Gospodarka, polityka klimatyczna i tanie źródła energii

Pierwszym problemem dla gospodarki niemieckiej jest brak tanich surowców. Drugim jest polityka klimatyczna, gdyż staje się coraz bardziej ambitna i w zasadzie – co sygnalizują niemieccy przedsiębiorcy – niemożliwa do zrealizowania w tej obecnej postaci – mówi prof. dr hab. Tomasz Grzegorz Grosse, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego.

Zbigniew Biskupski: Przykład naszych zachodnich sąsiadów i ich gospodarki daje wiele do myślenia. Potęga gospodarki niemieckiej przez całe lata opierała się na tanich, importowanych – głównie z Rosji – źródłach energii – ropie i gazie. Gospodarka ta w momencie rozpoczęcia rosyjskiej agresji na Ukrainę, powstałych kłopotów logistycznych, ale przede wszystkim w wyniku wprowadzenia embarga i różnego rodzaju sankcji, tak jak pięknie rozkwitała i budowała swoją konkurencyjność opierając się na tanich źródłach, tak obecnie usycha. Czy to jest dowód na to, że gospodarki w taki sposób nie należy budować?

Tomasz Grzegorz Grosse: Rzeczywiście, Niemcy się trochę przeliczyli. Oparcie całej gospodarki na tanich rosyjskich surowcach stanowiło z jednej strony pewną trampolinę dla konkurencyjności niemieckiego eksportu, z drugiej zaś strony było bardzo ważnym mechanizmem transformacji klimatycznej. Działo się tak nie tylko u naszych sąsiadów za zachodnią granicą, ale w całej Unii Europejskiej, bo gaz w okresie przejściowym miał być tym głównym surowcem, torującym drogę do niskoemisyjnej gospodarki i energetyki dla wszystkich państw członkowskich. W istocie wojna w Ukrainie, embargo nałożone na Rosję, wszelkiego rodzaju sankcje doprowadziły do poważnego problemu nie tylko w Niemczech, ale w całej Unii Europejskiej, również w Polsce. Po pierwsze, w Niemczech wystąpił problem związany z brakiem tanich surowców, a więc pogorszeniem konkurencyjności eksportu. Po drugie, zaistniał też problem z transformacją klimatyczną, która do tej pory opierała się na rosyjskim gazie, a obecnie jej przyszłość stanęła pod bardzo dużym znakiem zapytania.

Rząd niemiecki już w kwietniu, czyli stosunkowo szybko po agresji Rosji na Ukrainę, dokonał przewartościowań tej polityki klimatycznej, określił nowy jej pakiet oparty na odnawialnych źródłach energii. Ale czy to nie jest takie trochę, rzucenie się z jednej skrajności w drugą? Warto pamiętać, że dekadę temu, gdy w Niemczech rozkwitała energetyka prosumencka oparta na energii słonecznej, czego wszyscy im zazdrościli, to jednak mieli oni ogromne problemy z logistyką, z przesyłaniem tej energii. Niemcy korzystały nawet z naszych zachodnich sieci przesyłowych. Czyli błyskawiczne przestawienie wcale nie jest takie proste? Czy zatem nasi zachodni sąsiedzi podchodzą do tego nazbyt optymistycznie?

