Lekcja angielskiego

17.07.2016
Przetrawianie wszystkich implikacji referendum w Wielkiej Brytanii długo jeszcze będzie absorbować ten kraj, Europę i cały świat. Najgłębsze konsekwencje Brexitu będą oczywiście zależeć od reakcji Unii Europejskiej na wycofywanie się z niej Wielkiej Brytanii.
Joseph Stiglitz


Początkowo większość ludzi zakładała, że UE nie „odmrozi sobie uszu na złość mamie”; przyjazny rozwód leży przecież – jak się wydaje – w interesie wszystkich. Podobnie jednak jak wiele rozwodów, również i ten może się stać przykry.

Korzyści z handlu oraz integracji gospodarczej między Wielką Brytanią i UE są wzajemne. Jeśli więc UE serio traktuje swoje przekonanie, że ściślejsza integracja gospodarcza jest lepsza, to jej przywódcy powinni dążyć do utrzymania najściślejszych więzów, jakie są w tych okolicznościach możliwe. Jean-Claude Juncker – architekt program masowego unikania podatku od dochodów osób prawnych, a obecnie przewodniczący Komisji Europejskiej – przyjmuje jednak twardy kurs: „Jak wyjście, to wyjście” – mówi.

Ta odruchowa reakcja jest nawet zrozumiała, zważywszy, że Juncker może być zapamiętany jako osoba, która przewodniczyła UE na początkowym etapie jej rozpadu. Podkreśla on, że UE musi być bezkompromisowa, żeby powstrzymać od odejścia inne kraje – i oferować Wielkiej Brytanii niewiele ponadto, co gwarantują porozumienia Światowej Organizacji Handlu.

Odruchowa reakcja Junckera jest nawet zrozumiała, zważywszy, że może on być zapamiętany jako osoba, która przewodniczyła UE na początkowym etapie jej rozpadu.

Innymi słowy, Europa ma się już trzymać razem nie ze względu na korzyści, które znacznie przewyższają koszty. Pomyślność gospodarcza, poczucie solidarności i duma z bycia Europejczykiem według Junckera nie wystarczy. Europę mają trzymać razem groźby, zastraszanie i obawy.

Stanowisko to ignoruje naukę, jaka wypływa zarówno z głosowania w sprawie Brexitu, jak i konwencji amerykańskiej Partii Republikańskiej: że dużym grupom ludności nie wiedzie się dobrze. Neoliberalny program minionych czterech dekad był zapewne dobry dla 1 procenta najbogatszych, ale nie dla reszty. Od dawna przewidywałem, że ta stagnacja będzie mieć w końcu konsekwencje polityczne. Ten dzień właśnie nadszedł.

Obywatele z obydwu stron Atlantyku źródeł swoich niedoli upatrują w porozumieniach handlowych. Jest to wprawdzie nadmierne uproszczenie, ale zrozumiałe. Porozumienia handlowe negocjuje się dziś w tajemnicy: interesy korporacji są tam dobrze reprezentowane, ale zwykli obywatele czy pracownicy są z takich negocjacji wykluczeni. Nic więc dziwnego, że efekty tych porozumień są jednostronne. Pozycja przetargowa pracowników coraz bardziej słabnie, co powoduje pogłębienie skutków, powodowanych przez przepisy, które podważają prawa związkowe i pracownicze.

W doprowadzeniu do tych nierówności porozumienia handlowe odegrały pewną rolę, ale do przechylenia politycznej szali na stronę kapitału przyczyniło się także wiele innych czynników. Prawa własności intelektualnej zwiększyły na przykład możliwość podnoszenia cen przez firmy farmaceutyczne. Zresztą każdy wzrost siły rynkowej korporacji oznacza de facto obniżenie płac realnych – a także wzrost nierówności, który stał się dziś cechą charakterystyczną większości krajów rozwiniętych.

W wielu sektorach narasta koncentracja produkcji – a z nią i potęga rynkowa. Skutki stagnacji i spadku płac realnych zbiegają się z posunięciami oszczędnościowymi, co grozi ograniczeniem usług publicznych, od których zależni są tak liczni pracownicy z klasy średniej oraz ci o niskich dochodach.

Gdy wynikającą z tego ekonomiczną niepewność pracowników połączy się z migracją, powstaje zabójcza mieszanina. Wielu uchodźców to ofiary wojen i ucisku, do których przyczynił się Zachód. Pomoc dla nich to moralny obowiązek wszystkich, ale szczególnie byłych mocarstw kolonialnych.

