Bajki, pszczoły i problem chciwości

27.11.2012
342 lata temu, 15 listopada 1670 roku, urodził się wielki prowokator, Bernard Mandeville. Dzięki „Bajce o pszczołach” przeszedł do historii jako ten, który przekonywał, że chciwość jest dobra. We współczesnej popkulturze twierdzenie to funkcjonuje od 25 lat, dzięki Gordonowi Gekko, bohaterowi filmu „Wall Street”. Czy Mandeville i Gekko mają rację?
(CC By antaean)

(CC By antaean)

(CC By antaean)

Adam Smith. To nazwisko słyszał każdy, nawet ten, kogo ekonomia nie interesuje zupełnie.

David Hume – to również rozpoznawalna, intelektualna „marka”. Fakt, w mniejszym stopniu niż Smith, ale jednak. Uczą o nim w liceach.

Pytam znajomego (pracuje jako barman, nie studiuje), z czym kojarzy mu się Smith.

– Z niewidzialną ręką rynku.

A Hume?

– Z filozofią, z oświeceniem.

A Bernard Mandeville?

– Nie znam.

Nic dziwnego. Mandeville znany jest tylko historykom i to raczej dość wąskiej specjalizacji, bo historykom ekonomii. Jest to niesprawiedliwy stan rzeczy, gdyż właśnie Mandeville, a nie Smith jako pierwszy sformułował ideę niewidzialnej ręki rynku (choć nie używał tego pojęcia); stwierdził, że egoistyczny interes, a nawet wady służą dobru wspólnemu, podobnie zresztą jak nierówności społeczne.

Jeśli jednak już ktoś o Mandeville’u słyszał, to nie z powyższych powodów. Przeszedł do historii powszechnej jako demoralizator społeczeństwa, głoszący przewrotowe przesłanie: chciwość jest dobra. A sławę zyskał głównie dzięki swoim intelektualnym wrogom.

Byli nimi… Adam Smith i jego przyjaciel David Hume.

Smith, w rzeczywistości czerpiąc garściami z dorobku Mandeville’a, oficjalnie zwalczał z pomocą Hume’a jego nauki. Komicznego rysu sprawie dodaje fakt, że polemizował z tezami wyłożonymi przez Mandeville’a nie w dziele napisanym hermetycznym, naukowym językiem, lecz w krótkiej, rymowanej bajce. Takiej bajce, którą rodzice – gdyby oczywiście nie obawiali się jej demoralizującego oddziaływania – mogliby czytać swoim pociechom do snu, „Bajce o pszczołach”.

Pochwała chciwości

To najważniejsza bajka w historii ekonomii, więc zanim potępimy w czambuł naszego XVIII-wiecznego Holendra, krótko ją streścimy.

„Splendorem nie jest cnota goła,

A więc kto o Wiek Złoty woła,

Pragnąc moralność mieć surową,

Niech ma i dietę żołędziową”.

Powyższy cytat to wieńczący „Bajkę…” morał. Następuje on po opowieści o pszczelim ulu przypominającym jako żywo społeczeństwo ludzkie. Pszczoły miały swój rząd, wojsko, urzędników, angażowały się w interesy i wymianę handlową, w działalność kulturalną. Jednakże wszystkie te instytucje i pszczele czyny naznaczone były wadami, które Mandeville barwnie i z rozkoszą opisywał. Przekupstwem, rozpasaniem, oszustwem, zwykłym łajdactwem. „Przeniknął wszystko duch krętactwa/ Nie było fachu bez matactwa” – czytamy w „Bajce…” i wiemy, że to nie tylko o ulu, ale przede wszystkim o nas.

Tyle, że w bajce Mandeville’a nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo przecież „najpodlejszy człon całości/współdziałał dla jej pomyślności”. Zdrożności i osobiste przywary (lenistwo, wygodnictwo) były motorem wynalazków i innowacji, a zwykłe występki i przestępstwa dawały pracę policji, sądom, wojsku. Raju nie było, ale pszczeli świat rozwijał się. Do czasu. Pszczoły stwierdziły w końcu: „Uczciwość niechaj rządzi krajem!” I…bóg Jowisz, rozgniewany pszczelim brakiem przenikliwości, wysłuchał owej prośby.

