Davos: rewolucja energetyczna jako źródło wzrostu

24.01.2020
Ostatni dzień forum w Davos to mało paneli, ale duże nazwiska. Swoje przemyślenia na temat przyszłości gospodarki wygłosili Kristalina Georgiewa, Christine Lagarde, Haruhiko Kuroda i Steven Mnuchin. Wrócił temat rewolucji energetycznej i banków centralnych.
mfw2

Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca MFW (©World Economic Forum/Sikarin Fon Thanachaiary CC BY-NC-SA)

Kristalina Georgiewa, dyrektor zarządzająca MFW (©World Economic Forum/Sikarin Fon Thanachaiary CC BY-NC-SA)

– Jesteśmy w lepszym miejscu w styczniu 2020 roku niż byliśmy w październiku 2019 roku podczas corocznego spotkania MFW. Przewidujemy wzrost na poziomie 3,3 proc. w tym roku, a w przyszłym na poziomie 3,4 proc. To wyraźna poprawa w stosunku do rekordowo niskiego poziomu w ubiegłym roku 2,9 proc. – mówiła dyrektor zarządzająca MFW Kristalina Georgiewa (video)

Dodała, że pozytywne momentum napędzają trzy czynniki. Po pierwsze podpisanie umowy handlowej USA-Chiny skutkuje większą pewnością w światowym handlu. Po drugie „banki centralne dobrze przysłużyły się światu”. Po trzecie zsynchronizowane cięcia podatków w wielu krajach dały przyspieszenie wzrostu gospodarczego.

Niemniej dyrektor zarządzająca MFW sugerowała, że takie działania powinny być kontynuowane. Światowa gospodarka wciąż jej zdaniem potrzebuje obniżek stóp procentowych i „agresywnej” polityki fiskalnej. Wszystko przez to, że w długim terminie ciągle nie uporaliśmy się z czterema słabościami: słabą produktywnością, słabym wzrostem gospodarczym, słabą naturalną stopą procentową oraz słabą inflacją.

O tej ostatniej słabości wie najlepiej Haruhiko Kuroda. Gubernator Banku Japonii przypomniał, że jego kraj zmagał się z deflacją od 1998 do 2013 roku, a więc 15 lat.

– Dziś wskaźnik inflacji to wciąż poniżej 1 proc. Wskaźnik inflacji bazowej to 0,7 proc. Wciąż jesteśmy daleko od 2 proc. celu inflacyjnego, dlatego Bank Japonii będzie kontynuował akomodacyjną politykę pieniężną przez jakiś czas, aby osiągnąć 2-proc. cel inflacyjny – zapewniał Kuroda.

– Radzenie sobie z niskimi stopami to nic przyjemnego, bo oznacza także, że wzrost jest niski – wtórowała Christine Lagarde, prezes Europejskiego Banku Centralnego, który także nie osiągnął 2 proc. celu inflacyjnego.

Podczas dyskusji pojawił się jednak pomysł, skąd wykrzesać wyższy wzrost owocujący z czasem wyższą inflacją. Dyrektor zarządzająca MFW przekonywała, że inwestycje na rzecz niskoemisyjności i poprawy klimatu mogą stanowić niemal doskonały globalny bodziec wzrostu. Z kolei prezes EBC zasugerowała, że koszty zaniechania w sprawie klimatu należy jak najszybciej włączyć w modele ekonometryczne i stress testy, bo w krótkim terminie mogą być niedoszacowane.

Amerykański sekretarz skarbu Steven Mnuchin stał za to na stanowisku, że owe koszty się przeszacowuje, a podatek od emisji dwutlenku węgla uderza w „ciężko pracujących ludzi”. Jego zdaniem, rozsądniej byłoby poczekać na to, aż rewolucja technologiczna uczyni politykę klimatyczną znacznie tańszą do wdrożenia.

Banki chcą być mniej centralne

Do takich różnic zdań nie dochodziło podczas panelu „Centralność banków centralnych”. Być może dlatego, że zgromadził on dwóch przedstawicieli EBC (gubernatora Banku Francji oraz prezesa Banku Holandii) oraz profesor Carmen Reinhart (video).

Konsensus podczas panelu można streścić tak: banki centralne uratowały świat po wybuchu kryzysu w 2007 roku, a że do tego czasu nie udało im się osiągnąć celów inflacyjnych, to nie ich wina, ale długofalowe skutki tego kryzysu. To rodzi jednak pytanie: skoro banki centralne w rozwiniętych gospodarkach nie wykonują mandatu w stosunkowo normalnych czasach, to czy mają jeszcze amunicję w razie, gdyby kryzys się powtórzył?

– Nie wydaje mi się, aby rozwiązaniem było ściąganie stóp procentowych na jeszcze bardziej negatywne terytorium. Tylko porównując historycznie: przeciętny spadek stóp procentowych Fed w powojennych Stanach Zjednoczonych w odpowiedzi na ryzyko recesji to 600 punktów bazowych. To nie jest rozwiązanie. Moim zdaniem wystarczy przekonanie o mocy banku centralnego jako pożyczkodawcy ostatniej szansy – przekonywała profesor Carmen Reinhart.

Klaas Knot, prezes DNB – banku centralnego Holandii – zgodził się tylko z tym, że inflacja okazała się trudniejsza do kontrolowania niż przewidywały to teoretyczna modele i że wciąż moglibyśmy wiedzieć o niej więcej.

Wtórował mu François Villeroy de Galhau, gubernator francuskiego banku centralnego.

– Dla mnie oczekiwania inflacyjne powinny stanowić główną część przeglądu strategicznego (który właśnie zaczął EBC – przyp. red.) (…) Mamy oczekiwania inflacyjne z rynków finansowych, mamy publikację profesjonalnych prognostów, ale jesteśmy bardzo słabi w mierzeniu oczekiwań inflacyjnych firm i gospodarstw domowych, a to one na końcu ustalają ceny i płace – wyjaśniał.

Na samym początku dyskusji sprecyzował też, że banki centralne chciałyby być mniej centralne. Innymi słowy: rozwój gospodarczy nie powinien polegać tylko na tym, że wszyscy czekają na to, aż banki centralne będą naprawiać problem po problemie.


Tagi


Artykuły powiązane