Listy zastawne zakładnikiem złych regulacji

13.08.2012

Piotr Cyburt (fot. BRE)


Kryzys finansowy w świecie i spadek wzajemnego zaufania instytucji finansowych bardzo utrudnił bankom tanie finansowanie akcji kredytowej. Sytuacja dotknęła także wiele banków w Polsce, zwłaszcza te, które mają znaczącą przewagę aktywów nad pasywami. Lukę mogłyby wypełniać m.in. listy zastawne. Trzeba sporo zmienić aby to znane w świecie rozwiązanie stało się i u nas użyteczne.

List zastawny, którego europejska tradycja sięga XVIII wieku, to instrument obecny na odnowionym polskim rynku kapitałowym od 2000 roku. Jest to papier dłużny, którego podstawę emisji i zabezpieczenie stanowią wierzytelności banku z tytułu udzielonych przez  niego  kredytów, wpisane do rejestru zabezpieczenia listów zastawnych.

W Europie istnieje kilka modeli, w ramach których działają te instrumenty. Różnice dotyczą kwestii prawnych, jak też kulturowych. Emitentem tych papierów (z ang. covered bonds) może być wyspecjalizowana instytucja finansująca (Irlandia, Norwegia), wyspecjalizowany bank (Polska, Węgry), bank uniwersalny (Niemcy, Hiszpania), spółka celowa (Holandia, Wielka Brytania) lub nawet odrębna grupa podmiotów (Austria, Francja).

Jak wygląda to w Polsce? W praktyce działalność banku hipotecznego polega na udzielaniu kredytów na warunkach określonych w ustawie o listach zastawnych i bankach hipotecznych oraz emitowaniu listów zastawnych. Środki pozyskane w ten sposób bank przeznacza na finansowanie kolejnych kredytów.

Oferta inwestycji w listy zastawne kierowana jest do podmiotów instytucjonalnych, a ich głównymi nabywcami są m.in. fundusze inwestycyjne, OFE, towarzystwa ubezpieczeniowe, banki i spółki bankowe. Bardzo istotne dla potencjalnych inwestorów jest to, że mamy do czynienia z instrumentem finansowym o niskim ryzyku inwestycyjnym, wynikającym z ustawowych wymogów zabezpieczenia ich emisji (gwarancja lub poręczenie NBP, gwarancja lub poręczenie banku, ubezpieczenie kredytu) i obrotu przez emitenta.

Wiadomo, że w przypadku banków hipotecznych działalność wiąże się w zasadzie wyłącznie z udzielaniem kredytów, więc środki pieniężne pochodzące z emisji listów zastawnych finansują właśnie akcję kredytową. Bezpieczeństwu sprzyja także konserwatywna polityka wyceny nieruchomości stanowiących ich zabezpieczenie (reguły  sporządzania wyceny określone  szczegółowo w Rekomendacji  F ). Po prawdzie jest to zarazem jeden z czynników, dla których bankom hipotecznym trudno rywalizować z uniwersalnymi. Taka wycena powinna się obronić i nie ulegać wahaniom w trakcie cyklu koniunkturalnego na rynku nieruchomości. To oznacza, że nieruchomości będą wyceniane zazwyczaj poniżej wartości rynkowej.

(opr. DG/ CC BY Images_of_Money)

(opr. DG/ CC BY Images_of_Money)

W Polsce istnieją już tylko dwa banki hipoteczne – BRE Bank Hipoteczny i Pekao Bank Hipoteczny. Do niedawna działał również ING Bank Hipoteczny, ale został wchłonięty przez spółkę-matkę. Łączna suma bilansowa obu banków to około 5,8 mld zł. Łączna wielkość emisji tych instrumentów wyniosła w Polsce od 2000 roku około 700 mln euro – dla porównania tylko w Niemczech wyemitowano w samym 2000 roku papiery na kwotę 859 mln euro.

Aby właściwie ocenić obecną sytuację, trzeba by sięgnąć kilka lat wstecz.

– W 1997 roku wdrożono w Polsce rozwiązanie prawne, które nawet wtedy rozmijało się z potrzebami rynkowymi – ocenia Piotr Cyburt, prezes zarządu BRE Banku Hipotecznego. Nastąpił wtedy gwałtowny rozwój bankowości detalicznej napędzany właśnie kredytami hipotecznymi, było też dostępne tanie refinansowanie pochodzące w dużej mierze od zagranicznych banków-matek. Banki hipoteczne nie mogą przyjmować depozytów i stały na z góry przegranej pozycji – dodaje Piotr Cyburt.

