Chiny bardziej obecne w Birmie

21.01.2020
Chiny włączają się w całkowitą przebudowę i zmianę oblicza Mjanmy (dawniej Birmy), kraju dotąd zacofanego i relatywnie biednego, ale będącego ważnym punktem na mapie ich wielkiego projektu Inicjatywy Pasa i Szlaku.

(©PAP)


Przywódca Chin Xi Jinping złożył 17-18 stycznia oficjalną wizytę w Związku Mjanmy (dawna Birma). To pierwsza tej rangi wizyta od niemal 20 lat. No i co z tego? – zapytałby ktoś. Otóż właśnie ta dwudniowa wizyta to doskonały przykład, jak bardzo zmienia się świat i porządek na nim.

Formalnie prezydent Xi przybył do nowej stolicy tego kraju Naypyidaw z okazji 70-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych. Faktycznie była to jednak podróż o dużym znaczeniu symbolicznym i gospodarczym. Podpisano 33 porozumienia, a Chiny zdają się triumfalnie wracać na ten obszar jako główny rozgrywający.

Amerykanie w Rangunie

Było bowiem tak, że kiedy w 1990 roku odbyły się w Mjanmie wybory zakończone zdecydowanym zwycięstwem opozycyjnej Narodowej Ligi na rzecz Demokracji (NLD) pod wodzą charyzmatycznej pani Aung San Suu Kyi (ASSK), ówczesna wojskowa junta (rządząca nieprzerwanie i autorytarnie od 1962 r.) ich nie uznała, zmieniła nazwę (swoją i kraju), a następnie zaprowadziła rządy jeszcze bardziej brutalne, ASSK osadzając w areszcie domowym, a przy okazji odeszła od poprzedniej „birmańskiej drogi do socjalizmu”, postawiła na rynek i własne uwłaszczenie.

Na co Zachód odpowiedział przyznaniem ASSK pokojowej nagrody Nobla i wykreował ją na ikonę praw człowieka w skali globalnej, a zarazem obłożył sankcjami i ostracyzmem władze kraju. Ponieważ jednak w życiu nie ma próżni, opuszczone miejsce szybko zajęły Singapur i Tajlandia jako inwestorzy, natomiast Chiny – jako główny partner gospodarczy i handlowy. W pierwszej dekadzie tego stulecia, gdy po Mjanmie sporo jeździłem, odnosiło się wrażenie, że 80-85 proc. wszystkich towarów na rynku miało metkę „Made in China”. Statystyki dotyczące handlu to potwierdzały. Chiny stały się na terenie Związku Mjanmy prawdziwym ekonomicznym hegemonem. Co na pewno nie wszystkim mieszkańcom się podobało.

Specjaliści i najlepsi znawcy tego kraju, w tym żyjący od 2005 r. w Rangunie Thant Myint-U (wnuk dawnego sekretarza generalnego ONZ, U Thanta), który właśnie opublikował zajmującą i cenną książkę na temat najnowszej historii tego obolałego kraju („Hidden History of Burma”), są przekonani, że oprócz przyczyn natury wewnętrznej, to właśnie próba wyjścia spod zbyt daleko idącej chińskiej kurateli stała za przyjęciem nowej Konstytucji i próbą demokratyzacji kraju począwszy od jesieni 2010 roku.

To z kolei szybko sprowadziło do kraju Hillary Clinton, a nawet Baracka Obamę jako pierwszego urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych, który postawił stopę na terytorium Mjanmy. Goście z zagranicy pojawili się dlatego, że od wiosny 2012 roku ASSK włączyła się do życia politycznego kraju, wygrywając wybory uzupełniające do parlamentu i stając się posłem. Natomiast od roku 2015 ASSK oraz NLD przejęły rządy w państwie. Przy czym w specyficzny sposób, bo dzieląc się nimi z wojskowymi, którzy tak nową konstytucję napisali, by nadal sprawować kontrolę nad administracją kraju.

Oburzony Zachód

W efekcie faktyczną władzę sprawują dowódca armii generał Min Aung Hlaing oraz ASSK jako „Sekretarz Stanu”, bowiem przygotowana przez generałów konstytucja uniemożliwia jej sprawowanie funkcji prezydenta, teraz zresztą głównie ceremonialnej. Nic dziwnego, że w Naypyidaw chiński gość rozmawiał przede wszystkim z nimi obojgiem, a z prezydentem (nominatem NLD i ASSK) Win Myintem jedynie kurtuazyjnie.

Przyjęte z zachwytem przez Zachód pro-demokratyczne zmiany zachwiały się jednak niespodziewanie, gdy w wyniku krwawych incydentów w czerwcu i październiku 2012 r., potem niestety rozszerzonych i pogłębionych, do świadomości światowej opinii publicznej przedostała się kwestia muzułmańskiej mniejszości, ludu Rohingya o bengalskim rodowodzie (bodaj najlepsze studium tematu w tej książce).