A jednocześnie – choć wielu temu zaprzeczy – dopóki utrzymuje się zniżkowa tendencja krzywych popytu, dopóty zwiększenie podaży słabo wykwalifikowanych pracowników prowadzi do niższych płac równowagi. A jeśli płac nie można czy nie da się obniżyć, rośnie bezrobocie. To właśnie jest największym powodem do obaw w krajach, gdzie złe zarządzanie gospodarką doprowadziło już do wysokiego poziomu bezrobocia. Europa, zwłaszcza zaś strefa euro, była w ostatnich dekadach źle zarządzana. Do tego stopnia źle, że przeciętny poziom bezrobocia jest tam dwucyfrowy.

Swoboda migracji wewnątrz Europy oznacza, że krajom, które mają lepsze efekty jeśli chodzi o obniżanie bezrobocia, przypadnie przypuszczalnie bardziej niż proporcjonalna część uchodźców. Koszty tego – w formie zaniżonych płac i większego bezrobocia – poniosą pracownicy. Pracodawcy będą natomiast czerpać korzyści z tańszej siły roboczej. Nic więc dziwnego, że ciężar uchodźców spada na tych, którzy są najmniej zdolni go unieść.

Wiele się oczywiście mówi o korzyściach netto z migracji z zewnątrz. W przypadku kraju, w którym poziom zapewnianych obywatelom świadczeń gwarantowanych – zabezpieczenia społecznego, edukacji, opieki zdrowotnej i tak dalej – jest niski, może to być prawdą. W przypadku krajów, w których funkcjonuje solidna sieć zabezpieczenia społecznego, jest akurat odwrotnie.

Złość wyborców nie powinna dziwić. Politycy, którzy obiecywali zmiany, nie zrobili tego, czego oczekiwano.

Efektem tej zniżkowej presji na płace i cięć w usługach publicznych jest osłabienie klasy średniej, co po obydwu stronach Atlantyku ma podobne konsekwencje. Należące do klasy średniej i do klasy robotniczej gospodarstwa domowe nie czerpią korzyści ze wzrostu gospodarczego. Ludzie ci wiedzą, że kryzys z 2008 roku spowodowały banki. Widzieli jednak, że na ratowanie banków szły potem miliardy, a na ratowanie ich mieszkań i pracy – śmieszne kwoty. Średnia (mediana) płaca realna – a więc uwzględniająca inflację – pracującego na pełen etat mężczyzny jest dziś w USA mniejsza niż 40 lat temu. Złość wyborców nie powinna więc dziwić.

Ponadto politycy, którzy obiecywali zmiany, nie zrobili tego, czego oczekiwano. Zwykli obywatele wiedzieli, że system jest nieuczciwy, ale potem stwierdzali, że jest on bardziej zmanipulowany, niż sobie wyobrażali. To zaś powodowało, że tracili to niewielkie zaufanie do zdolności – bądź woli – jego naprawy przez polityków z establishmentu. To również jest zrozumiałe: ci nowi politycy podzielali pogląd tych, którzy kiedyś obiecywali, że na globalizacji skorzystają wszyscy.

Głosowanie w gniewie nie rozwiązuje jednak problemów. Może natomiast sprawić, że sytuacja polityczna i gospodarcza stanie się jeszcze gorsza. To samo dotyczy reagowania w złości na wyniki wyborów.

Co było, to było – to podstawowa zasada ekonomii. Polityka po obydwu stronach Kanału La Manche powinna nastawiać się na zrozumienie, jak to możliwe, że establishment polityczny – i to w demokracji – nie może tak słabo zajmować się rozwiązywaniem problemów, budzących obawy tak licznych obywateli. Każdy rząd w UE za cel pierwszej wagi powinien obecnie uważać poprawę pomyślności zwykłych obywateli. Zwiększona dawka ideologii neoliberalnej w tym nie pomoże. Powinniśmy też przestać mylić wyniki ze środkami. Na przykład wolny handel, gdyby dobrze nim pokierować, mógłby przynieść większe korzyści wszystkim. Jeśli jednak dobrze się nim nie pokieruje, spowoduje obniżenie poziomu życia licznych obywateli, a być może ich większości.

Istnieją przecież rozwiązania alternatywne w stosunku do obecnych układów neoliberalnych. Niektóre z nich mogą tworzyć podzielany przez wszystkich dobrobyt, ale są również takie, które – jak proponowane przez prezydenta USA, Baracka Obamę, Transatlantyckie Partnerstwo w sprawie Handlu i Inwestycji – mogą wyrządzić jeszcze większe szkody. Wyzwaniem na dziś jest wyciągnięcie lekcji z przeszłości – tak żeby zaakceptować pierwsze z tych rozwiązań i zapobiec drugiemu.

© Project Syndicate, 2016

www.project-syndicate.org

 

 


Tagi


Artykuły powiązane