Niskie płace, ale bez recesji i bezrobocia

13.11.2014
Rysowany w mediach obraz „pracodawcy to krwiopijcy, wszyscy pracujemy na śmieciówkach" jest nieprawdziwy. Na polskim rynku pracy występują jednak duże asymetrie w obciążeniach pracodawców pomiędzy różnymi rodzajami umów, które skłaniają ich do zagrania w tę "grę” w sposób perwersyjny – mówi dr hab. Joanna Tyrowicz z UW.

Joanna Tyrowicz (Fot. NBP)


ObserwatorFinansowy.pl: Sejm zadecydował, że od 2016 roku umowy zlecenia będą ozusowane do wysokości płacy minimalnej. To ukróci patologie na polskim rynku pracy?

Joanna Tyrowicz: Przyznam, że nie rozumiem zamieszania z tak zwanym „ozusowaniem umów śmieciowych”. Celowo używam tej absurdalnej zbitki słów, która przyjęła się w mediach. Dziś pod nazwą umowy „śmieciowe” kryją się głównie umowy terminowe, a one są ozusowane. Do wysokości płacy minimalnej płaci się też składki od umów zleceń. Jedyne nieozusowane „śmieciówki” to umowy o dzieło lub umowy zlecenia powyżej płacy minimalnej. Poza tym nie wiem jak rozwiązaniem nierówności może być zwiększanie obciążeń, bo ozusowanie umów do wysokości płacy minimalnej oznacza zwiększanie kosztów zatrudnienia osób, które już i tak mają trudności ze znalezieniem pracy.

Na polskim rynku pracy widać dualizm – podział na pracowników etatowych i tych, którzy mogą liczyć tylko na umowę cywilnoprawną na czas określony?

Naturalnie, że na polskim rynku pracy występują dualizmy. Niemniej uważam, że po latach powtarzania, że co trzecia osoba w Polsce jest dyskryminowana, bo ma umowę czasową, ludziom należy się wytłumaczenie co konkretnie dualizmem jest, a co nie jest. Barierą nie jest to, że ktoś dostaje umowę czasową, ale może nią być to że jego kolejna i następne umowy także będą czasowe, bo nie jest w stanie znaleźć pracy, która ma charakter bezterminowy. Problemem nie jest to, że kilkaset tysięcy nauczycieli i lekarzy ma umowy czasowe, problemem jest to, że wiele innych osób będzie miało szóstą z rzędu umowę czasową u czwartego pracodawcy, choć chciałoby umowę na czas nieokreślony.

Da się ten problem rozwiązać?

Ten dualizm można zlikwidować przynajmniej w statystykach i zrobić jak w Holandii – okres ochronny na umowie na czas nieokreślony wynosi dwa tygodnie, na czas określony – tydzień. Kłopot nie polega bowiem na tym, że okres wypowiedzenia wynosi gdzieś dwa tygodnie albo trzy miesiące, ale na tym, że ta różnica jest tak duża. Na tej samej zasadzie kłopotem nie jest to, że gdzieś jest umowa zlecenia, a obok umowa o pracę, ale na różnicy w obciążeniach pracodawcy pomiędzy tymi umowami. W momencie, w którym wprowadzamy takie asymetrie dajemy silną pokusę pracodawcom, żeby „zagrali w tę grę” w sposób perwersyjny. Dlatego żeby zlikwidować patologie należy najpierw zlikwidować asymetrię.

Czy rozwiązaniem jest single contract, czyli jeden rodzaj umowy ze składkami na ubezpieczenia społeczne i stopniowym przyrastaniem uprawnień pracowniczych? Proponowali to w „OF” Piotr Lewandowski i Karol Pogorzelski (link)

To jedno z rozwiązań. Przynajmniej teoretycznie, bo jego wdrożenie byłoby dość kłopotliwe. Mamy w Polsce 13,7 mln umów o pracę i ponad 800 tys. umów zleceń. Nie wyobrażam sobie, żeby przy hipotetycznym wprowadzeniu jednego kontraktu wszystkie je wypowiadać i zawierać od nowa. To oznacza, że jeden kontrakt objąłby tylko nowe umowy, a więc tych którzy dopiero wchodzą na rynek pracy, albo zmieniają miejsce zatrudnienia. Dla innych rozwiązanie to nie miałoby większego znaczenia, bo najczęściej po okresie próbnym umowy w nowym miejscu i tak są bezterminowe. Dla debiutantów być może to dobre rozwiązanie jeśli uda im się związać z pracodawcą na okres ponad dwóch lat, kiedy to miałoby się zacząć nabywanie uprawnień.

