Pięciuset innowatorów przeciwko biurokracji

23.04.2012
Grupka 40 młodych naukowców, którzy jako pierwsi wzięli udział w programie ministerstwa nauki Top 500 Innovators postawiła sobie zadanie, którego od z górą 20 lat nie udaje się zrealizować wszystkim polskim instytucjom razem wziętym. Chcą wyrwać Polskę z innowacyjnej zapaści, i to w ciągu kilkunastu lat. Jeśli im się powiedzie, to raczej na przekór otoczeniu instytucjonalnemu.

(Opr. DD)


Młodzi naukowcy niedawno wrócili ze stażu na Uniwersytecie Stanforda, trzecim na liście najbardziej prestiżowych uczelni na świecie, na którym uczyli się głównie tego jak ich wynalazki przekształcić w sukces komercyjny. Za nimi na podobne staże pojadą kolejni. Jeszcze w tym miesiącu na Uniwersytet Stanforda wyjedzie 40-osobowa grupa polskich naukowców, a w październiku na jedną z najbardziej prestiżowych światowych uczelni – jeszcze nie wiadomo którą – wyjedzie następnych 40 uczestników programu. Program Top 500 Innovators przygotowany został dzięki staraniom prof. Piotra Moncarza, profesora Uniwersytetu Stanforda.

> wywiad z prof. Moncarzem

Ministerstwo nauki zakłada, że w ramach programu Top 500 Innovators staże na najlepszych światowych uczelniach odbędzie łącznie pięciuset najbardziej obiecujących, innowacyjnych polskich naukowców. Będą oni podnosić swoje kwalifikacje w zakresie współpracy z gospodarką, zarządzania badaniami naukowymi i komercjalizacji ich wyników.

Efekty pierwszej edycji programu już teraz są bardzo obiecujące i gdyby podobne były wyniki kolejnych staży to kto wie, być może grono pięciuset naukowców wywoła zwrot w polskiej nauce i zmieni obraz Polski jako innowacyjnej pustyni.

Pierwsza jaskółka

Top 500 Innovators to chyba pierwszy od początku transformacji ustrojowej w Polsce program, w którym problem innowacyjności polskiej nauki został potraktowany strategicznie i mógłby być zalążkiem efektywnego systemu wspierania innowacji z prawdziwego zdarzenia. O tym, że taki system jest potrzebny, a nadal go nie ma świadczą też doświadczenia uczestników pierwszej edycji programu ministerstwa nauki.

Anna Czerwoniec jest bioinformatykiem. Niedawno założyła firmę, której jedną z form działalności jest przeprowadzanie wirtualnych badań przesiewowych, czyli symulacji komputerowych reakcji związków chemicznych z białkami pochodzącymi z bakterii innych drobnoustrojów wywołujących choroby. Jej analizy mogłyby znacznie przyspieszyć badania nad nowymi lekami, a jednocześnie ograniczyć ich koszty, gdyż do testów rzeczywistych byłyby przeznaczone tylko te substancje, które pozytywnie przeszły fazę symulacji komputerowej.

Czerwoniec od pewnego czasu zabiega o środki na sfinansowanie dalszych prac. Prowadziła w tej sprawie negocjacje z funduszami inwestycyjnymi działającymi w Polsce. Podczas stażu na Uniwersytecie Stanforda zetknęła się z przedstawicielami tamtejszych funduszy venture capital, ale nie próbowała z nimi podejmować rozmów o zaangażowaniu w jej firmę. Te kontakty wystarczyły jej jednak do dostrzeżenia różnic w oczekiwaniach funduszy działających w Polsce i Krzemowej Dolinie.

– Polskie fundusze oczekują szybkich zysków, najlepiej już w pierwszym roku inwestycji, podczas gdy reprezentanci funduszy amerykańskich uważają tak wyśrubowane wymogi za niemożliwe do spełnienia i są gotowi czekać na zyski nawet pięć lat. Fundusze amerykańskie chcą inwestować w pakiety mniejszościowe, bo wiedzą, że założyciel firmy będzie miał motywację do jej rozwijania, jeżeli zachowa nad nią kontrolę. Polskie fundusze chcą natomiast inwestować w pakiety kontrolne. Być może dlatego, że nie potrafią obdarzyć partnera zaufaniem, a ono w takim biznesie jest konieczne – mówi Anna Czerwoniec.

