• Prof. Dariusz Rosati

Nic się nie wali. Nie ma kryzysu euro

13.02.2010
Euro przetrwa, bo ma mocne atuty: wielki potencjał eksportowy i wiarygodną politykę banku centralnego. A słabych krajów nikt nie wyrzuci ze strefy ani same nie zechcą odejść, gdyż z chwilą wyjścia oprocentowanie ich długu wzrośnie z 5-7 proc. do co najmniej 15-18 proc. Istnieje inne niebezpieczeństwo - że to Niemcy zechcą przywrócić markę - mówi ekonomista i eurodeputowany prof. Dariusz Rosati.
prof. Dariusz Rosati (c) PAP/Leszek Szymański


Mieliśmy obrady za murami brukselskiej biblioteki Solvay, deklaracje polityków, że Grecja nie zostanie pozostawiona samej sobie. Ale nie zmniejszyło to niepokoju na rynkach finansowych, bo konkretów nie usłyszeliśmy. Czy rzeczywiście Unia pomoże Grecji?

A ma wyjście? Wciąż niewiele wiemy, ale można zakładać, że pomoc przyjmie formę stand by – jeśli Grecy nie będą w stanie rolować swych długów, Unia wyłoży pieniądze. To będą pieniądze niemieckie, francuskie, może jeszcze dwóch, trzech krajów, ale przekazane pod sztandarem unijnym. Szczegóły poznamy zapewne po wtorkowym posiedzeniu Ecofinu.

Nie wykluczam jednak, że nie trzeba będzie przekazać Grekom nawet jednego euro. Już sama deklaracja pomocy spowodowała, że spadło znacznie, bo o 40 punktów bazowych, oprocentowanie greckiego długu.

Pomoc dla Grecji oczywiście nie rozwiąże problemów strefy euro. Za progiem jest Hiszpania, ale też Portugalia i Irlandia.

Otóż to. Czy wyciągnięcie z wody tonącej Grecji nie stworzy precedensu? Kraje z rozpadającymi się finansami publicznymi będą wiedziały, że „i tak nam pomogą”.

Tak, mamy do czynienia z tzw. moral hazard. Tyle że alternatywa jest gorsza. Gdyby Unia pozostawiła Grecję samą sobie, byłoby ryzyko efektu domina, popłoch na rynkach finansowych, strach, że padną kolejne ofiary, przede wszystkim Portugalia i Hiszpania.

Przećwiczyliśmy to już  przy okazji Lehman Brothers. Nikt się nie spodziewał, że rząd USA może do tego dopuścić, a gdy to zrobił, konsekwencją był całkowity paraliż rynków finansowych. Już 24 godziny później Amerykanie zdali sobie sprawę, że popełnili wielki błąd.

Pomoc dla Grecji ma być  obwarowana licznymi warunkami. Ale czy to coś  da? Grecja wciąż obiecuje, ale na razie niewiele robi.

Pomocy musi towarzyszyć program naprawczy. Nie da się obcinać, jak planuje tamtejszy rząd, deficytu o 3-4 proc. PKB rocznie, jeśli się nie przeprowadzi naprawdę głębokich reform strukturalnych. Na razie w planach rządu jest m.in. zamrożenie wynagrodzeń, ograniczenie bieżących wydatków czy wprowadzenie wyższego progu podatkowego dla najbogatszych. To jednak na razie tylko doraźne łatanie budżetu.

Grecja ma problem wspólny dla większości krajów Unii: zbyt wielu obywateli korzysta ze zbyt dużej liczby przywilejów, przede wszystkim socjalnych. Sektor publiczny w Grecji jest niesamowicie rozdęty. I do tego Grecy masowo unikają płacenia podatków.

A rząd oszukuje w statystykach.

Zrobił to na pewno dwa razy. W 2004 roku prawicowy rząd po wygranych wyborach ujawnił, że jego lewicowi poprzednicy sfałszowali statystyki, by Grecja mogła wejść do strefy euro. Z kolei jesienią ubiegłego roku lewica wróciła do władzy i zaraz wyciągnęła prawicowemu gabinetowi, że oszukiwał odnośnie do skali deficytu budżetowego. Zamiast 6 proc. PKB wyniósł on w ubiegłym roku prawie 13 proc.

