Arktyczne Eldorado

09.08.2013
Lodowce w Arktyce topnieją. Proces, który przeraża klimatologów zapowiedzią nieodwracalnych zmian środowiska na Ziemi biznes światowy wprowadza w stan euforii. Już rozpoczęła się licytacja wpływów i pieniędzy w grze o dostęp do złóż gazu, ropy i nowego „pasażu” komunikacyjnego Azja-Europa. W powietrzu wiszą konflikty.
(CC By NC ND graceinhim)

(CC By NC ND graceinhim)

(CC By NC ND graceinhim)

Główne gremium zajmujące się zmianami klimatycznymi, ONZ-owski Międzyrządowy Panel nt. Zmian Klimatycznych (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC), w 2007 r. opublikowało pierwsze symulacje dotyczące Arktyki i topnienia tamtejszych lodów. Pojawiła się w nich wizja, że już ok. 2070 r. Arktyka w lecie może być bez lodu.

Systematycznie prowadzone od tego czasu przez Amerykanów badania satelitarne nie tylko ten proces potwierdziły, ale też wskazują, że jest on znacznie szybszy niż ktokolwiek przewidywał. Odrzucono tym samym obowiązującą dotąd tezę, że tak naprawdę, to nie wiadomo, czy lodu w Arktyce przybywa, czy ubywa.

Znikające lody

Okazuje się, że ubywa – i to w tempie niespotykanym. Według raportu aż 47 ekspertów zajmujących się tym zagadnieniem na brytyjskim Uniwersytecie w Leeds, który w listopadzie 2012 r. ukazał się w renomowanym magazynie „Science”, w ostatnich latach Arktyka traci ponad 70 mld ton lodu rocznie, a poziom tamtejszych lodowców skurczył się o ponad trzy czwarte w stosunku do lat 70. XX stulecia. To oceny zbieżne z wynikami badań Amerykańskiej Agencji Geologicznej (US Geological Survey).

Są dowody, iż we wrześniu 2012 r. doszło do najniższego notowanego poziomu lodowca na tych obszarach, ok. 3,4 mln km². Zaledwie pięć lat wcześniej, przy poprzednim najniższym notowaniu, obszar był o ok. 700 tys. km² (czyli o ponad dwa terytoria Polski!) większy (zob. mapka ). Co więcej, Grenlandia zazieleniła się i zaliczyła jedno z najcieplejszych lat w dziejach. Ociepliła się też do niespotykanych poziomów Alaska, a aż w ośmiu z dziesięciu miejsc, gdzie bada się naturę, poziom lądolodu i stałej (wiecznej?) zmarzliny, odnotowano w ub.r. najwyższe w historii temperatury.

Jak wynika z danych amerykańskiego National Snow and Ice Data Center, traktowanych jako najbardziej wiarygodne, w połowie lipca tego roku lody pokrywały powierzchnię 8,2 mln km². Chociaż jest to znacznie więcej niż w rekordowym roku ubiegłym i tak w zestawieniu całego okresu dokładnych badań, czyli od 1981 do 2010, mamy poziom niższy od przeciętnej aż o 1,06 mln km². To jednoznacznie potwierdza tendencję: lody znikają.

W efekcie, geolodzy i klimatolodzy zmienili oceny i teraz powiadają, że Arktyka może być w lecie pozbawiona lodów już w 2035 r., a nawet wcześniej. Alarmujące raporty naukowców przyspieszyły bieg wydarzeń. Z jednej strony ożywiły debatę nt. przyczyn i przebiegu zmian klimatycznych, z drugiej – zmobilizowały świat biznesu.

Ruszyły śnieżne smoki

Rozpoczęła się wręcz walka o bogate zasoby surowców na tym obszarze. Ocenia się bowiem, że Arktyka ma niebywałe rezerwy bogactw naturalnych, szczególnie energetycznych. Tamtejsze złoża gazu ziemnego mogą sięgać nawet 25 proc. rezerw na całym globie, a ropy naftowej 10-13 proc. znanych zasobów.

