Badania: Sklepy monopolowe powinny być częściej zamknięte

18.05.2017
Więcej kapitału własnego nie poprawia bezpieczeństwa banków; sąsiedzi zwycięzców loterii bankrutują częściej; zamknięcie sklepów monopolowych w sobotę to sposób na ograniczenie spożycia alkoholu i poprawę sytuacji finansowej mężczyzn. To tylko niektóre wnioski z najnowszych badań ekonomicznych.


Òscar Jordà, Björn Richter, Moritz Schularick i Alan M. Taylor przygotowali analizę „Bank Capital Redux: Solvency, Liquidity, and Crisis” (Poziom kapitału własnego banków: wypłacalność, płynność i kryzys). Sprawdzili, jak poziom kapitału własnego banków wpływa na odporność systemu bankowego na kryzys.

Autorzy rozpoczynają pracę od cytatu Waltera Badgehot, XIX-wiecznego brytyjskiego ekonomisty i dziennikarza. Miał on powiedzieć: „Dobrze prowadzony bank nie potrzebuje w ogóle kapitału. Żadna ilość kapitału nie uratuje źle zarządzanego banku”. Następnie zauważają, że odpowiedzią na kryzys systemu bankowego z ostatnich lat było m.in. podniesienie wymogów odnośnie do ilości kapitału własnego. Czy to działa?

Naukowcy analizowali dane za lata 1870-2013 z siedemnastu rozwiniętych krajów. Okazuje się, że w tym okresie poziom tzw. dźwigni finansowej banków wzrósł dramatycznie. W badanej próbie stosunek kapitału własnego do aktywów spadł z 30 proc. na początku badanego okresu do mniej niż 10 proc. po II wojnie światowej. W ostatnich dekadach wskaźnik ten mieścił się w przedziale 5-10 proc.

Z analizy wynika, że wyższy poziom kapitału nie tylko nie wiąże się z większą odpornością na kryzys, ale zależność jest wręcz odwrotna. Prawdopodobnie wynika ona z tego, że banki mają wyższą wartość stosunku wskaźnika kapitału własnego do aktywów, gdy zaczynają prowadzić bardziej ryzykowną politykę i regulator zaleca im jego zwiększenie. W efekcie próba przewidzenia na podstawie tego wskaźnika przed kryzysem z lat 2007-2008, który bank lepiej sobie poradzi, nie dawała lepszych wyników niż rzut monetą.

Z danych wynika natomiast, że wyższy poziom wskaźnika kredytów w stosunku do depozytów wiązał się z wyższym prawdopodobieństwem kryzysu, ale ta różnica nie była duża. Naukowcy konkludują, że William Badgehot miał rację, zauważając, że źle prowadzonemu bankowi nic nie pomoże. A regulatorzy powinni zwrócić uwagę na boomy kredytowe jako na najlepszy predyktor kryzysu.

Czy może być gorsza rzecz niż niewygranie na loterii? Zdaniem Sumita Agarwala, Vyacheslava Mikheda i Barry’ego Scholnicka tak. To sytuacja, gdy na loterii wygra nasz sąsiad. Badacze przygotowali pracę „Does Inequality Cause Financial Distress? Evidence from Lottery Winners and Neighboring Bankruptcies” (Czy nierówność powoduje dyskomfort finansowy? Dowody z przypadku tych, którzy wygrali na loterii, i ich sąsiadów). Zbadali w niej, jak w jednej z kanadyjskich prowincji wygrana na loterii jednej osoby wpłynęła na sytuację finansową jej sąsiadów.

Okazuje się, że wygrana dużej kwoty na loterii zwiększa istotnie odsetek bankructw wśród bliskich sąsiadów szczęściarza. A to dlatego, że wysoka wygrana sąsiadów sprawia, iż badani zaczynają kupować samochody i domy, na które ich nie stać, i w efekcie są zmuszeni ogłosić niewypłacalność.

Co więcej, odsetek bankructw jest tym wyższy, im wyższa jest wygrana. Podwyższenie wygranej o 1 proc. powoduje zwiększenie o 0,04 proc. liczby bankructw gospodarstw domowych w najbliższej okolicy (z tym samym kodem pocztowym). Wskaźnik ten jest wyższy w biedniejszych lokalizacjach niż w bogatszych. Dzieje się tak – co wynika z innych badań – ponieważ ubożsi ludzi częściej utrzymują kontakty z sąsiadami.