Niektórzy ekonomiści sugerują,  że może to być wierzchołek góry lodowej. Gdyby okazało się,  że fałszowano też dane odnośnie do wzrostu PKB, Grecja miałaby dług publiczny na trudnym do wyobrażenia poziomie 140-150 proc., a nie 110-120 proc.

Wiarygodność Grecji jest teraz bliska zeru. Najważniejsze, by nie dawać pomocy w ciemno, a tylko pod wyraźne, konkretne zobowiązania i przy regularnym sprawdzaniu postępów we wdrażaniu programu naprawczego.

Jakie są  możliwości egzekwowania ustaleń? Co zrobić, by pomóc i zapobiec powtórce takiej sytuacji?

Trzeba będzie wprowadzić  mechanizmy monitoringu analogiczne do stosowanych przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Dotychczas dany kraj meldował, co robi, i brano to za dobrą monetę. Przypadek Grecji pokazuje, że potrzebna jest bardziej ścisła kontrola.

Trzeba też wzmocnić zapisy Paktu Stabilności i Wzrostu, który obecnie nie zapobiega skutecznie ekscesom fiskalnym. Na papierze kary za naruszenie kryteriów z Maastricht są surowe. Każde przekroczenie dopuszczalnego deficytu może skutkować grzywną w wysokości pół punktu procentowego PKB za każdy procent deficytu. Pieniądze mają trafiać na nieoprocentowane konto, a po dwóch latach, jak nie ma poprawy, taki depozyt przepada. Ale to czysta teoria, bo procedura nadmiernego deficytu ma wiele etapów, można ją przeciągać niemal bez końca, można też tłumaczyć się nadzwyczajną sytuacją.

W efekcie w ciągu 13 lat funkcjonowania Paktu Stabilności i Wzrostu nikogo nie ukarano.

Powiedział  Pan o grzechach Grecji. W podobnej sytuacji jest o wiele większa Hiszpania. Są ekonomiści, którzy twierdzą, że te kraje znalazły się w dołku nie tylko z własnej winy. Winni są też Niemcy, bo jak pisał „Financial Times” – ograniczając wewnętrzny popyt, przyczyniają się do zapaści europejskiej.

To nieprawda. Niemcy prowadzą  bardzo rozsądną politykę gospodarczą, która w żaden sposób nie uderza w inne kraje Unii. Dowodem na to mogą być choćby dopłaty do zakupu nowych aut, na czym mocno skorzystaliśmy.

Tu nie ma miejsca na takie tłumaczenia, usprawiedliwienia i zwalanie na innych. Złemu stanowi finansów nie jest też wcale winne nagłe załamanie wpływów z turystyki. Spójrzmy na Grecję z jej olbrzymim zadłużeniem. Podczas ośmiu lat pobytu w strefie euro nie ograniczyła go ani trochę i dalej jest na poziomie przekraczającym 100 proc. PKB. Podobnie jest z Włochami. Gdy przyszedł czas próby, Grecja nie była w stanie temu sprostać. Doprowadzenie do takiej sytuacji obciąża jej kolejne rządy.

Podczas gdy wielkim problemem Grecji jest rozdęty sektor publiczny, to w Hiszpanii rozhulał się sektor prywatny, zwłaszcza w nieruchomościach, co doprowadziło do powstania bańki spekulacyjnej. Któż to widział, by w budownictwie pracowało aż 20 proc. zatrudnionych? Gdyby Hiszpania wciąż miała własną walutę, pewnie ratowałaby się dewaluacją, a tak będzie musiała zamrozić płace i zaciskać pasa, by odzyskać konkurencyjność. Hiszpanie powinni się jednak szybciej uporać z problemami niż Grecy, bo nie mają tak dużego długu.

