Wenezuela przed wyborami: zmiany mało realne

05.10.2012
Za sprawą wyborów w najbliższą niedzielę Wenezuela po raz kolejny staje się obiektem zainteresowania świata. Kraj ten zawsze wywierał duży wpływ na Amerykę Południową. Konkurentem prezydenta Hugo Chaveza jest Henrique Capriles, przywódca opozycji polskiego pochodzenia. Zmiana władzy - równie silnie, jak jej brak - wpłynie na przyszłość Wenezueli.

Hugo Chavez (CC By-NC-SA Que comunismo)


Warto skoncentrować się na przyczynach, które doprowadziły do obecnej sytuacji w Wenezueli. Na początku XIX wieku, zainicjowany właśnie w Wenezueli ruch wyzwoleńczy, bardzo szybko ogarnął dużą część kontynentu. To Simon Bolivar wyzwolił nie tylko Wenezuelę, ale dzisiejszą Kolumbię, Panamę, Ekwador, Peru oraz Boliwię spod jarzma korony hiszpańskiej. Dużo czasu musiało jednak upłynąć zanim Wenezuela uznała zasługi i ogłosiła Bolivara swoim bohaterem narodowym.

Ale wielu zastanawiało się (i być może zastanawia) czy tak naprawdę polityka Bolivara służyła interesem tego kraju. Dla wielu Wenezuelczyków powołanie przez Bolivara Wielkiej Kolumbii (której Wenezuela była jedynie częścią składowa, a stolicą nie było Caracas, tylko Bogota), zostało przyjęte z bardzo mieszanymi uczuciami.

Nie minęły dwa miesiące od śmierci Bolivara (grudzień 1830 r.), kiedy Wenezuela zdecydowała się na oderwanie od Wielkiej Kolumbii. W ślad za Wenezuelą poszedł Ekwador. Marzenie Bolivara polegające na stworzenie silnej federacji mogącej odegrać istotną rolę nie tylko na arenie regionalnej ale i światowej nie ziściło się. A jeśli chodzi o samego Bolivara, Wenezuela wolała postrzegać w nim wyzwoliciela, a nie polityka snującego różne dziwne wizje. To złożone podejście do osoby Bolivara nie przeszkadzało mieszkańcom tego kraju czcić go jako prawdziwego wyzwoliciela.

Idea demokracji na ziemi wenezuelskiej była poddawana różnym perturbacjom. Ponadto kraj ten był słabym gospodarzem i zatargi z wierzycielami stawały się niechlubną tradycją. Dopiero kiedy Wenezuela zobaczyła na przełomie 1902 oraz 1903 brytyjskie, niemiecki oraz włoskie okręty wojenne, które wcale nie przypłynęły z wizyta kurtuazyjną, a jedynie po to aby upomnieć się o swoje należności, zrozumiano powagę sytuacji.  Jak to często bywa w sytuacjach szczególnego upokorzenia, doszło do daleko idących zawirowań politycznych.

W XX wieku Wenezuela musiał znieść dwie dyktatury wojskowe. Mimo, że te dwie dyktatury różnią się skrajnie w swoich ocenach, było rzeczą jasną opuszczenia kraju przez ostatniego dyktatora w 1958, Marco Pereza Jimeneza, Wenezuela stanęła w obliczu nowej ery. Ery demokracji, o której Wenezuelczycy (jak i inni mieszkańcy Ameryki Południowej) wówczas nie mieli dużego pojęcia. Ważne było to, że kiedy w regionie rządziło wielu dyktatorów, a jeszcze inni szykowali się do przejęcia władzy, Wenezuela stała się oazą demokracji i co ważne spokoju.

Również w chwili rewolucji kubańskiej w Wenezueli długo nie zastanawiano się po czyjej stronie należy stanąć. Zacieśnienie stosunków ze Stanami Zjednoczonymi  stawało się kamieniem węgielnym polityki zagranicznej Wenezueli. Nikt wówczas w Caracas nie nazywał USA siedzibą diabła. A i dla samych USA Wenezuela, kraj o coraz bardziej zakorzeniającej się demokracji był czymś nie do pogardzenia.

Efekt ropy naftowej

Chyba długo jeszcze pozostanie bez odpowiedzi pytanie czy pierwszy szok naftowy był błogosławieństwem dla tego kraju czy raczej przekleństwem. Chociaż początki przemysłu naftowego w Wenezueli sięgają jeszcze pierwszej połowy XX wieku, ale to właśnie za sprawą gwałtownej podwyżki cen ropy, w Wenezueli niemal wszystko uległo drastycznym zmianom. Może z wyjątkiem klasy politycznej, która nie była w stanie wypracować odpowiedniej strategii gospodarczej umożliwiającej wykorzystanie dochodów płynących z ropy naftowej.

Jedną z pierwszych poważniejszych decyzji podjętych w Wenezueli w połowie lat siedemdziesiątych była nacjonalizacja przemysłu naftowego. Do dzisiaj trwa spór czy decyzja podjęta przez ówczesnego prezydenta Carlosa Andresa Pereza była właściwa. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że demokracja w wydaniu wenezuelskim nigdy nie przybrała cech demokracji w wydaniu skandynawskim. A kiedy politycy przejęli kontrolę nad tym strategicznym sektorem, pole do korupcji i malwersacji gospodarczych stało się naprawdę ogromne.  W drugiej połowie lat siedemdziesiątych było to jeszcze niezauważalne.