Pierwszym problemem dla gospodarki niemieckiej jest brak tanich surowców. Drugim jest polityka klimatyczna, gdyż staje się coraz bardziej ambitna i w zasadzie, co sygnalizują niemieccy przedsiębiorcy, niemożliwa do zrealizowania w tej obecnej postaci. Wiadomo już, że wszystkie założenia dotyczące np. liczby elektrycznych samochodów na drogach niemieckich czy też innych celów zakładanych przez Niemców, nie będą mogły być zrealizowane. Ale z punktu widzenia geoekonomicznego transformacja klimatyczna, która miała wspierać Europę Zachodnią, szczególnie po pandemii, i która miała być kołem napędowym w obecnej sytuacji geopolitycznej i surowcowej, przede wszystkim będzie promować Chiny i Stany Zjednoczone. A Niemcom oraz wszystkim innym, łącznie z Polakami, polityka klimatyczna przyniesie więcej kłopotów niż pewnych profitów, które pozwoliłyby gospodarce europejskiej odbić się i stać się bardziej konkurencyjną na rynkach globalnych. Niemieckie decyzje, z jednej strony oczywiście oparte są na ambitnych celach, odnośnie do odnawialnych źródeł energetyki, ale z drugiej strony jednocześnie w ich polityce energetycznej w lipcu nastąpił bardzo poważny zwrot w kierunku gazu. Niemcy zaczęli budowę terminali. Pierwszy z nich został już oddany, a planowane są jeszcze kolejne trzy publiczne i dwa prywatne. Mowa zatem o sześciu gazoportach, które Niemcy w bardzo przyspieszonym tempie stawiają. A to oznacza, że brak rosyjskiego gazu chcą zastąpić tym pozyskiwanym z rynków pozaeuropejskich, z rynków globalnych. Ale już wiadomo, że to się nie uda.

Ursula von der Leyen mówiła, że w całej Unii Europejskiej w 2023 r. będzie brakować około 30 proc. gazu, czyli że wszyscy będziemy mieli bardzo potężne problemy, łącznie z Polską. Niemcy w związku z tym zwrócili się zatem ponownie w stronę węgla. Około 20 elektrowniom węglowym, które miały być wygaszane, przedłużono okres eksploatacji, a dodatkowo buduje się też nowe. To samo dotyczy kopalni węgla. Niemcy na czas kryzysu energetycznego wracają więc w bardzo poważnym stopniu do węgla, czyli tak naprawdę do surowca najbardziej brudnego z punktu widzenia polityki klimatycznej. Ten powrót do węgla, ale też rozbudowa terminali gazowych pokazuje, że na OZE nie można jednak zbudować przyszłości. Powrót – zwłaszcza w czasie kryzysu energetycznego – do tradycyjnych zasobów dowodzi, że bez nich gospodarka niemiecka już by się całkowicie wywróciła. Tego typu działania będą więc łagodziły najgorsze konsekwencje kryzysu energetycznego.

Ale to wszystko odbędzie się kosztem ekonomicznym, dlatego że to już nie są tanie źródła. Nawet jeśli wracamy do węgla, który zawsze nam się kojarzył z tanim medium energetycznym, to to już nie jest tylko koszt wydobycia, abstrahując od tego, jakie koszty trzeba ponieść przy ponownym uruchomieniu wygaszanych kopalni, ale również koszt emisji dwutlenku węgla, za którą trzeba zapłacić. Z pewnością odbędzie się to kosztem konkurencyjności gospodarki. Jakie zatem wnioski płyną z tego niemieckiego przykładu? Czy powinniśmy pozostać przy tym miksie, jaki w tej chwili mamy? Czy po prostu budować, ale zdecydowanie wolniej?

