• Joseph E. Stiglitz

Plan ratunkowy dla euro – sprawa wciąż aktualna

12.12.2013
Od wybuchu kryzysu euro mijają trzy lata, ale tylko zatwardziały optymista powiedziałby, że najgorsze całkowicie minęło. Niektórzy zwracają uwagę, że dwudołkowa recesja w strefie euro już się skończyła i dochodzą do wniosku, że lekarstwo w formie oszczędności działa. Niech jednak spróbują powiedzieć to w krajach znajdujących się w głębokiej recesji.
Joseph Stiglitz


W krajach, gdzie poziom PKB na osobę jest nadal mniejszy niż przed 2008 rokiem, gdzie stopa bezrobocia przekracza 20 proc., i gdzie bez pracy jest ponad 50 proc. młodych ludzi. Przy obecnym tempie „ożywienia” powrotu do normalności nie można się spodziewać wcześniej niż w połowie następnej dekady.

Z przeprowadzonych przez ekonomistów Rezerwy Federalnej najnowszych badań wynika, że przedłużający się okres wysokiego bezrobocia będzie miał w nadchodzących latach poważny, niekorzystny wpływ na amerykański PKB. Skoro tak ma być w Stanach Zjednoczonych, gdzie bezrobocie jest o 40 proc. mniejsze niż w Europie, to perspektywy europejskiego wzrostu wyglądają naprawdę ponuro.

Czego więc potrzeba? Przede wszystkim zasadniczej reformy struktury strefy euro.

Dziś już jest wyraźne zrozumienie, czego ona wymaga:

• Rzeczywistej unii bankowej, ze wspólnym nadzorem, wspólnym ubezpieczeniem depozytów i wspólnym mechanizmem likwidacji [przedsiębiorstwa bankowego – przy. tłum.]; bez tego nadal będzie trwał przepływ pieniędzy z krajów najsłabszych do najsilniejszych;

• Jakiejś formy uwspólnienia długu, takiej jak euroobligacje; ponieważ relacja zadłużenia do PKB jest w Europie niższa aniżeli w USA, strefa euro mogłaby – podobnie jak USA -zaciągać pożyczki przy realnie ujemnych stopach procentowych. Niższe stopy procentowe spowodują uwolnienie pieniędzy na stymulowanie gospodarki, co w krajach najbardziej dotkniętych kryzysem oznaczać będzie rozerwanie zaklętego kręgu, kiedy to oszczędności powodują zwiększenie ciężaru zadłużenia, który trudniej unieść, bo jednocześnie kurczy się PKB;

• Polityki przemysłowej, która krajom zapóźnionym umożliwi doganianie innych; zakłada to rewizję obecnych zastrzeżeń, które zakazują takiej polityki jako niedopuszczalnej interwencji w wolny rynek;

• Banku centralnego, który skupia się nie tylko na inflacji, ale także na wzroście, zatrudnieniu oraz stabilności finansowej;

• Zastąpienia antywzrostowej polityki oszczędności prowzrostową polityką, koncentrującą się na inwestowaniu w ludzi, w technikę oraz w infrastrukturę.

Wiele rozwiązań w strefie euro odzwierciedla neoliberalną doktrynę, która przeważała w okresie obmyślania jednolitej waluty. Uważano wówczas, że utrzymywanie inflacji na niskim poziomie jest czynnikiem koniecznym – i niemal wystarczającym – wzrostu i stabilności; że danie bankowi centralnemu niezależności to jedyny sposób zapewnienia zaufania do systemu monetarnego; że niski poziom zadłużenia i deficytu umożliwi konwergencję gospodarczą krajów członkowskich; i że jednolity rynek, ze swobodą przepływu pieniędzy i ludzi, zapewni efektywność i stabilność.

Każda z tych doktryn okazała się błędna. W okresie poprzedzającym kryzys niezależne banki centralne w USA w Europie działały słabiej niż mniej niezależne banki w niektórych z głównych krajów wschodzących, gdyż skupianie się na inflacji odciągało ich uwagę od znacznie ważniejszego problemu kruchości systemu finansowego.