Ale Paul Krugman twierdzi, że Hiszpania jest znacznie większym problemem.

Bo ma pięciokrotnie większą  gospodarkę. Grecki dług to tylko 2 proc. unijnego PKB.

Hiszpanie postulują  rozluźnienie rygorów finansowych w strefie, a wiele państw im sekunduje.

Należałoby postąpić wręcz odwrotnie. Pakt Stabilności i Wzrostu ujawnił swoje istotne luki. Trzeba zwiększyć dyscyplinę fiskalną. Nie powinno być tak, że ktoś jedzie sobie na 3 proc. deficycie w okresie dobrej koniunktury, bo gdy dochodzi do kryzysu, ten deficyt sam wzrośnie do 10 proc.

Martin Feldstein, profesor Harvard University, twierdzi, że strefa euro nie może dobrze działać, bo jest jedna polityka pieniężna, a mimo to każdy kraj może prowadzić swoją własną politykę budżetową i podatkową.

To prawda, ale można temu zaradzić. Taki był cel wprowadzenia Paktu Stabilności i Wzrostu, który miał wymusić dyscyplinę fiskalną. Ten mechanizm trzeba wzmocnić. Jedną z możliwości jest zabranie decyzji na temat deficytu budżetowego z rąk polityków, którzy z natury rzeczy są skłonni do rozrzutności. Należałoby we wszystkich krajach Unii powołać Rady Polityki Fiskalnej, niezależne ciała, które wyznaczałyby poziom dopuszczalnego deficytu zgodny z średniookresowym celem stabilizacji długu publicznego. Alternatywnie można też wyposażyć Unię w skuteczniejsze mechanizmy wymuszające na poszczególnych państwach członkowskich redukcję długu do ustalonych 60 proc.

Człowiek, który przewidział  kryzys, prof. Nouriel Roubini, przepowiadał niedawno w Davos, że Grecja i Hiszpania będą musiały opuścić strefę euro.

To kraje suwerenne i mogłyby wrócić do swoich narodowych walut. Mogą nawet wyjść z Unii. Tyle że to czysta teoria, bo takie rozwiązanie byłoby samobójstwem dla tych krajów. Z kolei wyrzucić ich nie można, bo nie ma w ogóle takiej procedury.

Opuszczenie strefy euro spowodowałoby skokowy wzrost oprocentowania długu z 5-7 proc. do co najmniej 16-18 proc. W momencie ogłoszenia decyzji o wyjściu ze strefy euro kraje te stałyby się bankrutami. Nie ma takiej możliwości, by Grecja była w stanie po takich kosztach obsługiwać swój wielki dług.

Moim zdaniem mniej fantastyczny mógłby być inny scenariusz, o którym mało kto mówi. To Niemcy mogą mieć dość nieodpowiedzialnych partnerów i z grupą  krajów z najzdrowszymi finansami mogłyby wyjść ze strefy euro, reaktywując markę.

Wtedy spełniłyby się  zapowiedzi Miltona Friedmana, który przewidywał,  że europejska unia walutowa nie przetrwa dziesięciu lat.

Z całym szacunkiem dla Friedmana, ale w tej sprawie się mylił. Nasze rozważania są czysto teoretyczne, bo ja nie przewiduję rozpadu strefy euro. Podważyłoby to fundamenty integracji europejskiej i nie wiem, czy Europa by się z tego pozbierała. To byłaby klęska polityczna i wizerunkowa Unii.

Czy unia walutowa przetrwa swój kryzys? Jakie Pan przewiduje scenariusze?

Powiedzmy sobie jasno: nie ma żadnego kryzysu wspólnej waluty. Nic się nie wali. Widzę  tylko poważne błędy w finansach publicznych i polityce gospodarczej w takich państwach, jak Grecja, Hiszpania czy Portugalia. Gdyby Grecy mieli dalej drachmę, a nie euro, kryzys ich finansów publicznych rozpocząłby się znacznie wcześniej i rynki finansowe szybko ukarałyby Grecję, nie czekając aż dług sięgnie 120 proc. PKB.

