Nowa strategia Chin, które szykują się do skoku

22.01.2015
Na kilka tygodni przed końcem roku w Pekinie zebrało się gremium, o którym sądzono, że jest jedynie martwą literą. Centralna Konferencja ds. Związanych z Polityką Zagraniczną po raz ostatni zebrała się w 2006 roku. Uczestniczą w niej ci, którzy odpowiadają za relacje polityczne, dyplomatyczne, biznesowe, handlowe ze światem zewnętrznym. Byli tam wszyscy, którzy być powinni.
Chiny. Mao Zedong, Mao Tse-tung, Deng Xiaoping, Jiang Zemin (CC By PeacePlusOne)

Chiny. Mao Zedong, Mao Tse-tung, Deng Xiaoping, Jiang Zemin (CC By PeacePlusOne)

Chiny. Mao Zedong, Mao Tse-tung, Deng Xiaoping, Jiang Zemin (CC By PeacePlusOne)

Xi Jinping, szef partii i państwa oraz głównodowodzący armią – akurat w tym przypadku wszystkie te trzy kapelusze są ważne – w obecności wszystkich bez wyjątku najważniejszych osób w państwie nakreślił nową strategię Państwa Środka. Co prawda od tamtej pory chińskie media, szczególnie te skierowane do partnerów na zewnątrz, próbują wydarzenie bagatelizować i sugerować, iż nic nadzwyczajnego się nie stało, „nie ma żadnej rewolucji”, ale nie dajmy się zwieść: w polityce zewnętrznej Chin, także gospodarczej, mamy do czynienia z nową jakością.

Xi Jinping, który w minionych dwóch latach zebrał największą władzę od czasów wizjonera chińskich reform Deng Xiaopinga, korzystając z trzech wspomnianych „kapeluszy”, uznał – w ślad za prof. Hu Angangiem – że co najmniej do 2020 r. rosnące szybko w siłę Chiny „obserwując świat i historyczne prawa nim rządzące” będą chciały wykorzystać ważny strategicznie okres, w jakim się znajdują. Dlatego stawiają sobie dwa zadania na stulecie (na rocznicę), tzn. chcą, na stulecie utworzenia KPCh (2021 r.), po pierwsze zbudować „społeczeństwo umiarkowanego dobrobytu”, czyli mówiąc po naszemu klasę średnią, a po drugie spełnić „chiński sen” (dobrze brzmiący, bo czytelny, po angielsku jako Chinese Dream), jakim ma być „wielki renesans narodu chińskiego”.

Wielka stawka

Klasa średnia jest ważna, bowiem nowy model rozwojowy ma być oparty na konsumpcji i rynku wewnętrznym, a nie na eksporcie, jak było dotąd. Dlatego, co powtórzono, w okresie 2012-20 przeciętne dochody per capita obywateli ChRL mają być podwojone. Poprzednio myślano tylko o państwie i wzroście jego mocy czy potęgi, teraz zaczęto – z przymusu, na tym etapie rozwojowym – myśleć także o obywatelu. „Wielki renesans” należy rozumieć jako nic innego, jak dokończenie procesu jednoczenia chińskich ziem („narodu chińskiego”).

W lipcu 1997 r. wrócił do macierzy Hongkong, w grudniu 1999 r. Macao, teraz czas na dokończenie procesu w postaci pokojowego zjednoczenia z Tajwanem. Datę wyznaczono: do 1 lipca 2021 r. Chińczycy, gdziekolwiek są, dobrze to czytają. To nie przypadek, że w zeszłym roku mieliśmy do czynienia z poważnymi ruchami społecznymi, pierwszymi o takiej sile od 1949 r. – na Tajwanie w postaci tzw. ruchu słoneczników, a potem głośną „rewolucję parasolkową” w Hongkongu. Widaćto, że nie wszyscy, szczególnie młodzież, na warunki i dyktat autokratycznych mandarynów z Pekinu się godzą.