Kiedy ceny ropy naftowej na skutek drugiego szoku naftowego podskoczyły do 40 dol. odnosiło się wrażenie, że sprawdzone reguły gospodarcze nie mają zupełnie zastosowania w Wenezueli. Jak chociażby polityka stałego kursu walutowego względem dolara mimo dwucyfrowej inflacji. Władze tego kraju zachowywały się tak jakby trend zwyżkowy cen ropy miał trwać wiecznie. Ale nie trwał.

Zainicjowany w Meksyku w sierpniu 1982 roku kryzys zadłużeniowy szybko się zaczął rozprzestrzeniać. Wenezuela zdołała się opierać mu przez sześć miesięcy. Ale już w lutym 1983 r. Wenezuelczycy musieli się zdecydować na bolesną operację upłynnienia swojej waluty, która w niespełna 9 miesięcy straciła ponad dwie trzecie wartości.

O ile dla niektórych krajów kryzys staje się okazją do zwrotu w polityce gospodarczej, tak w Wenezueli nic podobnego nie miało miejsca. Kraj starał się za wszelką cenę nadać ówczesnemu kryzysowi  cech tymczasowości. Stworzono specjalny fundusz, który gwarantował dostęp do dewiz po kursie preferencyjnym (który nie miał nic wspólnego z kursem rynkowym, a różnica między jednym i drugim kursem sięgała nawet i 100 proc.). Kryteria dostępu do korzystania z funduszu były mało przejrzyste, w świecie zdominowanym przez korupcję stawało się jasne, że uruchomienie tego rodzaju funduszu było równoznaczne z całkowitą malwersacją pieniędzy.

Podobne przykłady można mnożyć. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych rząd Carlosa Andresa Pereza (który ponownie doszedł do władzy po rządach Luis Herrery Campins oraz Jaime Lusinchiego) zrozumiał potrzebę naglących zmian. Ale nie docenił okoliczności społecznych w jakich przyszło mu przeprowadzać reformy bazujące na programie sporządzonym przez Johna Williamsona, który dał początek temu co się w literaturze nazywa konsensusem waszyngtońskim. Niestetyl, społeczeństwo wenezuelskie, przyzwyczajone do względnego dobrobytu, było zupełnie nieprzygotowane na tak bolesne posunięcia. Przy ich wprowadzaniu polała się krew, przygotowując bardzo podatny grunt do zamachu stanu.

Kiedy do opinii publicznej dochodziły wieści na temat kolejnych malwersacji gospodarczych Chavez zdecydował się na pierwsze uderzenie – na zamach stanu, który zakończył się niepowodzeniem.

Nieudana rewolta w wykonaniu Hugo Chaveza powinna być sygnałem ostrzegawczym dla władz Wenezueli, ale znaku nie odczytano. Sam Chavez zaczął sobie skutecznie torować drogę do przejęcia władzy w pokojowy i demokratyczny sposób. A pierwszy krok wykonał w chwili swojej największej klęski. Zaraz po nieudanym zamachu, skuty, skorzystał z obecności dziennikarzy i wygłosił krótkie orędzie do narodu. W trakcie tego krótkiego wystąpienia stwierdził, że bierze odpowiedzialność za to co się wydarzyło.

Jego słowa zostały przyjęty z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Rzecz w tym, że w Wenezueli naprawdę rzadko (jeśli w ogóle) jakikolwiek przywódca za cokolwiek wziął odpowiedzialności. Nic dziwnego, że, po upływie niespełna siedmiu lat, Hugo Chavez został prezydentem wybranym w demokratycznych wyborach. Głównie na fali niezadowolenie społecznego wywołanego kryzysem bankowym oraz mało udanymi reformami autorstwa Teodora Petkoffa.

Chavez u władzy

Wpływ idei Bolivara na Hugo Chaveza musiał być ogromny. Do tego stopnia, że sam Chavez postanowił kontynuować niedokończonego dzieło Bolivara.

Zarówno jego lewicowe poglądy jak i przede wszystkim jego pierwsze decyzje (jak chociażby bardzo kontrowersyjna zmiana konstytucji) szybko zaczęły wywoływać obawy o jego ukryte zapędy dyktatorskie. Rzecz w tym, że zmiany w konstytucji umożliwiły mu znacznie dłuższe sprawowanie władzy. Sam fakt przemianowania nazwy kraju na Republikę Boliwariańską Wenezueli świadczył dobitnie o tym, że jego przyjście do władzy oznaczało początek nowej epoki. A on sam przedstawiał siebie jako wizjonera. Tyle, że nikt tych wizji nie rozumiał. I chyba już nie zrozumie. A to za sprawą dwóch wydarzeń które miały miejsce odpowiednio w kwietniu 2002 i na początku 2003 roku.