Według raportu wyspecjalizowanej grupy konsultingowej Wood Mackenzie, Arktyka prawdopodobnie posiada aż 75 proc. nie eksplorowanych jeszcze zasobów gazu i 25 proc. ropy. A do tego, jak pisze w najnowszym numerze renomowanego „Foreign Affairs” szef jednej z pozarządowych organizacji badawczo-informacyjnej, Scott Borgerson, wyłania się tam spod lodu niemal cała tablica Mendelejewa: nikiel, cynk, kobalt, platyna, nie mówiąc o diamentach…

Nikt inny nie może się z tym obszarem równać, nikt inny nie daje takich nowych możliwości. W efekcie, ruszyła ogromna konkurencja, uruchomione zostały pieniądze. Bitwa o arktyczne Eldorado już praktycznie się zaczęła, wbrew biadaniom ekologów i przestrogom klimatologów.

Albowiem, obok możliwości eksploatacji nowych, bogatych zasobów, wyłania się równocześnie całkiem realnie perspektywa, że przez biegun północny otworzy się nowa, o wiele krótsza niż przez Kanał Sueski, droga z Azji do Europy i odwrotnie. Pierwsze cztery statki komercyjne, przepłynęły tą trasą, fakt, że wspierane przez lodołamacze, już latem 2010 r. Nic dziwnego, ze Rosjanie zatknęli w 2007 r. na morskim podłożu pod Biegunem Północnym swą flagę, a w Ministerstwie Transportu Federacji Rosyjskiej powołano biuro ds. transportu przez Morze Północne.

Oczywiście, aktywni są nie tylko Rosjanie, lecz wszystkie państwa skupione w utworzonej w 1996 r. Radzie Arktycznej (Arctic Council), a więc USA, Kanada, Dania (włącznie z kluczową Grenlandią), Finlandia, Islandia, Norwegia, Szwecja no i właśnie Rosja.

Ciekawe, i znaczące, jest też zainteresowanie tym obszarem Chin, które już skierowały tam pięć polarnych misji badawczych, a jeden z ich lodołamaczy „Xue Long” („Śnieżny smok”) zacumował niemal na stałe w Reykjaviku. Drugi z takich lodołamaczy ma być gotowy w 2014 r. W maju tego roku Chiny otrzymały, jako 12 z kolei państwo, status obserwatorów w Radzie Arktycznej, obok Japonii, Indii, Włoch, Korei Płd, Singapuru, a także Polski. Wszystkich interesują zarówno nowe surowce, jak też nowe możliwości transportu. Nastawiony optymistycznie wobec otwierających się perspektyw inwestycyjnych, wspomniany Borgerson pisze wręcz, iż „Arktyka pretenduje to miana centralnego pasażu w globalnym transporcie morskim”.

Dlatego też właśnie Chiny, jak wskazuje specjalne studium szanowanego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) w Sztokholmie, z listopada 2012 r., wykazują ostatnio największą determinację, by być jeszcze jednym graczem na obszarze Arktyki. Zarówno aktywnym inwestorem, jak „współudziałowcem” w przedsięwzięciach komunikacyjnych.

Idą wielkie pieniądze

Międzynarodowe zaangażowanie rośnie, niejako niezależnie, a i często wbrew toczącej się debaty o zmianach klimatycznych czy zagrożeniach ekologicznych. Ekolodzy rwą włosy z głów, urządzają spektakularne akcje protestu i apelują do szerokich mas o „ratunek dla Arktyki” (wystarczy przejrzeć stronę savethearctic.org). Argumentują, że przecież ropa to także groźba ogromnych zanieczyszczeń, czego przykładów aż nadto, od Kuwejtu w 1991 r., po niedawno Zatokę Meksykańską, niemal zniszczoną przez gigantyczny wyciek z szybów BP.