Liczę, że poszczególne kraje odrobią tę lekcję i strefa euro wyjdzie z kryzysu wzmocniona. Bilans zysków i strat jednoznacznie wskazuje, że warto mieć euro.

Dlatego strefa euro będzie się dalej rozszerzać. Może już w przyszłym roku wejdzie do niej Estonia. Ma niski dług publiczny i dobrą reputację, a przy tym to tak mała gospodarka, że ich wejścia nikt nie odczuje.

Najnowsze dane dotyczące PKB w IV kwartale w strefie euro mówią  o stagnacji, podczas gdy w USA mamy wyraźne ożywienie. Zdaniem wielu ekonomistów to znak, że strefa euro nie musi być  lekarstwem na kryzys, a wspólna waluta może nawet przeszkadzać.

To, że gospodarki strefy euro wolno wychodzą z kryzysu, nie jest winą wspólnej waluty. Wręcz przeciwnie, euro pomogło w przejściu turbulencji gospodarczych. Winne jest przeregulowanie europejskich gospodarek, niższa innowacyjność, wysokie koszty pracy, nadmierne obciążenia socjalne. Pod tym względem odstajemy od Ameryki, która ma bardziej elastyczną gospodarkę. A przed Europą kolejne wyzwania, np. demograficzne, bo społeczeństwo się starzeje.

Znany francuski ekonomista Christian Saint-Etienne uważa, że euro nie ma przyszłości, bo spowalnia gospodarkę i tak naprawdę  jest nieopłacalne nawet dla bogatych krajów starej Europy. Według niego to „cukierek z trucizną”.

Euro przetrwa, bo ma mocne atuty, takie jak wielki potencjał eksportowy strefy euro i wiarygodna polityka banku centralnego. Dowodem siły wspólnej waluty są niskie stopy procentowe i jej rosnący udział jako światowej waluty rezerwowej. Kraje najbardziej rozwinięte korzystają, wchodząc do euro, bo znikają koszty transakcyjne, spada ryzyko i umacnia się stabilność makroekonomiczna. Z kolei kraje na dorobku korzystają, bo przede wszystkim spada koszt pozyskania kapitału. Tylko że niektórzy zrobili z tego sensowny użytek, a inni budowali autostrady znikąd do nikąd i gmachy użyteczności publicznej.

Ale euro jest drogie, co pogarsza konkurencyjność i uderza w eksport. To fakt.

Niemcy świetnie sobie z tym dają radę, bo trzymali jednostkowe koszty pracy pod kontrolą, i w efekcie mają nadwyżkę w bilansie płatniczym. Natomiast Hiszpania utraciła konkurencyjność. I stało się tak nie dlatego, że euro jest drogie, tylko dlatego, że płace rosły za szybko  na skutek nadmiernych inwestycji w nieruchomościach i budownictwie. Z kolei w Grecji zbyt wiele pożyczonych pieniędzy szło nie na rozwój mocy eksportowych, ale do sektora publicznego i na wydatki konsumpcyjne.

Właśnie dlatego za współwinnego kryzysu uważa się euro. Obniżenie stóp procentowych po przyjęciu euro sprzyjało np. powstaniu bańki na rynku nieruchomości. Pieniądz był łatwy i tani, to się go brało.

To prawda. Po pierwsze, dotyczy to jednak tylko kilku słabiej rozwiniętych państw. Po drugie, bańki spekulacyjne pojawiły się także w krajach nie mających euro, jak kraje bałtyckie. Po trzecie, można temu zapobiegać, kontrolując poziom akcji kredytowej banków. Co za problem wprowadzić np. wymóg większego wkładu własnego przy kredytach hipotecznych lub zwiększyć wymogi kapitałowe banków?

Czy w obecnej sytuacji Polska powinna się spieszyć  do euro? W piątek premier Donald Tusk zapowiedział wpisanie zamiany złotego na euro w propozycji zmian w konstytucji.