Pierwszym był nieudany zamach stanu. Od tej chwili wręcz ulubionym zajęciem Chaveza stało się eksponowanie kolejnych dowodów na rolę CIA w tym zamachu. Chavezowi stosunkowo szybko udało się przywrócić stabilizację. Znacznie bardziej brzemienny w skutki był strajk całego sektora naftowego (a przede wszystkim przedsiębiorstwa państwowego PdVSA) na początku 2003 roku, który miał na celu zmusić Chavez do oddania władzy. Strajk, który trwał ponad dwa miesiące – doprowadził do gwałtownego załamania PKB tego kraju – był ciężkim ciosem dla Chaveza.

Zdarzenia doprowadziły do skrajnej radykalizacji jego poglądów. Pierwszą reakcją była czystka kadrowa w PdVSA. Sęk w tym, że nie miał odpowiednich ludzi, którymi mógłby zastąpić zwalnianych specjalistów. Chavez nigdy nie miał wątpliwości, kto tak naprawdę krył się za tymi wydarzeniami. Objawiało się to nie tylko pełną niechęci retoryką wobec USA, ale także zbliżaniem stosunków z  krajami, które nie miały ciepłych stosunków z USA. Dokonywał swoistych akrobacji na scenie międzynarodowej, gdyż potrafił utrzymywać ciepłe stosunki i z Iranem i Izraelem.

Radykalizacja jego poglądów zbiegła się z gwałtownym wzrostem cen ropy naftowej. Dzięki zyskom ze sprzedaży ropy mógł kontynuować budowanie wizji tego, co sam zwykł określać mianem Koncepcji Bolivara. Krajom sąsiednim zaczął oferować dostawę ropy po preferencyjnych cenach (w ramach barteru). Wzmacniał swoje wpływy polityczne. Może rzeczywiście chodziło mu o wprowadzanie w życie niedokończonej wizji Bolivara. Niestety jego działania były mało skuteczne, a za to ich cena naprawdę wysoka. Na skutek umów barterowych Wenezuela niewiele otrzymywała. Pojawienie się na scenie politycznej prezydenta Luli (z którym Chavez wiązał początkowo duże nadzieje) pokazało światu, że ideały lewicowe można wprowadzać w bardziej wyważony sposób.

Kiedy ceny ropy uległy wyhamowaniu w drugiej połowie 2008 r., siłą rzeczy musiała się zmniejszyć siła rażenia Chaveza. Ponadto jego osiągnięcia na tle osiągnięć Luli były naprawdę bardzo skromne. Nic dziwnego, że liczba jego zwolenników poza Wenezuelą i Kubą zmniejszyła się. Udało mu się utrzymać wpływy w Nikaragui, Ekwadorze oraz Boliwii. Stosunkowo dobre notowania ma także w Argentynie.

Chavez postawił przede wszystkim na daleko idące wydatki społeczne. Sytuacja najmniej uprzywilejowanych Wenezuelczyków uległa poprawie. Ta część społeczeństwa stanowi trzon jego elektoratu do dziś. Musi jednak martwić coraz gorsza kondycja Wenezueli. Prezydentowi Chavezowi nie udało się zmniejszyć korupcji, doszło do drastycznego wzrostu przestępczości. Próby jakiejkolwiek dywersyfikacji gospodarczej mającej na celu zmniejszenie uzależnienia od ropy też spełzły na niczym.

Obserwując poczynania firmy PdVSA można mieć coraz większe wątpliwości czy jest to ciągle przedsiębiorstwo koncentrujące się na przemyśle naftowym. Rzecz w tym, że coraz bardziej przypomina jednostkę finansującą kolejne pomysły Chaveza. Często kosztem własnych potrzeb. Wydobycie ropy naftowej spada. Wenezuela dysponuje największymi złożami ropy, ale są to trudno dostępne złoża. Niezbędne są kolejne inwestycje, na które PdVSA nie ma środków.

Upadek gospodarczy Wenezueli staje się widoczny, kiedy porównamy osiągnięcia gospodarcze tego kraju z innym krajami Ameryki Południowej (wyłączając te, z którymi Chavez utrzymuje ciepłe stosunki). I to nie tylko Brazylii czy Chile. Również Kolumbia i Peru dawno zostawiły w tyle Wenezuelę. Kraj jest ciągle trapiony wysoką inflacją. Różnego rodzaju posunięcia ze strony Chaveza wystraszyły i tak już mało obecny w tym kraju kapitał zagraniczny.

W wielu krajach tak słabe wyniki gospodarcze byłyby wystarczającym pretekstem do przegrania nadchodzących wyborów. Ale nie w Wenezueli. Wydaje się, że kraj ten ciągle płaci cenę za wypaczenia do jakich doszło w latach 1958-1998. A jeżeli Chavezowi uda się wygrać nadchodzące wybory, to na pewno zwycięstwo nie umknie uwadze zwolenników Chaveza w innych krajach Ameryki Południowej. Hugo Chavez będzie zapewne kontynuować swój eksperyment o nazwie socjalizm XXI wieku.

Autor pracuje w Bundesbanku, wcześniej był pracownikiem Narodowego Banku Polskiego.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test