Dodatkowo doskwierał wówczas także brak sieci placówek i odpowiednich narzędzi informatycznych.

Model kredytowania oferowany przez banki hipoteczne był od samego początku niekonkurencyjny. Jedną z przyczyn było to, że owe specjalistyczne instytucje mogły udzielać pożyczek do około 70 proc. wartości nieruchomości, podczas gdy oferta banków uniwersalnych pozwalała na kredytowanie 120 proc.

> więcej:  Banki niewykorzystanych możliwości

– Upraszczając – do czasów kryzysu list zastawny był w zasadzie niepotrzebny. Od 1997 roku w ustawie skorygowano kilka drobiazgów, ale w zasadzie nic się nie zmieniło, podczas gdy świat przekształcił się radykalnie – mówi Piotr Cyburt.

Okres minionej dekady, a szczególnie lata kryzysowe sprawiły, że list zastawny stał się instrumentem skomplikowanym,  np. związanych z koniecznością ubezpieczenia – a co najciekawsze, to jedyny instrument, który jako tako się sprzedaje.

– Stał się – oczywiście nie u nas, a w Europie Zachodniej, podstawowym źródłem refinansowania banków w momencie, gdy przestał funkcjonować rynek międzybankowy, a sekurytyzacja skompromitowała się – dodaje prezes BRE Banku Hipotecznego.

Z lotu ptaka

W poszczególnych krajach Europy Zachodniej funkcjonują różne modele funkcjonowania. Największy udział listów zastawnych w finansowaniu sektora bankowego jest w Danii, Niemczech oraz w Skandynawii. Tamtejsze instrumenty pozostają płynne i względnie tanie dla emitenta. Wynika to z faktu, że działają tam sprawdzone od ponad 100 lat i bardzo bezpieczne dla inwestorów rozwiązania prawne.

Z drugiej strony są takie kraje, jak Hiszpania i Portugalia, gdzie listy zastawne działają, ale ich cena i oprocentowanie są bardzo niekorzystne. Tamtejsze rozwiązania są słabsze, a dodatkowo na cenę listów wpłynął kryzys na hiszpańskim rynku nieruchomości i gwałtowny spadek ich cen. Refinansowanie kredytów hipotecznych listami zastawnymi waha się od 20 do 100 proc.

– Jeszcze kilka lat temu wszystkie hipoteki w Danii były refinansowane listami zastawnymi – zauważa Piotr Cyburt.

Nie jest to takie tanie refinansowanie jak depozytem,  ale w przypadku listów niemieckich i duńskich niewiele droższe niż cena długu państwowego. Co jednak najważniejsze daje bankom pasywa długoterminowe, a przez to możliwość długoterminowego kredytowania.

Od połowy  pierwszej dekady obecnego stulecia międzynarodowy rynek listów zastawnych podlega znaczącym zmianom. Z jednej strony w Niemczech, Dani i Francji nastąpiło odejście od zasady specjalizacji i banki uniwersalne uzyskały prawo emitowania listów zastawnych, z drugiej w kilku krajach min. Portugalii, Irlandii czy we Włoszech zostały uchwalone przepisy prawa regulujące emisje listów zastawnych przez sektor bankowy. Te tendencje zostały wywołane przez rosnące wolumeny kredytów hipotecznych i konieczność ich refinansowania. Jak sprawić, żeby nawiązać do tych wzorców?

Sytuacja robi się zresztą coraz bardziej nagląca. Rynek kredytów hipotecznych dla klientów indywidualnych mocno wyhamował – nie tylko przez rekomendację S, ale także i przez to, że banki zaczęły wprowadzać wymogi Bazylei III.

– Lepiej wygląda rynek nieruchomości komercyjnych – ale specyfika tego segmentu to zdecydowana przewaga waluty euro, a to przesłanka każąca się martwić jego przyszłością, zwłaszcza w przypadku większych projektów – mówi Piotr Cyburt.

Kurczy się liczba banków, które mają takie kredyty w ofercie. W opinii naszego rozmówcy, może to mieć w dłuższym czasie przykre reperkusje w skali makroekonomii. Rośnie więc konieczność długoterminowego refinansowania tego typu przedsięwzięć.