Życie w ulu stało się moralnym rajem. Z dnia na dzień państwowi funkcjonariusze zaczęli sprawować swoje urzędy rzetelnie, obywatele przestali kłamać, kraść i oszukiwać. Niestety, pojawił się skutek uboczny: nadszedł kres prosperity. Wzrosło bezrobocie, bo urzędnicy podatkowi, policja i sądy przestały być potrzebne – „Nie było pracy dla tak wielu Uczciwych gromić? W jakim celu?” Znikło rozpasanie, ale wraz z nim „rzesza, co na tym zarabiała”, pszczoły poprzestały na małym, stały się minimalistami, wręcz ascetami.

Dodatkowo popularność zdobył zakupowy patriotyzm, który każde cenić „swojszczyznę i nie żądać więcej”. Niestety, pozbawione wad moralnych społeczeństwo okazało się niezdolne do budowy zdrowej gospodarki.

Koniec końców w bajce Mandeville’a gospodarczo osłabione pszczoły zostały zdziesiątkowane w wojnie z zewnętrznym wrogiem, choć oczywiście walczyły bohatersko. W efekcie zrezygnowały z zamieszkania w ulu, który nagle stał się obcy i zbyt duży. Przeniosły się do… dziupli.

Co czytano Smithowi na dobranoc?

Adam Smith, szkocki filozof i ekonomista, uchodzący za fundatora klasycznej ekonomii, urodził się 50 lat później niż Mandeville. Można by wręcz zażartować, że rodzice czytali mu do snu „Bajkę o pszczołach”. Nie tylko dlatego, że było to chronologicznie możliwe, lecz przede wszystkim dlatego, że Smith wiele od Mandeville’a zapożyczył.

Po pierwsze, pojęcie podziału pracy. Czyli rewolucyjną dla ekonomii teorię, według której dążenie narodu do samowystarczalności jest nieefektywne, a produkowanie wszystkiego naraz kończy się stagnacją, brakiem postępu. Teraz może nam się wydawać to oczywiste, ale od starożytności, przez średniowiecze i renesans dominowało przekonanie, że autarkia, czyli samowystarczalność właśnie, jest stanem najbardziej pożądanym.

Po drugie, Smith przejął od Holendra koncepcję niewidzialnej ręki rynku, która sprawia, że ludzkie działania są skoordynowane i efektywne mimo braku odgórnego planu.

Po trzecie, przejął także koncepcję interesu własnego, który w ogólnym rozrachunku ma prowadzić do dobra wspólnego. Właściwie wszystkie najbardziej znane odkrycia Smitha są też odkryciami Mandeville’a. Zaskakujące?

Może, ale tłumaczy wielką niechęć Smitha do intelektualnego poprzednika. Często tak bywa, że myśliciele zwalczają się wzajemnie nie dlatego, że się z sobą nie zgadzają, lecz dlatego, że jeden od drugiego część myśli po prostu „bezwstydnie” kopiuje i nie chce być na tym przyłapany. Czy raczej: chce, by splendor odkrycia spłynął wyłącznie na niego.

W walce z ideami Mandeville’a wspierał Smitha inny wybitny myśliciel. Mianowicie filozof David Hume, jego przyjaciel. W dziedzinie filozofii zasłynął Hume teorią podważającą istnienie indywidualnego „Ja” i stwierdzeniem, że moralność ma swoje źródła w ludzkich uczuciach, a nie w rozumie, czy konwencji. W ekonomii Hume zasłynął opracowaniem ilościowej teorii pieniądza oraz teorii bilansu płatniczego.

Tak więc Mandeville, który większość życia spędził w Anglii, nie był na tamtejszych filozoficznych salonach szczególnie mile widziany. Towarzyszyła mu opinia skandalisty i demoralizatora.

– Mandeville pisał jak sutener, a stworzona przez niego mieszanka anarchii moralnej i rynsztokowego utylitaryzmu działała na innych filozofów, jak płachta na byka. Smith odrzucił tezy Mandeville’a w swojej „Teorii uczuć moralnych”, ale zdołał jednak przyswoić jego doktrynę pożytecznego luksusu oraz, gdzieś pewnie w podświadomości, strzępy bezwstydnego języka – przyznaje James Buchan w książce „Adam Smith. Życie i idee”.

Skandalizującą bajkę Mandeville’a można z łatwością znaleźć i ściągnąć z sieci. Nie chronią jej prawa autorskie. Chyba, że ściągamy ją w tłumaczeniu. Wtedy prawa działają, należą do tłumacza, a kopiowanie bajki graniczy z kradzieżą. Wszyscy już jednak wiemy, co na to powiedziałby Bernard de Mandeville: „Ściągajcie mimo to! Dzięki temu nam wszystkim będzie lepiej. Gdybyśmy byli do końca uczciwi, wzrost gospodarczy byłby niemożliwy.”