Dopiero na tych podstawach, po właśnie przeprowadzanej zmianie modelu rozwojowego, z fazy wysokiego wzrostu na „zrównoważony rozwój” (dlatego zapomnijmy o poprzednim dwucyfrowym wzroście, bo – znaczna – część środków musi iść na potrzeby obywateli) oraz po doprowadzeniu do końca procesu jednoczenia chińskich ziem, będziemy mieli do czynienia tak z „renesansem”, jak też z Wielkimi Chinami, supermocarstwem, które pamięta, że w czasach wojen napoleońskich – jak wynika ze znanych wyliczeń Angusa Maddisona z OECD – Chiny same dawały światu niemal 1/3 jego PKB. Dziś dają 15 proc., ale marzą o powrocie do tamtych czasów świetności i potęgi.

Jednakże już dziś, wyciągając należyte wnioski z tego, co się stało i co się dzieje, Chiny – zgodnie z zaleceniami Xi Jinpinga – mają „wypracować własne dyplomatyczne podejście, zgodne z ich rolą silnego państwa” (daguo – co można też tłumaczyć jako „mocarstwo”). Tu postawione zadania też są jasne: szukanie modus vivendi w ramach „nowego rodzaju  stosunków pomiędzy mocarstwami” tak, by nie podważyć realizacji celów nadrzędnych: „dwóch zadań na stulecie”. Ale tym bardziej należy postawić na współpracę i zacieśnienie więzów z sąsiadami. Po to, by mieć spokojne granice, ale też swego rodzaju zaplecze (a może nowych trybutariuszy?).

Sięgnięto do popularnych w chińskich elitach teorii Immanuela Wallernsteine’a, mówiących o „centrum”, peryferiach i półperyferiach. Jednak głównie do bogatej chińskiej tradycji, mówiącej o „kręgach oddziaływania i wpływu” centrum, oczywiście w postaci Państwa Środka. Współpraca ze wszystkimi partnerami za granicą ma odbywać się na zasadzie obopólnych korzyści, ale nadrzędne znaczenie ma mieć współpraca z sąsiadami i w regionie.

Tej ostatniej mają służyć dwa wielkie projekty: na pograniczu północnym i zachodnim budowa Ekonomicznego Pasa Jedwabnego Szlaku, zaś na południu i wschodzie ma to być – co jest całkowitym novum – Morski Jedwabny Szlak 21 Wieku. Chiny doby renesansu chcą być już nie tylko potęgą lądową, ale także morską, którą w zasadzie nigdy w dziejach nie były (jeśli nie liczyć słynnych wypraw admirała Zheng He w początkach XVI stulecia). To właśnie na morzach tkwią największe zagrożenia dla strategicznego planu – spory terytorialne z Japonią o wyspy Sankaku/Diaoyudao oraz z kilkoma państwami, począwszy od Filipin i Wietnamu, na Morzu Południowochińskim.

Chcąc nowe Jedwabne Szlaki zbudować nie ma innego wyjścia, jak zwiększać wymianę handlową z sąsiadami (nawet dla Korei Płd Chiny są już największym partnerem handlowym), a jednocześnie wkraczać na te tereny z własnymi inwestycjami. Implementacja już się zaczęła. W grudniu Chiny podpisały umowę na 10,5 mld dolarów z Tajlandią na budowę trasy szybkiej kolei na niemal całym jej terytorium (z Nan Kai do portu Rayong).

Co więcej, w ramach mocno promowanej w środowiskach akademickich i w mediach chińskiej soft power, stawia się już nie tylko, jak było dotąd, nowe Instytuty Konfucjusza, ale – jak zapowiedział Xi Jinping – tworzy kolejną „strategię szybkich kolei” (gaotie waijiao). Znaczy to, że wszyscy, począwszy jednak od sąsiadów Chin, mają spodziewać się nadejścia chińskich banków, kapitałów, biznesmenów, inwestorów, a nawet wjazdu chińskich pojazdów i szybkich pociągów.