Aż wreszcie we wrześniu 2017 r. doszło do brutalnej interwencji birmańskiej armii, która – przy niemej akceptacji, a czasami aprobacie ASSK – paliła tamtejsze wsie i wysiedlała ludzi, co uznano za ludobójstwo i masowe czystki etniczne. Ze strachu i pod przymusem, około 800 tys. osób znalazło się na terenie sąsiedniego Bangladeszu, gdzie rezydują w jednym wielkim obozie do dziś.

Zachód znowu odpowiedział tak, jak po roku 1990: oburzeniem i ostracyzmem. Chiny natomiast ponownie zwietrzyły swoją szansę. Nie krytykowały władz w Naypyidaw ani ASSK (która czeka na kolejne wybory jesienią i być może status prezydenta, o co ciągle gra), nie mówiły o „eksterminacji”, proponowały za to rozjemstwo w konflikcie. Przede wszystkim z całą mocą powróciły na ten obszar teraz już jako gigant gospodarczy.

Wcześniej za jeden z kamieni węgielnych odchodzenia od dyktatury uznano wstrzymanie przez reformistycznego generała Thein Seina w 2011 r. wielkiej inwestycji chińskiej, zapory wodnej i elektrowni Myitsone w górnym biegu rzeki Irrawaddy, której koszty szacowano na aż 3,6 mld dolarów. To ogrom jak na kraj, którego PKB w sensie nominalnym nawet dzisiaj według MFW wynosi 66 mld dolarów (pozycja 73 na świecie). Potem, w 2013 r. wstrzymano jeszcze inną planowaną chińską inwestycję, modernizację kopalni miedzi w Letpadaung na północy kraju.

Jeszcze większe wrażenie zrobił – na Zachodzie i w kraju – fakt, że Thein Sein powołał się przy tym, rzecz niespotykana w autokracji, na „wolę ludu”. Bowiem rzeczywiście występowały oddolne protesty dotyczące tej inwestycji. Obawiano się, że jej przeprowadzenie może gruntownie zmienić całą gospodarkę wodną w kraju, a nawet zasadniczo wpłynąć na rolnictwo. W efekcie, choć ta inwestycja jest dla Chin nadal ważna, umowy na ten temat nie ma wśród 33 teraz przez Xi Jinpinga podpisanych. ASSK najwyraźniej nie chciała ryzykować przed nadchodzącymi wyborami.

Chińskie ropociągi

Podpisane przez stronę chińską porozumienie, traktowane niemal jako perła w koronie, przewiduje, szacowaną wstępnie na 1,3 mld dolarów, modernizację portu morskiego Kyaukpyu leżącego na terenie Rakhine, czyli tam skąd niedawno wypędzono Rohingya. Docelowo ma być to suma o wiele wyższa, ale nie do końca wiadomo jaka.

Podpisane przez stronę chińską porozumienie, traktowane niemal jako perła w koronie, przewiduje modernizację portu morskiego Kyaukpyu

To projekt w tym pakiecie najważniejszy, nie tylko z punktu widzenia Chin i Mjanmy, ale wręcz czystej geopolityki. Albowiem, pomimo tak wyraźnego zbliżania się z Zachodem i wizyt w Rangunie i Naypyidaw dziesiątek jeśli nie setek najwyższych rangą zachodnich polityków (w tym z Polski, np. minister R. Sikorski), Chińczycy mimo niesprzyjającej im politycznej atmosfery dokończyli w minionej dekadzie projekt przyjęty jeszcze w czasach, gdy na terenie Związku Mjanmy dominowali.

Pod nadzorem giganta paliwowego China National Petroleum Corporation (CNPC – 4 na liście największych firm na globie) oraz jego o wiele mniejszego odpowiednika w postaci Myanmar Oil and Petroleum Enterprise w 2013 r. oddano do użytku – biegnący w poprzek przez cały rozległy kraj – gazociąg łączący właśnie port w Kyaukpyu z chińskim miastem Kunming, stolicą prowincji Yunnan. Odtąd przesyła on rocznie 12 mld m³ gazu rocznie.

Natomiast w kwietniu roku 2017, z dwuletnim opóźnieniem, te same dwie firmy zakończyły budowę drugiej nitki, tym razem ropociągu biegnącego paralelnie na tej samej trasie. Z jego mocy przesyłowych nie można jednak w  pełni skorzystać, bowiem port w Kyaukpyu jest płytki i nie jest w stanie przyjmować największych kontenerowców płynących tam z Iranu czy Bliskiego Wschodu.

Dlatego w roku 2015 inny chiński konglomerat państwowy, China International Trust and Investment Company (CITIC) podpisał z władzami w Naypyidaw umowę na modernizację tego portu, opiewającą na sumę 10 mld dolarów (7,5 mld na sam port, a 2,5  mld na towarzyszący mu park przemysłowy). Jednakże władze w Naypyidaw uwzględniły doświadczenia portu Hambantota w Sri Lance. Ten bowiem najpierw znalazł się na chińskim morskim Jedwabnym Szlaku, ale okazał się zbyt kosztowny dla tamtejszych władz, toteż szybko zmienił status na 99-letnią chińską dzierżawę.

