W Ameryce szybkich zmian nie będzie

12.12.2012
Po zażartej kampanii, której koszty znacznie przekroczyły dwa miliardy dolarów, wielu obserwatorów odnosi wrażenie, że niewiele zmieniło się w amerykańskiej polityce: Barack Obama wciąż jest prezydentem, republikanie wciąż kontrolują Izbę Reprezentantów, a demokraci wciąż mają większość w Senacie.

Konferencja prasowa w sprawie klifu fiskalnego (CC BY-NC-SA Talk Radio News Service)


Tymczasem Ameryka zbliża się do „klifu fiskalnego” – automatycznej podwyżki podatków i redukcji wydatków począwszy od 2013 roku, co prawdopodobnie wpędzi gospodarkę w recesję, jeżeli nie zostanie osiągnięte ponadpartyjne porozumienie w sprawie alternatywnego rozwiązania fiskalnego. Czy może być coś gorszego niż trwały polityczny pat?

W istocie wybory przyniosły jednak kilka korzyści – pokazując między innymi, że za nieograniczone fundusze korporacji nie można sobie kupić zwycięstwa i że zmiany demograficzne w Stanach Zjednoczonych mogą skazać na porażkę republikański ekstremizm. Otwarta kampania republikanów, próbująca pozbawić praw do głosowania niektórych obywateli – tak jak w Pensylwanii, gdzie starano się utrudnić Afroamerykanom i Latynosom rejestrowanie się w punktach wyborczych – odbiła się czkawką. Ci, których prawa były zagrożone, byli tym bardziej zmotywowani, by je wykorzystać. W Massachusetts Elizabeth Warren, profesor prawa na Harvardzie i niestrudzona bojowniczka o reformy, które chroniłyby zwykłych obywateli przed nieuczciwymi praktykami banków, zdobyła miejsce w Senacie.

Niektórzy doradcy Mitta Romney’a wydawali się być zaskoczeni zwycięstwem Obamy. Czy w wyborach nie miało chodzić o gospodarkę? Byli przekonani, że Amerykanie zapomną, jak deregulacyjny zapał republikanów przywiódł gospodarkę na skraj katastrofy, a wyborcy nie zauważą, jak ich bezkompromisowość w Kongresie uniemożliwiała prowadzenie bardziej efektywnej polityki po kryzysie z 2008 roku. Zakładali, że wyborcy skupią się jedynie na obecnej gospodarczej apatii.

Republikanie nie powinni być zaskoczeni zainteresowaniem Amerykanów takimi kwestiami jak pozbawianie ich praw wyborczych i równość płci. Dotyczą one najważniejszych wartości, na których został zbudowany ten kraj – tego co rozumiemy pod pojęciem demokracji i ograniczenia ingerencji rządu w prywatne życie obywateli – ale mają również znaczenie ekonomiczne. Jak tłumaczę w swoje książce The Price of Inequality (Cena nierówności), wzrost rozwarstwienia gospodarczego w USA jest w dużej mierze wynikiem działań rządu, na który bogaci mają nieproporcjonalny wpływ – i wykorzystują go do umocnienia swojej pozycji. W oczywisty sposób kwestie takie jak prawa reprodukcyjne i małżeństwa gejowskie także mają poważne konsekwencje ekonomiczne.

Jeżeli chodzi o politykę gospodarczą na następne cztery lata, głównym powodem do świętowania wyników wyborów jest fakt, że USA uniknęły rozwiązań które popchnęłyby je w kierunku recesji, pogłębiły nierówności, jeszcze bardziej pogorszyły sytuację osób starszych i ograniczyły dostęp do opieki zdrowotnej milionom Amerykanów.

Ponadto Amerykanie powinni mieć nadzieje na zdecydowaną ustawę „pro-zatrudnieniową” – opartą na inwestycjach w edukację, opiekę zdrowotną, technologię i infrastrukturę – która ożywiłaby gospodarkę, przywróciła wzrost, ograniczyła bezrobocie i generowała przychody podatkowe znacznie przekraczające koszty, poprawiając w ten sposób sytuację fiskalną kraju. Można mieć również nadzieję na program budownictwa mieszkaniowego, który rozwiązałby w końcu amerykański kryzys upadłościowy.