Mocna ręka państwa

Żeby zrozumieć, o co chodzi w nowym planie trzeba sięgnąć do spuścizny wizjonera chińskich reform, Deng Xiaopinga, który w kontekście rozpadu ZSRR i z obawy utraty władzy przez Komunistyczną Partię Chin (KPCh), jako pragmatyk do szpiku kości zaordynował swoim następcom, by przestali już reformować socjalizm, gdy ten ostał się tylko na Kubie lub w Korei Północnej. Gospodarka na świecie jest jedna, kapitalistyczna i na dodatek stanowi naczynia połączone. Stąd też ChRL ma szukać rozwiązań na przyszłość u – bliskich etnicznie i kulturowo – „czterech tygrysów”: Hongkongu, Korei Płd., Tajwanu i Singapuru, ze wskazaniem na tego ostatniego. Chiny mają otworzyć się na świat, wpuścić na wielką skalę obce kapitały, przystąpić do WTO (co stało się faktem pod koniec 2001 r.) i utrzymując formalną nazwę ustroju, tzn. socjalizm o chińskiej specyfice, w istocie w gospodarce zacząć budować kapitalizm o chińskiej specyfice, rynkowy, ale  z dużą dozą interwencjonizmu państwowego, jak u „tygrysów”, a w kontrze do modnego wówczas neoliberalnego konsensusu z Waszyngtonu, nadającego bezwzględny priorytet rynkom. Chiny, owszem, na rynek też postawiły, ale na nieco innej zasadzie: Niewidzialna ręka rynku? Jak najbardziej, ale tam gdzie są żywotne interesy państwa trzyma ją bardzo widoczna ręka państwa. To była istota systemu. Wiosną 2004 r. Joshua C. Ramo (Amerykanin wykładający w Chinach), niejako w kontrapunkcie do konsensusu z Waszyngtonu, ochrzcił to zjawisko mianem „konsensusu pekińskiego”, rozumianego jako kapitalizm państwowy.

Ale Deng Xiaoping zostawił następcom jeszcze jeden testament, na ówczesnym etapie nie mniej ważny. Sięgając do bogatej skarbnicy tradycyjnych chińskich mądrości, ujmowanych w formie zwięzłych sentencji i przysłów, zwanych chengyu, narzucił im – bo miał taką władzę i autorytet – tzw. strategię 28 chińskich znaków (ershibage xianfa). Zgodnie z nią, wchodząc z pełnym rozmachem na światowe rynki ChRL, z nazwy socjalistyczna, ma: uważnie obserwować i chłodno analizować sytuację, zabezpieczać swoje pozycje i interesy, nigdy nie starać się być przywódcą, nie stawać w pierwszym szeregu, zachowywać się powściągliwie, ale też ukrywać swe możliwości i zamierzenia.

Te strategiczne dyrektywy, a szczególnie ostatnia z wymienionych, taogunag yanghui, którą moglibyśmy sparafrazować tytułem znanego filmu „przyczajony tygrys, ukryty smok”, cieszyła się u chińskich elit ogromnym wzięciem, a całość strategii została objęta politycznym konsensusem.  Nikt jej nie podważał – ale do czasu, tzn. do momentu wybuchu kryzysu na światowych (z chińskiej perspektywy czytaj: zachodnich) rynkach.

Koniec konsensusu

Nie zdajemy sobie sprawy, że w okresie 2008-2010, gdy weszliśmy w gospodarcze turbulencje, weszły w nie również – przede wszystkim ideowo i mentalnie – Chiny. Konsensus nakazujących państwu na dorobku skromność i powściągliwość się załamał. Jaskrawym tego przykładem był głośny upadek Bo Xilaia, który dziś należałby do czołówki przywódców.

Natomiast cała seria gospodarczych sukcesów (2009 – największy eksporter na globie, 2010 druga gospodarka świata, szybko rosnące rezerwy walutowe, dziś już szacowane na 4 biliony dolarów, podczas gdy pierwszy bilion zebrano w 2006 r.) sprawiły, że na scenie wewnętrznej powstał ferment. Ponieważ pojecie „konsensusu z Pekinu” jako importowane się nie przyjęło, zaczęto ożywioną i trwającą do dziś debatę nt. chińskiego modelu rozwojowego (Zhongguo moshi). W tym także na ważkie tematy w stosunkach zewnętrznych, takie jak:. czy Chiny mają być państwem rewizjonistycznym i domagać się, jako rosnące mocarstwo, zmiany układu sił na globie, czy też być państwem opowiadającym się za status quo.

Deng Xiaoping narzucił Chinom wizję państwa na dorobku. Xi Jinping też ośmiela się narzucać swoją. Poprzednio kapitały do Chin napływały, teraz z nich wychodzą. Albowiem Chiny sprzed dwudziestu kilku lat, a Chiny dzisiejsze, to niebo a ziemia. A ich ambicje, jak widać, są jeszcze większe. Pora zacząć wyciągać z tego wnioski.


Tagi


Artykuły powiązane