Biorąc to pod uwagę Birmańczycy najpierw zmienili pakiet kontrolny całej tej inwestycji (początkowo miało być 85 proc. po stronie CITIC i 15 po stronie Mjanmy, co zastąpiono proporcją 70:30), a potem stale zmniejszały ostateczną sumę tego przedsięwzięciu, nigdy nie przesądzając, jaka ona ostatecznie będzie. Jest jednak pewne, że chińska presja będzie trwała, bowiem istniejące nitki gazo-i ropociągu mają jeszcze większe moce przerobowe, a tankowce w Kyaukpyu nie musiałyby już robić okrężnej drogi przez Cieśninę Malakka. To ogromna oszczędność – dla Chin, a dla całego świata inwestycja o geopolitycznym znaczeniu.

Mjanma na Jedwabnych Szlakach

Drugie najważniejsze osiągnięcie tej krótkiej wizyty, to podpisanie szeregu porozumień, mających na celu pełne włączenie Związku Mjanmy w chińską wizję Jedwabnych Szlaków. Tu też teren przygotowywano cierpliwie i długo, przede wszystkim podczas rozmów z ASSK, odkąd tylko przestała być uwięzionym dysydentem, a stała się aktywnym – a potem decydującym o losach kraju – politykiem.

Efekty przyszły same. ASSK uczestniczyła w obu dotychczasowych szczytach Inicjatywy Pasa i Szlaku (Belt and Road Initiative – BRI) w Pekinie, a  w maju 2018 r., gdy już głośno było o Rohingya, a zachodnie oburzenie na władze w Naypyidaw rosło, podpisano aż 15 umów mających na celu wprowadzenie w życie jeszcze jednego ogromnego projektu, Korytarza Ekonomicznego Chin i Mjanmy (China-Mynamar-Economic Corridor – CMEC).

Teraz podpisano odpowiednie porozumienia implementujące CMEC. Zakładają one nie tylko połączenie drogowe i kolejowe pomiędzy prowincja Yunnan i miastem Mandalaj (potem ma to iść dalej na południe, aż do Rangunu), tylko – jak to zapisano w oficjalnych dokumentach – mają połączyć Yunnan z  tworzonymi przy chińskim wsparciu strefami wolnego handlu przy Kyaukpyu i pod Rangunem (w postaci litery Y) „włączając w to inwestycje infrastrukturalne, nowe konstrukcje, przemysł przetwórczy, rolnictwo, transport, finanse, rozwój zasobów ludzkich oraz telekomunikację i badania i rozwój”.

Innymi słowy, Chiny chcą w pełni włączyć się w całkowitą przebudowę i zmianę oblicza Mjanmy, kraju dotąd zacofanego i relatywnie biednego (bo surowce i zasoby ma). To ma być chiński wkład w ramach implementacji wizji BRI „w wersji birmańskiej”.

Oczywiście, dokładnych liczb na tym etapie nie podano, ale wiadomo, że chodzi nawet o dziesiątki miliardów dolarów. Planowane inwestycje zwiększą też, co jest pewne, dwustronne obroty handlowe, które na koniec 2018 r. zamknęły się sumą 5,5 mld dolarów eksportu Mjanmy do Chin (głównie surowce i tekstylia) oraz 6,2 mld importu (sprzęt budowlany, elektryczny, elektroniczny).

Wiadomo też, bo odpowiednie porozumienia znalazły się na liście 33, że niektóre z nich dotyczą przyszłości Rangunu, starej stolicy. Można przypuszczać, że wspomniany wyżej Thant Myint-U będzie miał teraz ręce pełne roboty, bo założył specjalną fundację mającą na celu zachowanie starej struktury kolonialnej zabudowy tego miasta, o czym rozmawiał nawet z prezydentem Obamą, gdy go osobiście oprowadzał po tej starówce. Czy teraz się ona ostanie pod naporem chińskiego walca?

Można mieć co do tego obawy. Przede wszystkim trzeba jednak wiedzieć i mieć świadomość, że oto na terenie geograficznie od nas oddalonym najwyraźniej doszło do kolejnej odsłony rosnącego starcia Zachodu (USA) z ambitnymi i asertywnymi Chinami. My znowu, jak przed laty, wracamy do polityki zasad, norm i wartości i się w stosunku do Mjanmy najwyraźniej wahamy, sprawiając wrażenie gości na huśtawce, natomiast Chińczycy nie oglądając się na nic forsują swoje interesy, plany i wizje. Jest się nad czym zastanowić, gdyż geostrategiczna rozgrywka trwa, nawet na obszarach dalekiej nam Mjanmy. A jej przebieg i rezultat nie jest obojętny dla nikogo, nawet dla nas tutaj nad Wisłą.

Autor w latach 2004-08 był nie-rezydującym ambasadorem RP w Związku Mjanmy. Napisał tom „Złota Ziemia roni łzy. Esej birmański”.


Tagi


Artykuły powiązane