Toksyczna polityka kontra lepsza ekonomia

27.10.2016
Następuje zmiana relacji między polityką a ekonomią. Zamiast działać na rzecz wypracowania ekonomicznego konsensu w sprawie wyjścia z przeciągającego się i powodującego nierówności wzrostu, politycy z krajów rozwiniętych wikłają się w dziwaczne, często toksyczne konflikty.


Tendencja ta musi zostać odwrócona zanim spowoduje strukturalną deformację krajów rozwiniętych i ogarnie także gospodarkę krajów wschodzących.

Polityczne konflikty wewnętrzne to oczywiście nic nowego. Do niedawna jednak oczekiwano, że skoro zawodowi ekonomiści osiągnęli technokratyczne porozumienie co do określonego rozwiązania, to przywódcy polityczni ich posłuchają. Nawet gdy bardziej radykalne partie usiłowały przepychać odmienne programy, potężne siły – czy to moralna perswazja ze strony rządów G7, czy to prywatne rynki kapitałowe, czy też warunki, z jakimi powiązane jest pożyczanie z Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego – niemal zawsze sprawiały, że w końcu zwyciężało podejście oparte na konsensie.

Na przykład w latach 90. XX wieku i w pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku w polityce gospodarczej większości świata dominował tak zwany Konsensus Waszyngtoński. Wszyscy – od Stanów Zjednoczonych po liczne kraje wschodzące – wprowadzali liberalizację handlu, prywatyzację, większe posługiwanie się mechanizmami cenowymi, deregulację sektora finansowego oraz reformy fiskalne i monetarne z mocnym naciskiem na stronę podażową. Upowszechnianie Konsensusu Waszyngtońskiego wzmocniło jego przyjęcie przez instytucje wielostronne, to zaś pomagało w postępach szerszego procesu globalizacji gospodarczej i finansowej.

Czasami obejmujące władzę rządy – zwłaszcza kierowane przez ugrupowania nietradycyjne, które doszły do władzy wskutek niezadowolenia w kraju i zniechęcenia partiami głównego nurtu – nie zgadzały się z trafnością Konsensusu Waszyngtońskiego i nie uważały go za właściwy. Jak jednak pokazał słynny zwrot w polityce prezydenta Luiza Inácio Lula da Silvy w 2002 roku, na ogół konsensus przeważał. I panował jeszcze prawie dwa lata temu, kiedy to grecki premier Alexis Tsipras dokonał równie istotnego zwrotu o 180 stopni.

Po latach ślamazarnego i nieinkluzyjnego wzrostu zgoda ta się jednak załamuje. Obywatele krajów rozwiniętych są zniechęceni do „establishmentu” – w tym do „ekspertów” ekonomicznych, przywódców politycznych głównego nurtu oraz dominujących firm wielonarodowych – który coraz bardziej obwiniają o swoje trudności ekonomiczne.

Frustrację tę sprawnie wykorzystują ruchy i osobistości antyestablishmentowe, które zyskują poparcie posługując się ognistą a nawet bojową retoryką. Żeby zresztą zakłócić mechanizm transmisji między ekonomią i polityką, nie muszą nawet wygrywać wyborów. Udowodniło to czerwcowe referendum w Wielkiej Brytanii – decyzja, która bezpośrednio zakwestionowała szeroko zakrojony konsens ekonomiczny, według którego pozostanie w UE leżało w najlepszym interesie Wielkiej Brytanii.

Do referendum doszło z jednego powodu: w 2013 roku ówczesny premier David Cameron obawiał się, że w przypadających właśnie w tym roku wyborach powszechnych nie zdoła zapewnić Partii Konserwatywnej odpowiedniej liczby głosów. Zwrócił się zatem ku eurosceptykom, obiecując im referendum. A źródło obaw Camerona? Zamieszanie polityczne, wywołane przez Partię Niepodległości Zjednoczonego Królestwa – antyestablishmentową partię, która w końcu zyskała tylko jedno miejsce w parlamencie, następnie zaś okazało się, że nie ma przywódcy i znajduje się w chaosie.