Tak jak wspomniałem, w Europie wszyscy będziemy mieli problem z gazem, dotyczy to również Polski. Ma to oczywiście swoje konsekwencje dla przemysłu, dla produkcji nawozów, a więc w przyszłości dla produkcji żywności. Węgiel produkowany obecnie w Polsce jest mniej więcej trzykrotnie tańszy niż ten importowany z rynków światowych, chociażby z Azji. Nie mówiąc już o bardzo niskiej jakości importowanego węgla. Z tego powodu w Polsce mamy obecnie dwie bardzo poważne awarie w naszych największych elektrowniach, które w szczycie sezonu grzewczego musiały być wyłączane, tak jak w przypadku Kozienic na dwa tygodnie. Oczywistym zatem staje się dylemat: czy wybrać polski węgiel, czy importowany. W obecnym kryzysie, przy obecnych cenach polski węgiel jest i tańszy, i lepszy jakościowo. W grę wchodzi też kwestia bezpieczeństwa energetycznego, w sytuacji tak dużej niepewności. Musimy bowiem pamiętać, że żyjemy w czasie gospodarki wojennej i w związku z tym rynki są szalenie niestabilne i nieprzewidywalne. Musimy się więc zastanowić, co z punktu widzenia polskiego bezpieczeństwa jest najważniejsze w tych trudnych czasach dla obywateli i przedsiębiorców. A te trudne czasy będą trwały minimum trzy lata. Frans Timmermans, odpowiedzialny w Komisji Europejskiej m.in. za politykę energetyczną i klimatyczną, powiedział, że „każda kolejna zima będzie trudniejsza od obecnej z punktu widzenia kryzysu energetycznego, a on potrwa przynajmniej trzy lata, bez względu na to, jak się potoczy wojna w Ukrainie”. Dzisiaj bardzo wyraźnie widać, że nie zmierza ona ku końcowi. W związku z tym te wszystkie problemy, o których rozmawiamy, się nasilą. Bezpieczeństwo Polski w czasie kryzysu powinno być zatem oparte na wydobyciu polskiego węgla. I to jest nauka, którą powinniśmy wyciągnąć, bo skoro Niemcy wracają do węgla, to znaczy, że widzą w tym jakiś sens, bo do tej pory cała ich gospodarka, w okresie przejściowym, czyli kilkunastoletnim, oparta była jednak na gazie.

W Polsce mamy troszeczkę inną sytuację. Nasza gospodarka jest oparta przede wszystkim na węglu i w tylko w niewielkim stopniu na gazie. W związku z tym ten okres przejściowy transformacji klimatycznej, prawdopodobnie trwający około kilkunastu lat, póki nie wybudujemy elektrowni atomowych, musi być na czymś oparty. Węgiel wydaje się zatem jedynym naszym ratunkiem, jeśli chodzi o stabilizację, dopóki nie wybudujemy elektrowni atomowych. Planowane są w tej chwili trzy. Nie oznacza to jednak, że mamy zrezygnować z OZE.

Nie jest tak, że możemy zrezygnować z celów polityki klimatycznej i nie tylko dlatego, że jesteśmy krajem unijnym i to nas obliguje, a Unia nie zamierza rewidować tej polityki, ale żeby zbudować taki fundament, który pozwoli nam realizować te cele przy pomocy energii słonecznej i wiatrowej, również farm wiatrowych na Bałtyku. Musimy więc ten fundament trochę inaczej wylać. Czy dobrze to widzę?

Jak najbardziej tak. OZE jest mimo wszystko pewnym dodatkiem. Trzeba rozwijać ten kierunek, tak jak pan wskazał. Można budować różnego rodzaju rozwiązania, które będą współpracować z OZE, chociażby elektrownie szczytowo-pompowe. Trzeba na pewno zmodernizować sieć, bo ona w tej chwili nie jest gotowa na przyjęcie większej ilości odnawialnych źródeł energetyki. Ten poziom, który mamy, z punktu widzenia możliwości polskich sieci, jest na granicy wytrzymałości. Czyli jeżeli niektórzy szacują, że dysponujemy w naszym miksie energetycznym około 25 proc. odnawialnych źródeł energetycznych, to z punktu widzenia wydolności polskich sieci zawsze będzie to w mniejszym lub większym stopniu dodatkiem. Nawet jeżeli zmodernizujemy sieć i zbudujemy np. więcej elektrowni szczytowo-pompowych, bo tak naprawdę nie dysponujemy w tej chwili technologią magazynowania energii. Mamy tylko takie półśrodki w postaci tych elektrowni, które mogą zastąpić te magazyny. Tak czy inaczej potrzebujemy baz, na których się oprze stabilność całego systemu. Docelowo, z punktu widzenia polityki klimatycznej, są to elektrownie atomowe. Ale zanim je zbudujemy, to musimy mieć inną bazę. Dodatkowo mamy dzisiaj bardzo poważny i rozkręcający się kryzys energetyczny. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie ma alternatywy dla węgla nie tylko podczas kilkuletniego kryzysu energetycznego, ale także podczas kilkunastoletniego okresu przejściowego.