„Rynkowa cena pracy, w sytuacji bezrobocia i rynku pracodawcy, wiąże się z wynagrodzeniem netto, a nie brutto. Nowozatrudnieni na umowy niestandardowe, o takich samych kwalifikacjach i wykonując te same zadania, otrzymują mniej-więcej tyle samo netto co starzy – etatowi. Praktycznie cały zysk z tej patologii jest zyskiem pracodawcy” – to komentarz czytelnika pod wspomnianym wyżej tekstem. Czy takie zjawisko faktycznie występuje?

Być może w pewnych mniejszych firmach, ale nie demonizowałabym go. Wyobraźmy sobie, że mam małą firmę i zatrudniam siedem osób. Płacę im miesięcznie po 4000 zł brutto, czyli 2853 zł netto, bo taka jest średnia wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw, co na umowie o pracę kosztowałoby mnie 4829 zł, a na oskładkowanej umowie zlecenie raptem 102 zł mniej. Na tych siedmiu pracownikach oszczędzam zatem 714 zł miesięcznie. Nie jest to chyba „być albo nie być” dla firmy, która stworzyła siedem miejsc pracy, szczególnie że ta „zaoszczędzona” kwota jako zysk firmy i tak podlega opodatkowaniu. Prosta matematyka wskazuje, że nie mogą to być sytuacje tak powszechne jak w medialnym przekazie „pracodawcy to krwiopijcy i wszyscy pracujemy na śmieciówkach”.

Taki przekaz nie bierze się przecież z niczego.

Bierze się z tego, że znaczna część dziennikarzy pracuje na umowach cywilnoprawnych i wydaje im się, że wszyscy inni też tak pracują. Dane tego nie potwierdzają. Ten rodzaj umów dominuje faktycznie w mediach, w branży turystycznej, w agencjach pracy czasowej, ale wszędzie indziej standardem jest umowa o pracę lub założenie własnej firmy. Czasem z własnej woli, czasem jej wbrew – na żądanie pracodawcy. W tym drugim przypadku też mówimy o dualizmie.

A nie mamy problemu z klinem podatkowym? Żeby wypłacić pracownikowi owo 2800 zł pracodawca musi wydać ponad 4800 zł.

Ta różnica jest na średnim europejskim poziomie. O wiele większym kłopotem jest to jak ten klin jest rozłożony. Najwyższy jest niestety dla osób najmniej zarabiających, w szczególności samozatrudnionych. Czy taka osoba zarobi w miesiącu 1200 złotych czy 12 000 złotych, to składki na ubezpieczenia społeczne płaci takie same. Łatwo policzyć, że jeśli ktoś zarabia 1200 zł i płaci 1000 zł składek to jego krańcowa stopa opodatkowania wynosi ponad 83 proc. Tę regresywność systemu podatkowego należałoby zmienić w pierwszej kolejności.

Od ponad pięciu lat spada w Polsce udział wynagrodzeń w PKB. Może wszyscy zarabiamy za mało?

Tu muszę odpowiedzieć na dwóch poziomach – ogólnym i konkretnym. Ogólnie niemal we wszystkich gospodarkach spada udział labour share czyli funduszu wypłat w PKB. To rodzaj fenomenu, który różni ekonomiści różnie tłumaczą.

A poziom konkretny?

W Polsce w 2014 roku elastyczne wskaźniki wynagrodzeń przekraczały 30 proc. Tak przynajmniej deklarowali nam w ankietach pracodawcy. Te elastyczne wskaźniki wynagrodzeń powiązane z wynikami powodują, że podczas złej koniunktury płaci się ludziom mniej, bo nie realizują wyników, za to gdy gospodarka rusza, na tej samej mechanicznej zasadzie ruszają też premie. Zresztą żeby dyskutować o tym czy udział wynagrodzeń PKB maleje czy rośnie nie wystarczy patrzeć na płace, ale trzeba też spojrzeć na zatrudnienie. PKB w Polsce nie spadło i nie było recesji, ale przeszliśmy przez bardzo trudny czas gospodarczo przy niewielkim wzroście bezrobocia. Ceną było właśnie dostosowanie po stronie płac.

Rozmawiał Marek Pielach

Dr hab. Joanna Tyrowicz jest adiunktem na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz doradcą w Instytucie Ekonomicznym NBP. Specjalistka ds. rynku pracy. Pomysłodawczyni słynnego eksperymentu na temat efektywności urzędów pracy. Wysłała wraz ze swoimi studentami mejle do wszystkich urzędów podając się za pracodawcę szukającego pracowników – z 416 tylko 9 zamieściło jej oferty.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test