Zwraca też uwagę, że dla zarządzających funduszami amerykańskimi bardzo ważnym czynnikiem jest to, czy istnieje nić porozumienia między potencjalnymi wspólnikami i jeżeli między nimi nie pojawia się „chemia” raczej nie będą skłonni inwestować nawet jeżeli perspektywy przedsięwzięcia wyglądają obiecująco.

Mimo tych różnic i nawiązanych już kontaktów w Stanach Zjednoczonych, Anna Czerwoniec szuka inwestorów w Polsce, bo uparła się, że swoje przedsięwzięcie będzie rozwijać w naszym kraju. Jej podejście należy jednak uznać raczej za wyjątek, a nie regułę i można przypuszczać, że większość przedsiębiorców znad Wisły, będąc na jej miejscu pewnie porzuciłaby bez skrupułów tutejszą drogę przez mękę i z ochotą przeniosła swój biznes do Kalifornii.

Trudno nawet ocenić ile takich przypadków się zdarzyło, bo nikt nie próbuje prowadzić statystyki, która szacowałaby ilu zdolnych polskich naukowców przenosi się za granicę, żeby tam realizować swoje pomysły, bo we własnym kraju nie widzą na to szans.

Pieniądze wydane – badania przerwane

Inna uczestniczka stażu na Uniwersytecie Stanforda, Agnieszka Kurczewska, w Polsce prowadziła badania nad odzieżą ochronną automatycznie utrzymującą stałą temperaturę otoczenia ciała niezależnie od zmieniających się warunków zewnętrznych lub ilości ciepła emitowanego przez ludzki organizm, na przykład podczas wysiłku związanego z pracą fizyczną.

Dzięki takiemu kombinezonowi osoby pracujące w ekstremalnie niskich temperaturach, na przykład w chłodniach, nie byłyby narażone na choroby będące konsekwencją szybkich zmian temperatury otoczenia. Zespół, w którym pracowała Agnieszka Kurczewska zdołał stworzyć prototypowy egzemplarz nowoczesnego kombinezonu, ale na wyprodukowanie większej partii, przeznaczonej do testów, zabrakło pieniędzy.

Bartosz Sakowicz, adiunkt na Politechnice Łódzkiej, pracuje nad urządzeniem, które na podstawie ruchów głowy pacjenta po urazie kręgosłupa oceniałoby postępy w rehabilitacji. Dalszym etapem ma być rozbudowanie funkcji urządzenia tak, aby stało się ono także narzędziem diagnostycznym pomagającym w wykrywaniu schorzeń kręgosłupa. Podobnie jak inni uczestnicy stażu na Uniwersytecie Stanforda podkreśla, że zajęcia jeszcze bardziej niż dotychczas uświadomiły mu jak istotne jest prowadzenie działalności naukowej pod kątem potrzeb ludzi i gospodarki.

– Naukowcy w Polsce są premiowani za publikacje, bez względu na to, jaka jest ich późniejsza przydatność. Na Stanfordzie wpajano nam, że nasza praca powinna mieć praktyczne zastosowanie – mówi Bartosz Sakowicz.

Zarówno on, jak i pozostali współuczestnicy programu podkreślają jak duży nacisk podczas zajęć na Uniwersytecie Stanforda był kładziony na współpracę naukowców i ośrodków badawczych z biznesem.

Nie stracić impetu

Jacek Pucher, także uczestnik pierwszej edycji programu pracuje w Instytucie Logistyki i Magazynowania w Poznaniu nad aplikacjami wykorzystywanymi w telefonach komórkowych do handlu, które mają ułatwić handel internetowy. Po powrocie ze Stanów uznał, że wspólnie z pozostałymi stażystami Stanforda powinni przeszczepić na polski grunt nową wiedzę i energię, z którą wrócili z Ameryki. Dlatego wspólnie z kolegami założył stowarzyszenie, a cele które wspólnie przyjęli przywodzą na myśl misję Prometeusza.