Badacze wskazują, ze osoby, które złożyły wniosek o ogłoszenie bankructwa i są sąsiadami zwycięzców dużych wygranych na loterii, mają znacznie więcej tzw. widocznych aktywów (samochodów, motocykli, domów itp.), niż ci którzy także złożyli taki wniosek, ale za sąsiadów mają osoby, które wygrały mniejsze kwoty. Podwyższenie o 1 proc. wygranej wiąże się z wyższą o 0,27 proc. wartością domu bankrutujących sąsiadów i o 0,21 proc. wyższą wartością ich samochodu. Co ciekawe, nie ma takiej zależności, jeżeli chodzi o tzw. niewidoczne aktywa, czyli lokaty, akcje itp. .

Itzhak Ben-David i Marieke Bos przygotowali analizę „Impulsive Consumption and Financial Wellbeing: Evidence from an Increase in the Availability of Alcohol” (Impulsywna konsumpcja i stan finansów). Wykorzystali eksperyment przeprowadzony w Szwecji w 2000 roku, gdzie w 6 z 21 województw sklepy monopolowe zaczęto otwierać także w sobotę.

W przypadku osób podejmujących racjonalne decyzje, ten fakt nie miał żadnego wpływu na ilość konsumowanego przez nich alkoholu. Inaczej było jednak w przypadku osób impulsywnych, kierujących się bieżącymi impulsami (ang. present-biased individuals). Nie potrafią one ocenić swojego przyszłego zapotrzebowania na alkohol i nie planują optymalnie jego zakupów. Tacy ludzie kupują alkohol pod wpływem impulsu, gdy sklep jest otwarty. Zamknięte sklepy uniemożliwiają im dokonanie impulsywnych zakupów. Okazało się, że w regionach, gdzie sklepy były otwarte w soboty, konsumpcja alkoholu wzrosła średnio o 3,7-4 proc. Oznacza to, że statystyczny Szwed miesięcznie wypijał o trzy butelki wina albo piętnaście piw więcej niż wcześniej, gdy sklepy były zamknięte w sobotę.

Autorzy porównali też sytuację finansową osób w wieku 20-25 lat, które mogły legalnie kupować alkohol, z sytuacja finansową osób, które choć były pełnoletnie, nie mogły kupować legalnie alkoholu w Szwecji (alkohol w tym kraju w sklepach mogą legalnie kupować osoby mające przynajmniej 20 lat). Okazało się, że ci, którzy mieli dostęp do legalnych trunków, mieli o 25 proc. wyższe prawdopodobieństwo wzięcia pożyczki w lombardzie i 10 proc. wyższe prawdopodobieństwo posiadania karty kredytowej. Takie osoby brały także o 12 proc. wyższe pożyczki (w kwotach bezwzględnych to dodatkowe 26 dol.), a ich zadłużenie na karcie kredytowej było o 15 proc. wyższe (o 78 dol.). Miłośnicy trunków mieli o 26 proc. wyższe ryzyko niespłacenia na czas swoich zobowiązań.

Co istotne, to są dane średnie dla całej populacji. Mężczyźni piją jednak przeciętnie dwa razy więcej alkoholu niż kobiety. Łatwiejszy dostęp do trunków znacznie pogarsza sytuację finansową panów.

Co ciekawe, zwiększone zakupy wynikały z impulsywnych decyzji, a alkohol konsumowany był od razu po zakupie. Dramatycznie wzrosła liczba osób, które piły alkohol w godzinach otwarcia sklepów (wykazały to testy alkomatami).

Autorzy konkludują, że ograniczenie dostępu do alkoholu jest dobrym sposobem zmniejszenia jego konsumpcji, a w konsekwencji poprawienia sytuacji finansowej osób, które dokonują impulsywnych zakupów. Można z tego wnioskować, że często wyśmiewane otwieranie sklepów monopolowych od godz. 13 w czasach PRL może być całkiem niezłym pomysłem.


Tagi


Artykuły powiązane

Popularne artykuły

test