Warto przypomnieć, że Hiszpania i Irlandia miały przed kryzysem nadwyżkę w budżecie i niski stosunek długu do PKB. To kryzys doprowadził je do deficytu i wysokiego zadłużenia, a nie odwrotnie, natomiast uzgodnione przez Europę ograniczenia budżetowe ani nie ułatwią szybkiego wyjścia z tego kryzysu, ani nie zapobiegną następnemu.

Wreszcie, swobodny przepływ ludzi, który – podobnie jak swobodny przepływ pieniądza – wydawał się sensowny; czynniki produkcji kierują się tam, gdzie mogą oczekiwać najwyższej stopy zwrotu. Jednak migracje z krajów dotkniętych kryzysem, podejmowane po części dla uniknięcia odziedziczonych długów (niektóre z nich zostały tym krajom wmuszone przez Europejski Bank Centralny, nalegający na uspołecznienie prywatnych strat) to drenaż słabszych gospodarek. Migracje te mogą również prowadzić do błędnego rozmieszczenia siły roboczej.

Dewaluacja wewnętrzna – obniżka płac i cen w kraju – nie stanowi substytutu elastyczności kursu walutowego. Nasilają się zresztą obawy przed deflacją, zwiększającą stopień zadłużenia i obciążenie długiem, a i tak jest ono przecież za wysokie. Gdyby dewaluacja wewnętrzna była dobrym zamiennikiem elastycznego kursu, to w okresie Wielkiego Kryzysu system waluty złotej nie stanowiłby problemu, zaś Argentyna, w której dziesięć lat temu wybuchł kryzys zadłużeniowy, zdołałaby wówczas utrzymać przywiązanie peso do dolara.

W żadnym kraju nie przywrócono nigdy dobrobytu za pomocą oszczędności. Są historyczne przykłady kilku małych krajów, które miały to szczęście, że eksport zapełnił lukę, jaką w popycie zagregowanym spowodowało obniżenie wydatków publicznych – co umożliwiło im uniknięcie recesyjnych skutków oszczędności. W Europie jednak eksport od 2008 roku zwiększył się tylko nieznacznie (mimo spadku płac w niektórych krajach, szczególnie w Grecji i we Włoszech). Na całym świecie wzrost jest dość słaby, tak więc eksport nie zapewni Europie i Stanom Zjednoczonym szybkiego powrotu do pomyślności.

Niemcy i niektóre inne kraje północy Europy zademonstrowały niestosowny brak poczucia europejskiej solidarności i ogłosiły, że nie powinno się ich prosić o zapłacenie rachunków za rozrzutnych sąsiadów z południa. To źle – z kilku względów.

Przede wszystkim, euroobligacje (lub jakiś podobny mechanizm) spowodowałyby obniżenie stóp procentowych, wskutek czego ciężar długu stałby się znośny. Warto przypomnieć, że USA wyszły z II wojny światowej z ogromnym zadłużeniem, a jednak następne lata były okresem najszybszego wzrostu w historii tego kraju.

Jeśli strefa euro przyjmie nakreślony wyżej program, płacenie przez Niemcy jakichkolwiek rachunków nie będzie potrzebne. Jednak w ramach przyjętej przez Europę przewrotnej polityki jedna restrukturyzacja goni drugą. Skoro więc Niemcy i inne kraje północy Europy będą nadal nalegać na prowadzenie obecnej polityki, skończy się to tym, że zapłacą one wysoką cenę – wraz z sąsiadami z południa.

Spodziewano się, że euro przyniesie Europie wzrost gospodarczy, dobrobyt i poczucie jedności. Tymczasem przyniosło stagnację, niestabilność i podziały.

Nie musi być właśnie tak. Euro można uratować, ale wymaga to czegoś więcej niż pięknych przemówień, zapewniających o przywiązaniu do idei Europy. Jeśli Niemcy i inni nie są skłonni postępować tak, jak ona wymaga – jeśli nie ma na tyle solidarności, żeby uczynić politykę skuteczną – to być może trzeba będzie porzucić euro w imię ocalenia projektu europejskiego.

© Project Syndicate, 2013

www.project-syndicate.org


Tagi


Artykuły powiązane