– Wróciliśmy ze stażu pełni energii. Chcemy ją jakoś podtrzymać, a jednocześnie działać wspólnie na rzecz poprawy innowacyjności Polski. Jako jeden z głównych celów stowarzyszenia założyliśmy, że począwszy od 2025 roku wszyscy absolwenci studiów w Polsce powinni w ramach programu nauczania, przechodzić również podstawowy kurs przedsiębiorczości – mówi Jacek Pucher.

Założyciele stowarzyszenia chcą też w ciągu kilkunastu najbliższych lat skłonić całe środowisko naukowe w Polsce do zmiany myślenia o innowacjach.

– Naszym celem jest też znacznie mocniejsze niż dotychczas ukierunkowanie badań naukowych na potrzeby rynku. Oczywiście wszędzie tam gdzie jest to możliwe – dodaje Jacek Pucher.

On sam, podobnie jak grono założycieli stowarzyszenia, ma nadzieję, że będzie się ono powiększać o uczestników kolejnych edycji programu Top 500 Innovators, a już teraz podtrzymują kontakty, wymieniają się informacjami na temat bieżących postępów prac, organizują dyskusje, także w Internecie. Do takiej współpracy chcą też wciągnąć innych pracowników ośrodków naukowych, by w ten sposób wzmocnić i przyspieszyć efekty działań.

Stanfordzki wzorzec – praktyki u najlepszych

Stowarzyszenie, na wzór stanfordzkich wykładów Ecorner, organizuje też cykl wykładów zatytułowany Boomerang, prowadzonych przez przedsiębiorców z pierwszymi sukcesami na koncie, których celem jest przekazanie jak najszerszemu gronu odbiorców praktycznej wiedzy o prowadzeniu firm. Spotkania będą transmitowane przez Internet, archiwizowane i udostępniane zainteresowanym.

W ramach Ecorner na Uniwersytecie Stanforda wystąpili Mark Zuckerberg, założyciela portalu facebook, Larry Page, twórca wyszukiwarki Google, czy Elon Musk, w przeszłości założyciel i prezes firmy PayPal, obsługującej płatności elektroniczne, przejętej prez eBay w 2002 roku za 1,5 mld USD. Obecnie jest właścicielem firmy SpaceX, projektującej nowe statki kosmiczne. Pierwszy wykład z cyklu Boomerang odbył się 19 kwietnia, a wygłosił go Arkadiusz Skuza, założyciel firmy Itraff Technology, pracującej nad technologiami rozpoznawania obrazu, które mogą być wykorzystywane w handlu elektronicznym. Jedna z aplikacji stworzonych przez iTraff Technology umożliwia rozpoznawanie obiektów sfotografowanych telefonem komórkowym i przekierowanie do sklepów internetowych oferujących sfotografowany obiekt.

Wysiłki uczestników pierwszej edycji programu Top 500 Innovators można postrzegać jako próbę oddolnego tworzenia zalążków systemu wspierania innowacyjności. Takich inicjatyw jest zresztą więcej. Do nich należy też zaliczyć tworzenie przez uczelnie centrów transferu technologii, które mają służyć komercjalizacji wyników badań naukowych, czy pomysł utworzenia Polsko-Amerykańskiego Instytutu Nowych Inicjatyw. List intencyjny w sprawie jego powołania podpisali Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej oraz Eva Blaisdell, Polka zamieszkała na stałe w Kalifornii, inwestująca w firmy rozwijające technologie mobilne.

– Łącząc kontakty w środowisku firm z Kalifornii, rozwijających nowoczesne technologie i potencjał polskich przedsiębiorców, zakładamy, że w ciągu dwóch lat możemy rozwinąć 4-5 firm, które zostaną szybko wprowadzone na giełdę, a w ciągu dwóch lat każda z nich osiągnie wartość rzędu 1 mld USD – mówi Eva Blaisdell.

Skuteczne bariery biurokratyczne to polska specjalność

Profesor Joanna Kotowicz-Jawor z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, specjalizująca się od lat w badaniu innowacyjności w Polsce uważa, że program Top 500 Innovators świadczy o strategicznym podejściu do innowacji, ale dodaje, że to zaledwie jeden pozytywny impuls, który nie zmienia ogólnej złej oceny innowacyjności naszego kraju, który przez wiele lat nie potrafił wypracować dobrego systemu wspierania innowacji.