Bezwzględnie. Im szybciej wejdziemy do euro, tym większe będą korzyści. Oceniam, że co roku tracimy ok. 1 proc. PKB, pozostając poza strefą euro.

Oczywiście problemy Grecji i kilku innych krajów nie stwarzają dobrego klimatu do wchodzenia do Eurolandu. Teraz każdy kandydat będzie oglądany po pięć razy z każdej strony. A my Szwajcarią nie jesteśmy. Niemcy zwłaszcza będą nalegać, by wpuszczać tylko kandydatów, którzy spełnili wszystkie kryteria do piątego miejsca po przecinku. A więc Maastricht aż do bólu.

Niemcy obawiają się  nie tylko tego, że do strefy euro wejdą kraje bardziej tolerancyjne wobec inflacji, ale i boją się zmiany układu sił  w Europejskim Banku Centralnym. Każdy kraj ma tam jeden głos i w pewnym momencie nowe państwa do spółki z takimi krajami, jak Grecja czy Hiszpania, mogą być w stanie przegłosować nadmierne poluzowanie polityki pieniężnej. Niemcy boją się tego jak diabeł święconej wody. Moim zdaniem niesłusznie, nie ma takiego niebezpieczeństwa. Nasz rząd wierzy, że uda się wejść do strefy euro w 2015 roku. To data realna, ale wymaga konsekwentnych reform.

Czy Polska może znaleźć się w tak trudnej sytuacji finansowej jak obecnie Grecja? Załóżmy, że mamy, odpukać, drugie dno kryzysu. Prywatyzacja zamiera, a nikt za granicą nie chce kupować  rządowych papierów skarbowych.

Zagrożenie zapaścią  finansów publicznych związane z pogorszeniem się sytuacji gospodarczej na świecie istnieje. Światowe rynki wciąż są niestabilne – właśnie napłynęły niepokojące dane z Niemiec odnośnie do PKB za IV kwartał i spadku produkcji w grudniu. Pamiętajmy, że ożywienie, które pokazało się w Europie w III kw., to efekt potężnego zastrzyku fiskalnego i łagodnej polityki pieniężnej. Pompowanie pieniędzy przez państwa nie może jednak trwać w nieskończoność. Gdyby pogorszyły się znacznie nastroje na rynkach, przy tym poziomie długu i deficytu polski rząd nie będzie mógł w razie czego pomóc gospodarce. Ma niewielką możliwość manewru.

I co wtedy?

Drastyczne reformy, zamrożenie płac i emerytur. I to bez względu na fakt, że wybory się zbliżają. Wtedy nie byłoby „zmiłuj się”.

Sytuacja naszych finansów publicznych jest trudna i coraz bardziej ryzykowna. Niestety, polityka rządu polega głównie na czekaniu na lepsze czasy, zamiataniu pod dywan i tłumaczeniu, że prezydent nie pozwala na reformy.

Kilka krajów ma dług w relacji do PKB i deficyt znacznie wyższy od nas. Na przykład we Włoszech wynosi ponad 100 proc. PKB. A dalej uchodzą  za kraje bezpieczniejsze i mają  dostęp do tańszego finansowania. Bo są w strefie euro?

Bo są bogate, mają  duże zasoby oszczędności i majątku. A oprócz tego oczywiście pomaga im fakt, że są już w strefie euro. Dlatego ubogim krajom, takim jak Polska, wystarczy dług na poziomie 50 proc. PKB, by wzbudzić niepokój inwestorów.

Dlatego musimy być szczególnie ostrożni. Tymczasem w programie konwergencji rząd zapisał deficyt finansów publicznych w 2010 roku na poziomie prawie 100 mld zł, czyli prawie 8 proc. PKB, a w roku następnym prawie 90 mld zł. Mamy się więc nadal potężnie zadłużać. To bardzo niepokojące. Przykład Grecji powinien być dla Polski wystarczającym ostrzeżeniem, do czego prowadzi polityka utrzymywania wysokiego długu i żonglowania liczbami.


Tagi


Artykuły powiązane