Teraz, jak się wydaje, pękły ostatnie hamulce. W wystąpieniach premier Theresy May oraz członków jej gabinetu na niedawnej dorocznej konferencji Partii Konserwatywnej ujawniono zamiar dokonania „ostrego Brexitu” – rozmontowując tym samym ustalenia handlowe, które dobrze służyły gospodarce. W przemówieniach tych znalazły się także ataki na „międzynarodowe elity” oraz krytyka posunięć Banku Anglii, które były pomocne w stabilizacji gospodarki brytyjskiej tuż po referendum – dając tym samym nowemu rządowi May czas na sformułowanie spójnej strategii Brexitu.

Podobne zjawiska polityczne mają miejsce w paru innych krajach rozwiniętych. W Niemczech zadziwiająco wysokie wyniki skrajnie prawicowej Alternative für Deutschland w niedawnych wyborach do landtagów zaczynają już – jak się wydaje – wpływać na postępowanie rządu.

W USA natomiast jeśli nawet kampania prezydencka Donalda Trumpa nie doprowadzi do powrotu Republikanów do Białego Domu (co wydaje się coraz bardziej prawdopodobne, zważywszy, że po ostatnim zwrocie w tej zdecydowanie niezwykłej kampanii wielu przywódców republikańskich odżegnuje się od nominata własnej partii), to sama jego kandydatura odciśnie zapewne trwałe piętno na polityce amerykańskiej. A we Włoszech, jeśli grudniowe referendum konstytucyjne – ryzykowne zagranie premiera Matteo Renziego, który chce umocnić swoje poparcie – nie zostanie dobrze rozegrane, może, tak jak referendum Camerona, przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. I spowoduje zakłócenia polityczne, podważając skuteczność działań wobec problemów gospodarczych kraju.

Nie dajmy się wprowadzać w błąd: w polityce gospodarczej dostępne są opcje solidne i wiarygodne. Jest powszechne porozumienie co do tego, że po latach przeciętnych wyników gospodarczych trzeba odejść od nadmiernego polegania na niekonwencjonalnej polityce pieniężnej. Jak to bowiem ujęła dyrektor zarządzająca MFW, Christine Lagarde: „banki centralne nie mogą stanowić jedynego wyboru”.

A tak właśnie było. Jak dowodziłem w opublikowanej w styczniu książce „The Only Game in Town” wielu krajom potrzebne jest w polityce gospodarczej podejście bardziej wszechstronne, obejmujące prowzrostowe reformy strukturalne, bardziej zrównoważone zarządzanie popytem (w tym wyższe wydatki fiskalne na infrastrukturę) a także lepszą koordynację i architekturę polityki transgranicznej. Istnieje również – co uwypuklił przeciągający się grecki kryzys – potrzeba zajęcia się przypadkami poważnego nadmiaru zadłużenia, które może mieć druzgocący oddziaływanie, wykraczające znacznie poza kraje bezpośrednio nim dotknięte.

Wyłonienie się nowego konsensu co do tych punktów to dobra wiadomość. Jednak w obecnych warunkach politycznych przełożenie tego konsensu na działania będzie zapewne – w najlepszym przypadku – postępować zbyt wolno. Istnieje ryzyko, że gdy zła polityka wypchnie dobrą ekonomię, narośnie gniew i frustracja ludu. To zaś sprawi, że polityka stanie się jeszcze bardziej toksyczna. Można mieć tylko nadzieję, że oświeceni przywódcy polityczni przejmą wodze na tyle szybko, by mogli niezbędnych korekt dokonać dobrowolnie – zanim niedwuznaczne oznaki kryzysu gospodarczego i finansowego zmuszą politycznych decydentów do szarpaniny o zminimalizowanie szkód.

 

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test