Dwie szkoły wokół pszczoły

– Chciwość nie jest dobra. To pragnienie posiadania więcej niż się na to zasługuje. Trzeba odróżnić ją od interesu własnego, który polega na dbaniu o siebie, o swoich bliskich, czy przyjaciół bardziej niż o obcych – polemizuje z Mandevillem prof. Donald Boudreaux, z amerykańskiego George Mason University. Boudreaux to zagorzały wolnorynkowiec, walczący z regulacjami, wierzący, że rynek poradzi sobie lepiej z niemal wszystkim. Minarchista.

– Mandeville’owi chodziło raczej o to, że w warunkach wolności wady można przekuć w coś dobrego. Nawet największy skąpiec wśród biznesmenów nolens volens musi służyć innym. Firma, która przygotowała moją kawę dzisiaj rano, może mieć kogoś zdziczałego za szefa, ale żeby działać, jej kawa musi mi smakować – przekonuje Jeffrey Tucker, redaktor naczelny ekonomicznego serwisu mises.org, anarchokapitalista, fascynat nowych technologii.

Co ciekawe, ani on, ani żaden z pozostałych ekonomistów i ekspertów, z którymi rozmawiałem, choć reprezentowali zupełnie różne szkoły i światopoglądy, nie stwierdził, że chciwość, czy ludzkie wady są z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa czymś pożądanym i koniecznym.

Natomiast sensowności idei podziału pracy, czy istnienia „niewidzialnej ręki rynku” nie kwestionował już żaden z moich rozmówców. Ale o ile ci wolnorynkowi widzieli w niej coś pozytywnego, co umożliwia działanie gospodarki („sprawia, że świat działa świetnie i nie potrzeba mu dyktatora” – Tucker), o tyle Ravi Batra, z Southern Methodist University w Teksasie, autor ekonomicznych bestsellerów i raczej zwolennik państwowego interwencjonizmu, wyraża się o niej z przekąsem.

– O tak, niewidzialna ręka rynku istnieje. Jest bardzo realna. To właśnie jej istnienie tłumaczy, dlaczego wielkie firmy przekupują polityków, niszcząc konkurencję i generując oligopole. Tymczasem, mówiąc już bardziej serio, niewidzialna ręka jest zjawiskiem korzystnym tylko w środowisku ostrej konkurencji, gdy znajdujące się pod jej presją firmy nie są w stanie podnosić cen, czy obniżać pensji – przekonywał mnie Batra.

Jeszcze przed kryzysem, przed 2008 r., w ciągu 30 lat niemal nieustannej prosperity, można było znacznie łatwiej znaleźć obrońców chciwości. Giełdy rosły, a społeczeństwa – przynajmniej tak się wszystkim wydawało – bogaciły się. Awangardzie postępu, a więc światowi finansów, można było wybaczyć nadmierne dążenie do monstrualnych zysków. – Wszyscy na tym korzystamy – mówiono. I brzmiało to dokładnie, jak tezy Mandeville’a. Do chciwości podchodzono więc utylitarnie.

Prof. Gary Becker, ekonomiczny noblista, przekonywał, że rynek i moralność to dwie różne sprawy i należy je rozpatrywać osobno. Innymi słowy: w ekonomii nie ma sensu nawet używać słowa chciwość, choćby rzeczywiście kierowała działaniami części rynkowych graczy.

W 1986 r. Ivan Boesky, znany amerykański trader, w przemówieniu na University of California w Berkeley, mówił: „Chciwość jest zdrowa, można być chciwym i dobrze się z tym czuć”. Wkrótce potem został skazany na więzienie za handel poufnymi informacjami o spółkach. W 1987 r. miała miejsce premiera filmu Olivera Stone’a „Wall Street”, w którym szwarccharakterem był Gordon Gekko, postać wzorowana na Boeskym.

Teraz – po kolejnych aferach z udziałem finansistów, po upadku Enronu, odkryciu matactw Bernarda Madoffa, czy, nie przymierzając, Marcina P. – większość zdaje się mieć świadomość, że chciwość dobra i korzystna być nie może.

Pozostaje pytanie, czy ostatni kryzys został wywołany chciwością, jak sugeruje wielu krytyków kapitalizmu, czy może po prostu systemem, który przestał ją ograniczać? Nie jesteśmy przecież bardziej, czy mniej chciwi niż nasi przodkowie. Takie twierdzenie byłoby po prostu głupie.


Tagi


Artykuły powiązane