Lista niezbędnych poprawek

Piotr Cyburt uważa, że w obecnych warunkach polskich rynek listów zastawnych nie ma szans się rozwijać. W jego opinii, nie chodzi o zmianę ustawy, ale o stworzenie od nowa systemu długoterminowego finansowania. Od kilku lat mówi się na przykład o tym, by przywilej emisji listów zastawnych otrzymały też banki uniwersalne.

Przypomnijmy, że KNF mówi o trzech filarach funkcjonowania tego rynku: listach zastawnych, sekurytyzacji oraz o obligacjach własnych.

– Do sekurytyzacji podchodzę raczej sceptycznie, zważywszy na to, jak ona wygląda na rynku międzynarodowym. Obligacje własne to dobry pomysł, ale tylko do pewnego stopnia – dodaje prezes BRE Banku Hipotecznego.

Przedstawiciele banków hipotecznych przygotowali na początku 2012 roku pismo, w którym na kilkunastu stronach umieszczono koncepcję zmian, jakie powinny nastąpić, aby list zastawny zaczął mieć w Polsce znaczenie i spełniać współczesne wymogi.

– W regulacjach powinny m.in. znaleźć się sformułowania, które umożliwią łatwiejsze przenoszenie portfeli pomiędzy bankami. Doprecyzowania wymagają także przepisy dotyczące prawa upadłościowego w kontekście tego, co się dzieje po ogłoszeniu niewypłacalności przez emitenta listów zastawnych. W teorii bowiem inwestorzy, którzy je nabywają mogą liczyć na przywileje upadłościowe w przypadku bankructwa  emitenta, czyli banku hipotecznego, polegające na tym, że w momencie ogłoszenia upadłości aktywa stanowiące zabezpieczenie wyemitowanych listów i wpisane do rejestru zabezpieczenia są oddzielone od reszty masy upadłościowej i służą wyłącznie do zaspokojenia  roszczeń wobec posiadaczy listów zastawnych – wylicza prezes BRE Banku Hipotecznego.

– Wreszcie, konieczne są zmiany innych przepisów, jak choćby ustawy Prawo bankowe, ustawy o przetwarzaniu danych osobowych. Chodzi o to, na przykład, aby uregulować kwestie tajemnicy bankowej w przypadku transferu hipotek miedzy bankami w celu refinansowania listami zastawnymi – tłumaczy Piotr Cyburt.

Niezmiernie istotne dla rozwoju rynku listów zastawnych, czy wręcz dla całego rynku dłużnego jest także rozstrzygnięcie kwestii podatkowych. Rozwiązania, które istnieją, sprawiają, że polskim podmiotom nie opłaca się emitować jakichkolwiek instrumentów dłużnych. Poza tym istotna jest kwestia możliwości rozliczenia obrotu wierzytelnościami z punktu widzenia kosztów i przychodów podatkowych.

Chodzi tutaj m.in. o traktowanie rezerw na przejęte wierzytelności (w przypadku, gdy przestają być spłacane)  jako kosztów uzyskania przychodów. W myśl obowiązujących przepisów to jest niemożliwe.

Podobnie jest z rezerwami na zagrożone kredyty po sprzedaży portfela. Brak tych rozwiązań uniemożliwia bankom hipotecznym pełnienie roli instytucji, które – skupując portfele wierzytelności hipotecznych – byłyby emitentem listów zastawnych dla swoich banków matek, jak to ma miejsce np. w modelu węgierskim, czy dla grup banków jak w modelu szwajcarskim lub francuskim – ocenia nasz rozmówca.

Pewnym problemem organizacyjnym jest też czasami brak zasad współpracy między bankiem hipotecznym a bankiem-matką. Chodzi o bliższą integrację procedur obu instytucji, oczywiście bez dublowania struktur.

Konieczne są także zmiany przepisów dotyczących kilku rekomendacji – tu kompetencje należą do KNF i NBP. Chodzi zresztą nie tylko o kwestie wyceny nieruchomości przez banki hipoteczne, ale też i o tzw. rekomendację K mówiącą o rejestrze zabezpieczeń. Nie ma też dziś możliwości wykorzystania listu zastawnego jako zabezpieczenia transakcji repo.

Nie można też liczyć na to, że KNF odejdzie od zasady specjalizacji, zatem banki hipoteczne pozostaną jedynymi podmiotami emitującymi listy zastawne.

Jakie będą losy tych propozycji? Wiele zależy obecnie od KNF i NBP.


Tagi


Artykuły powiązane