Potrzebny jest również całościowy program zwiększający możliwości ekonomiczne i redukujący nierówności – jego cel to zdjęcie w ciągu następnej dekady z Ameryki odium kraju uprzemysłowionego z najwyższym poziomem nierówności i najniższą mobilnością społeczną. Implikuje to, miedzy innymi, uczciwy system podatkowy, który jest bardziej progresywny i eliminuje wypaczenia i luki pozwalające spekulantom płacić niższą efektywną stawkę podatkową niż ci, którzy ciężką pracą zarabiają na życie, a bogatym wykorzystywać Kajmany do unikania płacenia uczciwych podatków.

Ameryka – i świat – skorzystałyby również z amerykańskiej polityki energetycznej która ogranicza uzależnienie od importu surowców nie tylko poprzez zwiększenie rodzimej produkcji, ale również redukcję konsumpcji i docenienie zagrożeń, które niesie ze sobą globalne ocieplenie. Co więcej, amerykańska polityka naukowa i technologiczna musi brać pod uwagę, że długoterminowy wzrost standardów życia zależy od zwiększenia wydajności wynikającej z postępu technologicznego. Ten zaś jest niemożliwy bez solidnej bazy badawczej.

I wreszcie, USA potrzebują systemu finansowego, który służy całemu społeczeństwu, a nie działa jedynie jako cel sam w sobie. Oznacza to system, który musi odejść od działań spekulacyjnych i operacji na własny rachunek na rzecz kredytowania i tworzenia miejsc pracy, co implikuje reformy regulacji sektora finansowego i ustaw antymonopolowych oraz tych, które dotyczącą ładu korporacyjnego, wraz z konsekwentnym ich wdrażaniem, tak by rynki nie stały się gangsterskim kasynem.

Globalizacja sprawia, że wszystkie kraje stają się od siebie bardziej zależne, co z kolei wymaga ściślejszej światowej współpracy. Możemy mieć nadzieję, że Ameryka wykaże większe zdolności przywódcze w reformowaniu globalnego systemu finansowego poprzez wspieranie silniejszych regulacji międzynarodowych, globalnego systemu rezerw i skuteczniejszych sposobów restrukturyzacji zadłużenia państw; w walce z globalnym ociepleniem; w demokratyzacji międzynarodowych instytucji finansowych; i w pomocy dla biedniejszych krajów.

Amerykanie powinni mieć nadzieję na to wszystko, choć ja nie jestem przesadnym optymistą, że wiele z tego dostaną. Bardziej prawdopodobne jest, że Ameryka będzie szła do przodu małymi kroczkami – tu kolejny drobny program dla zubożałych studentów i właścicieli domów, tam koniec ulg podatkowych dla milionerów wprowadzonych za czasów Busha, ale już nie całościowa reforma podatkowa, poważne cięcia w wydatkach na obronność albo znaczący postęp w kwestii globalnego ocieplenia.

Ponieważ kryzys w strefie euro prawdopodobnie się przeciągnie, dalsza apatia Ameryki nie wróży dobrze wzrostowi. Co gorsza, przy braku silnego amerykańskiego przywództwa długoterminowe problemy finansowe – od zmian klimatycznych po pilnie potrzebne reformy międzynarodowego systemu monetarnego – będą się zaogniać. Nie mniej jednak powinniśmy być wdzięczni: lepiej stać w miejscu niż zmierzać w złym kierunku.

Joseph E. Stiglitz

Autor jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii i profesorem University of Columbia. Jego ostatnia książka nosi tytuł „Cena nierówności: Jak dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości”.

Copyright: Project Syndicate, 2012

www.project-syndicate.org

Tłum. TK


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test