Profesor Kotowicz-Jawor podkreśla, że kilka lat temu usprawiedliwieniem słabej innowacyjności Polski mógł być brak środków na badania i rozwój. Od momentu wejścia do Unii Europejskiej, dzięki funduszom unijnym, jest znacznie więcej pieniędzy na finansowanie innowacji, a mimo to pozycja Polski w rankingach innowacyjności na tle innych państw europejskich nie zmieniła się.

Według prof. Joanny Kotowicz Jawor niski poziom innowacyjności Polski wynika z różnych przyczyn, także zawinionych przez placówki badawczo-rozwojowe i firmy, gdyż z jednej strony działalność ośrodków badawczych nie odpowiada na oczekiwania firm, zaś przedsiębiorstwa nader rzadko źródeł innowacji szukają w instytucjach badawczych. Jedną z najistotniejszych barier pozostaje od lat otoczenie instytucjonalne, które powoduje, że znaczna część środków przeznaczonych na finansowanie programu Innowacyjna Gospodarka może zostać zmarnotrawiona lub wykorzystana na przedsięwzięcia o znikomej innowacyjności.

Profesor Kotowicz-Jawor zwraca uwagę, że to polskie urzędy stworzyły machinę biurokratyczną rozpatrującą wnioski firm starających się o dofinansowanie innowacji z funduszy unijnych, która potrafi skutecznie zdławić niejeden dobry pomysł. Efektem tego są przypadki odrzucania wniosków wartościowych pod byle pretekstem z powodu nieistotnych uchybień proceduralnych. Z drugiej strony urzędnicy nie pełnią roli pośredników kojarzących ze sobą różne firmy, składające wnioski o dofinansowanie, działające w zbliżonych obszarach, a gdyby to robili efekty działań innowacyjnych firm mogłyby być znacznie lepsze.

Kolejny problem to instytucjonalna próżnia, w której działają inkubatory przedsiębiorczości i centra transferu technologii tworzone oddolnie przez polskie uczelnie. Władze uczelni nie są w żaden sposób premiowane za tworzenie takich komórek i osiągane przez nie sukcesy. Joanna Kotowicz-Jawor uważa, że stworzenie otoczenia instytucjonalnego skutecznie pobudzającego innowacje nie musi być arcytrudnym wyzwaniem. Wystarczy oprzeć się na doświadczeniach państw, które dopracowały się najlepszych rozwiązań – krajów skandynawskich i Niemiec.

Za jedną z najlepszych instytucji europejskich wspierających innowacje i monitorujących innowacyjność gospodarki uchodzi szwedzka Vinnova. To tę instytucję jako wzór rekomenduje zespół ekspertów Uczelni Vistula, który przygotował Raport o Innowacyjności Polskiej Gospodarki 2011.

Sprawne instytucje zamiast góry pieniędzy

Vinnova jest agencją rządu szwedzkiego powołaną do życia w 2001 roku. Instytucja zatrudniająca 200 pracowników w Sztokholmie i Brukseli dysponuje rocznie 220 mln euro na inwestycje w innowacyjne przedsięwzięcia. Wielkość i budżet tej instytucji to chyba jeden z najlepszych przykładów pokazujących o ile większe znaczenie może mieć dobre rozwiązanie systemowe niż wielkie pieniądze wydane w sposób mało przemyślany.

Jeśli kwotę jaką dysponuje Vinnova porównać ze środkami unijnymi przeznaczonymi na finansowanie polskiego programu Innowacyjna Gospodarka w budżecie na lata 2007-2013, wynoszącymi 8,65 mld euro, wziąwszy nawet pod uwagę, że Szwecja liczy 8 mln mieszkańców, a Polska 38, można by pomyśleć, że nasz kraj już dawno powinien być czymś w rodzaju europejskiej Doliny Krzemowej. Tymczasem w ostatnim rankingu innowacyjności spośród wszystkich dwudziestu siedmiu państw Unii Europejskiej jesteśmy sklasyfikowani na piątym miejscu… od końca.

Artur Burak



Artykuły powiązane

Popularne artykuły