Czy to oznacza, że mamy budować nowe kopalnie?

Moim zdaniem powinniśmy podjąć tę decyzję już dawno, już kilka miesięcy temu, bo kryzys nie czeka, on się nasila, a rozbudowa kopalni to jest proces inwestycyjny, który trwa ponad rok, a czasami nawet dłużej. W związku z tym my już w tej chwili zmarnowaliśmy przynajmniej pół roku kryzysu, żeby zapewnić Polsce stabilizację energetyczną.

Powinniśmy mimo wszystko budować tę drugą energetyczną nogę opartą na odnawialnych źródłach energii. Żebyśmy nie popełnili błędu i nie opierali całej logistyki, czyli sieci przesyłowych, systemów magazynowania energii tylko na węglu, bo to za kilkanaście lat może się na nas zemścić.

Nie widzę takiego zagrożenia. Uważam, że to się w żaden sposób się na nas nie zemści. Mało tego, uważam, że polityka klimatyczna Unii Europejskiej to jest jak skok pływaka z trampoliny, który tak naprawdę nie wie, czy ten zbiornik na dole jest już wypełniony wodą, czy jeszcze nie. Bo my nie mamy technologii, one są cały czas w trakcie wymyślania. Jako cała Unia Europejska liczymy na to, że w międzyczasie ktoś wymyśli technologię, która będzie optymalna dla nas. Moim zdaniem to jest bardzo ryzykowne podejście. Z tego punktu widzenia nie mamy istniejącej alternatywy dla elektrowni atomowych jako ten punkt dojścia, bo być może powstaną kiedyś efektywne technologie magazynowania energii, tworzenia ekologicznej energii, która będzie bardziej stabilna z punktu widzenia systemu energetycznego. Ale moim zdaniem takich technologii nie ma. Ten wodór w różnych postaciach to jest mimo wszystko jeszcze pewna przyszłość, która nie jest doprecyzowana.

Tak czy inaczej, biorąc pod uwagę politykę klimatyczną Unii Europejskiej, myśmy już wystartowali, ale nie do końca wiemy, w jakim kierunku idziemy w sensie technologicznym. Cały czas dopracowujemy albo opracowujemy te technologie, którymi nie dysponujemy w pełni. I to jest ogromne wyzwanie, tym bardziej, że większość surowców niezbędnych do produkcji potrzebujemy z chińskich kopalni, od chińskich dostawców, dla których to jest bardzo korzystne. Ale żeby to się nie skończyło tak, jak w przypadku słynnych chińskich paneli słonecznych, które zalały Unię Europejską. W tym aspekcie transformacja klimatyczna była niezwykle korzystna dla producentów chińskich, ale znacznie mniejszym stopniu korzystna dla gospodarki Unii Europejskiej.

O ile zatem potrzeby konsumenckie można budować na odnawialnych źródłach energii, o tyle przemysłu, który potrzebuje tej energii zdecydowanie więcej, nie da się w tej chwili zbudować ani na gazie, tak jak próbowali to robić Niemcy, ani na taniej ropie naftowej. Musi to być solidny fundament oparty na aktywach, które w danym momencie w danym kraju są najtańsze. I to jest również szansa dla polskiej gospodarki.

Być może tak, ale polityka klimatyczna w moim przekonaniu jest obarczona ogromnymi zagrożeniami. Będąc w Unii Europejskiej też aprobujemy ten kierunek, ale powinniśmy to robić w taki sposób, żeby to nie było dla nas zbyt ryzykowne. Powinniśmy przede wszystkim chronić polskich obywateli i gospodarstwa rodzinne, polski przemysł. Powinniśmy dochodzić do tych celów klimatycznych w sposób gwarantujący racjonalne rozwiązania.

Otwarta licencja


Tagi


Artykuły powiązane