Naturalnie, również Rada Arktyczna poświęca wiele uwagi kwestiom bioróżnorodności, ale wyraźnie widać nierówność potencjałów: środki kierowane tam przez największe koncerny energetyczne na globie są nieporównanie większe. Sam Shell przeznaczył właśnie 5 mld dolarów na nowe odwierty i szyby na Morzu Czukockim w pobliżu Alaski, gdyż to wokół niej koncentruje swe działania. Podobnie czynią ExxonMobil, Petro Canada, norweski Statoil, oraz rosyjskie Gazprom i Rosneft.

Dochodzi też do znaczących porozumień dotyczących eksploracji Arktyki, takich jak ExxonMobil z rosyjskim rządem (w sierpniu 2011 r. porozumienie z szefem wykonawczym tego giganta, Rex Tillersonem, podpisał sam Władimir Putin – wówczas premier), czy podpisany w marcu tego roku wielomiliardowy i różnorodny kontrakt Rosneftu z brytyjskim BP. W przypadku tego pierwszego kontraktu mówi się u sumach docelowych rzędu nawet pół biliona dolarów.

To Rosjanie wyprzedzili ostatnio Norwegów i mogą poszczycić się pierwszym szybem na otwartych wodach arktycznych. Pole Prirazlomnoje na Morzu Peczorskim, w pobliżu Nowej Ziemi, mieli otworzyć do celów komercyjnych już w początkach 2012 r., ale „z powodów bezpieczeństwa” przełożyli start wydobycia na wczesną jesień tego roku.

Inni chcą iść w ich ślady. Nie powstrzymuje ich nawet fakt, że wydobycie ropy spod wiecznej zmarzliny jest trudne i kosztowne, co dość dawno temu udowodnili Kanadyjczycy, będący pod tym względem pionierami. Teraz bowiem biznes liczy na to, że ponieważ poziom lodowca szybko obniża się, tym samym spadną też koszty.

Przyjdą konflikty?

Na rywalizacji o surowce i nowe możliwości może się nie skończyć. Rada Arktyczna, która ostatnio zmieniła siedzibę na bardziej okazałą i rysuje o wiele ambitniejsze plany na przyszłość, nie kryje obaw, iż w świetle ostatnio notowanych procesów i zjawisk, Arktyka może się stać również terenem konfrontacji.

W tym kontekście kanadyjski ekspert Michael Byres, autor niedawno wydanej pracy „Kto posiada Arktykę?” (Who Owns the Arctic?), zauważa: „Mamy obecnie do czynienia ze skoncentrowanym wysiłkiem wszystkich państw arktycznych, by kierować przyszły tutejszy rozwój na tory współpracy, a nie konfrontacji”.

Nie brakuje jednak takich, którzy uważają inaczej i dowodzą – jak profesor Rob Huebert z uniwersytetu z Calgary – iż wiele państw zaangażowanych w Arktyce, od Rosji począwszy, obok nowych nakładów na inwestycje stale rozbudowuje także swoją obecność militarną na tym obszarze. Jest pewne, że wytyczanie nowych szlaków komunikacyjnych pociąga za sobą nowe wyzwania – i zagrożenia, także wojskowe i w sferze bezpieczeństwa.

Arktyka wyłania się błyskawicznie jako Nowe Eldorado, ale przy okazji każe stawiać wiele zasadniczych pytań: o przyszłość naszej planety i jej ekologii, o konsekwencje nieuniknionych zmian klimatycznych, o granice rozwoju i ekonomicznego oraz inwestycyjnego zaangażowania. To są wszystko kwestie zasadnicze, a z racji szybko topniejących lodów w Arktyce nabierają zupełnie nowego sensu i wymiarów.

30 października minie dokładnie 7 lat od opublikowania blisko 700-stronicowego raportu sir Nicholasa Sterna. Znalazł się w nim głośny apel, że jeśli nie zainwestujemy i nie zmienimy stylu życia, to do 2050 r. zagęszczenie dwutlenku węgla i innych gazów cieplarnianych w atmosferze zmieni nasze życie nie do poznania. Tam też pojawił się pogląd, dla wielu trudny do przyjęcia, że większość zachodzących zmian ma charakter antropomorficzny, a więc jest wywołana przez człowieka.

OF


Tagi


Artykuły powiązane