzy – jeśli chcielibyśmy ich „zagospodarować” – zupełnie inaczej podchodzą do racjonalności ekonomicznej. Dla rolnika zysk gotówkowy nie jest taki ważny, gdyż najważniejsze jest zapewnienie bytu rodziny. A jeszcze inne są możliwości osób biernych zawodowo – tam są osoby, które można rekwalifikować, ale są to też często osoby z tzw. grup defaworyzowanych, np. niepełnosprawni, młodzi do 25 roku życia, bezrobotni bez doświadczenia zawodowego. Włączenie ich w pracę jest procesem kosztochłonnym i o niskim współczynniku sukcesu. Ale nie niemożliwym.

A jak ten zasób rolniczy ująć w liczbach?

W KRUS jest zarejestrowanych ok. półtora miliona osób – to są zarówno uprawiający ziemię, jak i ich domownicy. Z kolei płatności bezpośrednie, tzw. dopłaty do hektara, pobiera 1,3 mln osób. Część tych osób się pokrywa, ale nie wszyscy.

Szacujemy w Instytucie, że aktywnych producentów rolnych – czyli produkujących towarowo, zarejestrowanych w KRUS, pobierających płatności bezpośrednie, użytkujących co najmniej 20 hektarów – jest około 300 tys. Inne badania również wskazują na taką liczbę. To oznacza, że jest od ok. 800 tys. do miliona osób, które oficjalnie są w statystyce rolniczej, korzystają z przywilejów – powiedzmy, że zawartej trzydzieści lat temu – umowy społecznej, która rolnikom daje pewne przywileje, ale – i to jest pytanie – ile z tych osób to dziś rolnicy produkujący na rynek?

Czyli te osoby mogłyby zasilić rynek pracy?

Niekoniecznie. Posiadający ubezpieczenie w KRUS, są atrakcyjnym zasobem do pracy w szarej strefie, a zatem jakaś ich część już pracuje w kraju czy za granicą i nie jest zainteresowana zmianą systemu ubezpieczenia społecznego. Z naszych badań terenowych wynika także, że mało jest młodych rolników, którzy pracują wyłącznie w gospodarstwie rolnym. Nowoczesna produkcja roślinna nie potrzebuje pracy rolnika codziennie. Poza tym, są to ludzie świadomi, że rolnictwo wiąże się z ryzykiem, więc szukają dodatkowego źródła utrzymania. Ich decyzje są w większym stopniu racjonalne ekonomicznie.

Na ile te 0,8-1 mln osób to realna rezerwa? Co trzeba zrobić na poziomie państwa lub firm, by te rezerwy z rolnictwa przepływały do przedsiębiorstw?

Pomyślmy, kto migruje ze wsi? Głównie ludzie młodzi, z kwalifikacjami i z aspiracjami. Zostają osoby mniej mobilne – ze względu na wiek, wykształcenie, kompetencje. Pożądany jest zatem system, który będzie zachęcał do opuszczania KRUS i przechodzenia do *atrakcyjnego* ZUS. To pozwoli na przenoszenie osób do sektora pozarolniczego, ale nie do szarej strefy. Przez nieszczelność KRUS państwo traci dużo od strony dochodowej. Wysoki poziom dotacji i innych świadczeń w ramach KRUS zachęca do posiadania co najmniej 1 ha użytków rolnych. Ograniczenie tej zachęty przyśpieszyłoby odejście od bezproduktywnego rolnictwa, ale czy osoby te przepływałyby do przedsiębiorstw? Wiele rolniczych gospodarstw uzyskuje niskie dochody, stąd niezbędny byłby proces dostosowawczy, aby zapewnić, by poszczególni członkowie tych gospodarstw nie zostali zmarginalizowani.

To jednak zupełnie inna sytuacja niż np. z osobami niepełnosprawnymi czy kobietami wychowującymi dzieci, które są z rynku pracy wyłączone? Z tego co Pani mówi, to nie jest tak, że na wsi jest milion osób, które mogłyby zasilić rynek pracy nowymi siłami.

Dokładnie. W moim przekonaniu znaczna część osób pozostających w KRUS na rynku pracy już jest, tylko w jego nierejestrowanej części.

W rolnictwie widać to np. po tym, że przy pracach sezonowych coraz trudniej o pracowników. Dawni pracownicy PGR-ów, czyli najemni pracownicy rolni już opuścili rynek pracy, a młodszych trudno zachęcić przy tak niskich stawkach. Są takie specjalizacje produkcji rolnej, że praca ludzi zastąpiona zostaje pracą maszyn. Rolnicy chętnie inwestują w maszyny, które poprawiają wydajność, bo najemnych pracowników po prostu nie ma.

Znaczna część z 0,8-1 mln osób już pracuje – a reszta?

Spróbowałabym ich podzielić na dwie grupy . Po pierwsze, ci, których reaktywizacja dla rynku pracy nie jest możliwa, gdyż są to osoby np. o wysokim stopniu niepełnosprawności, bądź osoby, które nie mają potrzeby pracować, bo utrzymują się np. z najmu, dzierżawy, czy są utrzymywani przez innych. Druga grupa to ludzie, którzy sami rezygnują z aktywności zawodowej zastępując dochód z pracy, dochodem z niezarobkowych źródeł utrzymania, niestety zazwyczaj ze sfery socjalnej

Pomimo że własne źródło utrzymania z pracy w rolnictwie może mieć nawet co 7 mieszkaniec statystycznej polskiej wsi, co oznacza bardzo dużo, bo w Europie Zachodniej jest to co 30 mieszkaniec wsi, np. duńskiej, czy niemieckiej, to o wolne zasoby siły roboczej do rejestrowanej pracy pozarolniczej będzie trudno. Procesy demograficzne z czasem zredukują liczbę pracujących w rolnictwie. Ale przy obecnym systemie instytucjonalno-prawnym do „odzyskania” mogą być tylko pewne szczątkowe rezerwy. Trzeba myśleć jednak o tym w kontekście zagospodarowania ich dla lokalnych rynków pracy – w postaci drobnych usług, np. opiekuńczych, obsługowych, które przy starzejącym się społeczeństwie stają się bardzo potrzebne.

 

Dr hab. Monika Stanny jest dyrektorem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa Polskiej Akademii Nauk.

Rozmawiał Maciej Jaszczuk


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test